Wodzu prowadź – oświetlimy drogę do zwycięstwa pochodniami

Kilka lat temu napisałem ten proroczy tekst. Przypomniałem sobie o nim z okazji kolejnej „menstruacji”(10.2.2018). Nie zmieniłem prognoz, choć zmieniły się nieco okoliczności. Jesteśmy blisko sytuacji, w której „niezawisłe” sądy zajmą się oceną wypowiedzi, jak np. mówienie prawdy przez Pana Stępnia, że wódz zniszczył prawo w Polsce. Nieliczne dodatki aktualne napisałem kursywą.

„Wierzycie Tuskowi?”
„Nieeeeee!”

To emocjonalne pytanie, wyraźnie sugerujące odpowiedź i ryki rozentuzjazmowanego tłum(ik)u niestety do złudzenia mi przypominają końcową fazę wojny i transmitowane przez radio spotkanie Goebbelsa z fanami. Dramatycznie wykrzyczane pytanie Goebbelsa: „Wollt ihr den totalen Krieg?” i popierający ryk dobrze dobranego tłumu (oczywiście w imieniu całego narodu) spowodowały dreszcz grozy u słuchaczy, choć nikt nie wiedział, na czym ta totalna wojna miała polegać. Jeśli dołożyć obraz pochodni w marszu pod pałacem, transparentów antypaństwowych, pseudomodlitw i miłych Bogu okrzyków ludzi, którzy chwilę wcześniej wyszli z kościoła po wysłuchaniu mszy i podaniu znaku pokoju, to analogia jest już kompletna i niech nikt mi nie mówi, że tego nie widzi – „Führerek” rośnie i się nadyma.

W dzisiejszej, bardzo smutnej rzeczywistości, mało co potrafi mnie rozbawić, szczególnie gdy myślę o bankructwie ZUS-u, który wnet straci swe pałace, ale nawet ich sprzedaż nie da efektu, bo uzyskane pieniądze pójdą na sowite odprawy dla urzędasów, emeryci mogą zdechnąć, zgodnie ze starym porzekadłem: „Popierajmy partię czynem – umierajmy przed terminem”. Audycje telewizyjne psują mi nastrój, gdy widzę oszołomów, bełkoczących androny. Dawniej bawiło mnie „Szkło kontaktowe”, dzięki znakomitej obsadzie, ale coraz mniej mnie „rusza”, bo wszystkie fakty i ich interpretację znam wcześniej z portali internetowych. Perełkami w tym programie są esemesy widzów – nieraz podziwiałem bystrość, szybki refleks i celny dowcip rodaków. Z poprzedniego programu utkwił mi w pamięci taki: „Noc długich krzyży – od czegoś trzeba zacząć!”.

Ten SMS przypomniał mi coraz częstsze w mediach porównania sytuacji Niemiec przed obaleniem demokracji przez Hitlera a obecnymi działaniami „małego wodza” w Polsce. Analogie są nieraz frapujące, są jednak też istotne różnice, CHOĆ NIE JEST ICH DUŻO. Czy te różnice ochronią nas przed „całkowitym wyzwoleniem” – z wszystkiego, jak proponuje Kononowicz? Mogę mieć tylko nadzieję, że nie. Łatwo pokazać podobieństwa sytuacji. Już wspomniany SMS budzi skojarzenie z nocą „długich noży”, w której Hitler bezceremonialnie pozbył się przyjaciół, którzy pomogli mu dojść do władzy. W tym przypadku analogiczne działanie prezesa wobec swego całkowicie mu oddanego sztabu wyborczego to pikuś! Pierwowzór był bardziej brutalny, bo nie „zawieszał”, ale „powiesił”! (mniejsza o formę eksterminacji, była nieco nowocześniejsza). Obaj wodzowie byli rzekomo charyzmatyczni – jednemu zaświadczyła to czerwonousta czarownica, drugiemu uzyskany efekt w otumanieniu społeczeństwa. Obaj gadali bzdury, jest jednak różnica – Hitler zawsze ryczał (słyszałem go live), nasz „wodzek” (nie mylić z Woyzeck) nie męczy tak strun głosowych – ma też do dyspozycji lepsze możliwości techniczne.

