Absurdy systemów demokratycznych

Zacznę od próby wyjaśnienia tytułu. Powszechnie wiadomo, nawet bez głębokiej znajomości języka greckiego, że wyraz „demokracja” oznacza władzę ludu. Na tym się kończy zrozumiała część problemu. Nie wiadomo nawet, nad kim ten „demos” ma władać? Nad sobą – to pożyteczna sprawa. Nad istotami nienależącymi do wybranej grupy ludzi? Tak chyba uważali sami Grecy kiedyś, ale przez lud rozumieli pewną kastę, a nie pospólstwo. Słuszne wydaje się zdanie, że głos mędrca i idioty nie powinny ważyć jednakowo, a taka jest podstawa działania obecnych „demokracji”, gdy liczy się na działanie statystycznego prawa wielkich liczb. Wtedy faktycznie pojedyncze głosy mędrca i kretyna mają identyczne znaczenie – tzn. żadnego!

Często uzupełnia się rzeczownik „demokracja” przymiotnikiem, pozornie po to, aby przybliżyć rządzonym system. Ja wtedy od razu jestem nieufny. Demokracja może być „bezpośrednia, jak w mniejszych skupiskach ludzi od zarania dziejów i lud rządzi się sam. Blisko takiego systemu jest Szwajcaria, gdzie ważniejsze problemy lud rozstrzyga w bezpośrednim głosowaniu. Nawet takie mało istotne dla istnienia ludu jak minarety najeźdźców islamskich. Gdy ludzi jest kupa, to i Herkules d… i przechodzi się do demokracji „parlamentarnej”, w której lud powierza rządzenie wybranym przedstawicielom. Gdyby istniały kryteria mądrości i uczciwości wybrańców i nie było oszustw przy ich wyborze, to wszystko byłoby OK. W małych grupach, np. w uczelniach, taki system nawet działa zadowalająco. Wszystko wtedy zależy od stworzenia ram prawnych wyboru reprezentantów.

W skali krajowej niestety już przy wyborze reprezentantów dzieją się cuda, niezbyt uczciwa kampania, granie na fobiach wyborców (dziadek z Wehrmachtu) – ciemnego ludu Kurskiego, nachalna indoktrynacja kleru, przekupstwa i obietnice różnego rodzaju (3 mln mieszkań, 500+ na każde dziecko itp., skromność i brak korupcji i podobne banialuki). Na to nakłada się zwyczajne fałszowanie wyników wyborów, możliwe na różnych etapach procedury wyborczej.

Byłem szefem różnych komisji wyborczych, w PRL i lokalnie też w tzw. wolnej Polsce. Zawsze rygorystycznie przestrzegałem uczciwości wyborów, ale co to dało? Nic – lub prawie nic!

Pamiętam sytuację w pewnym roku, gdy byłem w komisji okręgowej, do której wpływały protokoły z podstawowych komisji. Sporządziłem zbiorczy protokół i przekazałem wyżej, do wojewódzkiej komisji. Tam pracował kolega z uczelni. Po latach przyznał mi, na czym polegała jego praca – olewał protokoły poprzednich komisji (np. moją robotę) i do Warszawy podał takie liczby, jakie sobie zażyczył KC – takie były wybory „demokratyczne” w przypadku demokracji socjalistycznej.

Obecna pseudodemokracja też zasługuje na przymiotnik, np. „pisowska” albo „kaczystowska”. Jest to nowy rodzaj demokracji, zmałpowany od niektórych przywódców (Łukaszenka, Erdogan).

Nie wierzę w rychłą zmianę w Polsce przymiotnika przy wyrazie demokracja, ale może wnuki dożyją takich czasów, że będą miały jakikolwiek wpływ na rządzenie krajem, wtedy miałbym dla nich rady, jakie absurdy powinni usunąć z systemu demokratycznego. Co do systemów wyborczych wiele osób podało już rozsądne propozycje rozwiązań, więc skoncentruję się na tym, co mnie najbardziej wkurzyło nawet we funkcjonującej demokracji parlamentarnej:

1) usunąć Senat – pozytywne żądanie w farsie 3xtak. Praktyka wykazała, że to tylko balast i koszt.

2) Ograniczyć immunitet poselski do wypowiedzi w Sejmie, a nie w życiu prywatnym.

3) Znieść prawo łaski prezydenta lub obwarować bardzo ostrymi wymaganiami, bo to co się działo w niby wolnej Polsce woła o pomstę o nieba. Żaden z prezydentów nie był uczciwy przy korzystaniu z tego prawa. Wystarczy zapytać dr. Googla, ile ułaskawień miało miejsce podczas kadencji – kolejno od Wałęsy do Dudy.

Te ostatnie najlepiej pamiętamy – ułaskawienie skazanych przestępców, aby mogli piastować wysokie funkcje w totalitarnym państwie. „Prezydent tysiąclecia” ułaskawił aferzystę, aby mógł wejść w spółkę z jego zięciem. Kwaśniewski ułaskawił mordercę, aby załatwił sprawy finansowe partii. Wałęsa ułaskawił chyba tysiące osób, trudno nawet przypuszczać, że przed podpisaniem wniosków przeczytał uzasadnienia, bo czytałby do dzisiaj.

Prawo laski monarchy miało kiedyś sens, gdy ktoś dokonał przestępstwa i groziła mu kara śmierci, lecz okoliczności zbrodni dawały podstawę do zmiany kary śmierci na inną, ale nie ułaskawienie złodzieja, aby mógł kraść z inną osobą. To są kpiny z polskiego sądownictwa. Można było broić jak się chce, byle mieć chody w Kancelarii Prezydenta, kochającego podpisywanie bez czytania i/lub zrozumienia. Ja znam tylko jeden przypadek – na szereg tysięcy – gdy ułaskawienie było moralnie uzasadnione. Pewna rodzina pozbyła się zbrodniarza, z którym państwo nie było w stanie sobie poradzić.

Bezrefleksyjne przejęcie przez demokrację tego monarszego prawa łaski jest idiotyzmem i niszczy podstawy sądownictwa kraju. Dopuszcza zbyt wiele wynaturzeń, a przecież „Nobody is perfect”, prezydent też, oj i to jakże!

4) Ograniczyć funkcję prezydenta do reprezentacji, bez możliwości wtrącenia się do prac i składu rządu. Zmniejszyć orszak prezydenta do minimum, nie dublować urzędów, bo aktualny dwurząd to nierząd! Komu były potrzebne kłótnie o krzesło lub samolot? Również z tym dowodzeniem wojskiem przez osobę, która być może miała kontakt z wojskiem tylko w postaci żołnierzyków ołowianych, to igranie z ogniem. Wyrzucić wszystkich doradców. Zostawić w kancelarii prezydenta sekretarkę, która załatwi korespondencję szefa i poda herbatę lub wódeczkę zagranicznym gościom. Zostawić personel pomocniczy, dbający o pałac i to wszystko. Aha! Zapomniałbym o kierowcach do limuzyny, najlepiej znających kodeks drogowy i mających sprawne uszy, aby w delikatnym szumie silnika limuzyny i świstu powietrza „usłyszeli” brak wycia własnych ostrzegających źródeł dźwięku. BOR tego nie potrafił, a pasażerka chyba też nie, bo nie mówi suwerenowi, jak było naprawdę. Przejrzystości, proszę! Może być szumniej – transparentnie i uczciwie, jak obiecała… i nie dotrzymała… pewna przekupka!

Pewnie jest w demokracji współczesnej więcej absurdów, ale tym się zajmą potomni – pod warunkiem, że będą mieli coś do gadania.

Antonius