Tu drobne wyjaśnienie po polsku:

„Woyzeck” to najsłynniejszy, choć niedokończony dramat Georga Buchnera, wydany drukiem w 1879 roku, 42 lata po śmierci pisarza. Do dziś doczekał się nie tylko licznych inscenizacji teatralnych (w Polsce m.in. Swinarskiego, Bradeckiego, Hanuszkiewicza, Zioły), lecz także adaptacji operowych i filmowych (głośna ekranizacja Wernera Herzoga). W warstwie fabularnej „Woyzeck” jest zapisem prawdziwej historii morderstwa popełnionego w Lipsku przez ubogiego żołnierza.

Wokół zbrodni rozgorzał spór na temat poczytalności mordercy i jego faktycznej odpowiedzialności za czyn. W rezultacie Buchner ukazał swego bohatera jako prostego człowieka, nieustannie poniżanego i krzywdzonego, kierującego się wyłącznie instynktem. Miłość do Marii była jedynym sensem jego życia. Jedyną autentyczną wartością w niegodziwym i niezrozumiałym świecie. Zdrada dziewczyny sprawiła, że psychika Woyzecka doznała szoku. Zbrodnia stała się dlań jedynym sposobem przywrócenia pozorów wewnętrznego ładu, formą „oczyszczenia” ukochanej kobiety ze zmazy zła.

Czy to wam nie przypomina czegoś lub kogoś?

Wystarczy zamienić niektóre wyrazy z tekstu na swojskie (np. wyraz „Maria” zastąpić wyrazem „władza”) i mamy psychikę znanej nam osoby. Tylko czekać na zbrodnie.

Może jeszcze wyjaśnię jedną istotną rzecz o Woyzecku – nazwano go „Antiheldem”. „Held” to bohater – to możemy akceptować w przypadku obu braci K. – vide ich zachowanie w niebezpiecznych czasach, np. stawanie tam, gdzie ZOMO, lub przynoszenie piwa Wałęsie (czy ja przypadkiem czegoś nie pomyliłem?), a „Anti” ma takie samo znaczenie we wszystkich znanych mi językach. Każdy „obrońca krzyża” wie, co to Antychryst, tylko przypisuje ten przydomek różnym osobom.

Obaj historyczni (i histeryczni) „wodzowie” bazują (lub bazowali) na kryzysowej sytuacji gospodarczej, która pogarsza zawsze nastroje społeczne i prowadzi prędzej lub później do wybuchu. Wydaje mi się, że możemy mieć jeszcze nadzieję przynajmniej na odsunięcie w czasie „prawdziwej wolności” w kraju Prawych Polaków, na to może wpłynąć moment wyboru terminu puczu. Hitler zaczął w latach 20., czyli długo przed światowym kryzysem, ale się przeliczył. Niemcy były zniewolone przez zwycięzców wojny i bardzo biedne, a demokracja była słaba, ale poradziła sobie. Wsadzono Führera na dwa lata do tiurmy i mógł spokojnie napisać „Mein Kampf”. Poczekał do kryzysu zasadniczego i wtedy jego marsze z pochodniami znalazły rezonans w społeczeństwie.

U nas kryzys tak naprawdę nie pokazał jeszcze swych szponów, co niewątpliwie nastąpi i wtedy zrozpaczony naród pójdzie za kimś, który obieca uszczęśliwienie po likwidacji brzydkiej demokracji, gdzie prezydentem można zostać – po trupach i przez nieporozumienie. Jeśli wódz – pomny doświadczeń poprzednika – poczeka z obaleniem niesłusznej demokracji i likwidacją „ułomnej” wolności, to może się powtórzyć rok 1933 i będzie dla nas za późno na ratunek. Jeśli zacznie teraz, to może będzie miał okazję do pisania swego testamentu politycznego? Już siedział długi czas w prezydenckim ośrodku i myślał, i myślał, ale nie pamiętam, czy coś wymyślił. Podobno miał to być genialny plan przejęcia władzy?

Już go zrealizował!

Miłośnikom małego wodza chciałbym jednak przypomnieć, co jego analogon zrobił kilka dni po objęciu władzy 30 stycznia 1933 r. – organizował natychmiast obozy koncentracyjne zarówno dla wrogów, jak i przyjaciół, którzy mogli być jego konkurentami. Stalin doprowadził to do perfekcji.

Formalną podstawę istnienia obozów stworzyło rozporządzenie z 28.02.1933 r. o ochronie narodu i państwa, oraz o zdradzie narodu niem. i przygotowaniu zdrady głównej. Takie obozy powstały w Dachau, Oranienburgu, Sachsenhausen, Buchenwaldzie, Mauthausen, Ravensbrück; łączną liczbę więźniów, którzy przeszli przez obozy koncentracyjne 1933–1939 szacuje się na ok. 165–170 tys.

Wystarczy zastąpić skrót wyrazu „niem.” przez „pol.” i wybrać dogodne miejscowości, a liczbę tam „przechowanych” ludzi oszacują historycy po śmierci dyktatora. Pytam członków PiS-u (retorycznie): „Czy tego chcecie?”. Przypominam, że każdemu człowiekowi dyktator może przypiąć łatkę wroga i znajdzie się w odosobnieniu, nie pomoże podlizywanie się, wódz jest bardzo nieufny i w każdym widzi Brutusa, a losy Cezara nie są mu obce, nie wiem tylko, czy pamięta jak skończył Adolf?

Pewien robotnik niemiecki opowiedział w tramwaju dowcip o dziewczynce z BDM (żeński ZMS), która zaszła w ciążę. Postawiono go przed sądem za obrazę narodu. Obrońca dowiódł na podstawie opinii ekspertów, że przynależność dziewczyny do tego związku nie wyklucza możliwości zajścia w ciążę, szczególnie z nordykiem. Sąd się uśmiał i uniewinnił robotnika, ale przy wyjściu ze sądu czekało na niego dwóch smutnych panów i uniewinniony przez „niezawisły” sąd wylądował w Dachau. Czy tego chcecie dla narodu polskiego, który zawsze pyskuje i dowcipkuje na temat każdej władzy? Nikt nie będzie mógł drzeć gęby tak jak wódz i jego pretorianie obecnie – chyba bałwochwalczo do szafy jak u prezesa w pewnym filmie.

Nie wiem, czy pewna rzecz mówi o analogii czy różnicy w sytuacji. Jeśli uwierzyć prezesowi – nie ma różnicy – Polska jest kondominium, Niemcy były pod butami swoich sąsiadów, zgnojone kompletnie. Jak to wpłynie na rozwój sytuacji, tego nie potrafię przewidzieć. Tu znów skojarzenie do cudownego kabaretu ODMA, w którym jeden z mieszkańców „łąki” stwierdził, że „rozwój sytuacji” jest jedynym rozwojem, którego możemy być pewni w Polsce.

PS

Prezes już awansował w swej drodze – napisał „Mein Kampf” – na swojska nutę, czyli jego walka ze samym sobą, z której wyszedł zwycięsko. Tytuł książki jest powszechnie znany i fani już dostali egzemplarze z dedykacjami – podpisywał swe dzieło w Sejmie, gdy nudziły go prace legislacyjne, przecież wie najlepiej, na czym polega obecna legislacja – prawo Kaczyńskiego! Zna je na pamięć i nie musi spoglądać na zdradzieckie mordy totalnej opozycji. Walczy w swym dziele do upadłego z niewłaściwą monowładzą, bo kult KKKK to dobra władza i szacunek powszechny dla niej, a żaden brzydki kult jednostki. Napisałem cztery razy K – dwa dla Kaczyńskich, dwa dla Kościoła – to łącznie obecna monowładza, z którą dzielnie walczy Jarosław-Zbawca.

Antonius