Wariacje smoleńskie

Blisko osiem lat temu – 10 kwietnia 2010 roku – przed południem, powoli zbierałem się do wyjścia na katowickie lotnisko, gdzie miałem w planie zajęcia z prawa lotniczego z uczestnikami teoretycznego kursu samolotowego. Jak zwykle, radio grało od rana. Od pewnego momentu prawie całość programu zdominowały informacje przychodzące ze Smoleńska. Były szczątkowe, często sprzeczne ze sobą, na temat jakiegoś zdarzenia z udziałem prezydenckiego samolotu. Początkowo wyglądało, iż samolot w trakcie lądowania wypadł z pasa. Później mówiono o wypadku tego samolotu, podobno były jakieś ofiary w ludziach. Wreszcie, po kilkudziesięciu minutach zaczęto mówić o katastrofie z licznymi ofiarami śmiertelnymi. Uzyskanie i przekazanie dokładnej informacji o tragedii zajęło naszym mediom sporo czasu.

Wiadomości ze Smoleńska skapywały pojedynczo, jakby ktoś rzucał elementami mozaiki bądź puzzli. Przez dłuższy czas nie można było z tego potoku informacji złożyć pełnego i prawdziwego obrazu zdarzenia. W końcu – wiadomość o zagładzie samolotu wraz ze wszystkimi pasażerami.

I wtedy się zaczęło. Dziennikarze z lokalnych mediów zaczęli szukać speców od latania. Ekipa regionalnej telewizji na lotnisku pokazała się około południa. Kolega meteorolog, który właśnie kończył swoje wykłady i ja, zostaliśmy wyciągnięci na zewnątrz budynku portowego, gdzie pani redaktor starała się wysondować naszą wiedzę o smoleńskiej katastrofie. Wiedzieliśmy tylko, iż na lotnisku Smoleńsk-Północny (Siewiernyj) panowały nielotne warunki pogodowe, związane z silną mgłą. Stąd cała analiza dotyczyła lądowań w warunkach ograniczonej widoczności oraz na lotnisku wyposażonym wyłącznie w system dwóch radiolatarni niekierunkowych (NDB). Ze swej strony poruszyłem kwestie wymagań prawnych nieodzownych do wykonywania lotów w trudnych warunkach meteorologicznych.

Ponieważ nie mieliśmy konkretnej wiedzy o rzeczywistych warunkach panujących na smoleńskim lotnisku, staraliśmy się nie rozwijać rozmaitych możliwych wątków zdarzenia. Nauczyło nas takiej ostrożności życie, bo przez lata zajmowania się lataniem, zaliczyliśmy przynajmniej kilka znajomych lotniczych pogrzebów. Piloci na ogół spokojnie wtedy czekają na oficjalny komunikat komisji badania wypadków lotniczych.

Medialny szum trwał cały dzień.

A potem przyszły znane chyba wszystkim dni żałoby, identyfikacji i zwożenia ciał ofiar oraz pogrzeby. W tym najbardziej zaskakujący pogrzeb pary prezydenckiej w Krakowie, zamiast na najbardziej honorowym miejscu w stolicy kraju.

I kiedy już przewaliły się przez kraj wszystkie procedury, można było oczekiwać jakiegoś uspokojenia sytuacji. Stało się inaczej. Polityka wygrała z rozsądkiem i przyzwoitością. PiS, który utracił swego prezydenta, rozpoczął comiesięczne spacery pod Pałac Prezydencki, gdzie urzędował już polityk z innego politycznego nadania. Dla mnie, wyglądało to, jak nawoływanie do oddania tego urzędu partii, która utraciła go przedwcześnie. Nowy lokator miał wiedzieć, iż znalazł się tam przez przypadek. A może nie?

Reakcja opozycji na oficjalne komunikaty MAK oraz komisji rządowej Jerzego Millera miała niewiele wspólnego z merytoryczną analizą i oceną tych dokumentów. Pojawiły się teorie o zamachu na prezydenta, skierowane w bardzo konkretnym kierunku.

Liderem grupy głoszącej wybuchowe hasła został były opozycjonista z czasów PRL – Antoni Macierewicz, ściśle związany z prezesem Jarosławem Kaczyńskim i mocno przezeń popierany. Smoleńskie spacery pod Pałac Prezydencki nabrały stałego charakteru. A teorie o zamachu zdobyły wcale liczne grono zwolenników.

Guru smoleński – Antoni Macierewicz – wygłosił już wiele rozmaitych tez i teorii, nie przedstawił jednak przez lata, które minęły, ani jednego dowodu popierającego jego słowa. Mam nieodparte wrażenie, iż przez te lata pomówił wiele osób o kryminalne działania lub inne niegodne czyny. I choć czekam cierpliwie na jego ostateczne wnioski dotyczące zdarzenia z 10 kwietnia 2010 roku, powoli przestaję wierzyć w dobrą wolę i uczciwość zarówno Antoniego Macierewicza, jak i jego mocodawcy – samego prezesa Jarosława.

Głośno jest o wydanych pieniądzach, nie widać efektu prac. Zupełnie jakbym znalazł się w baśni Andersena „Nowe szaty cesarza”. Nie widzę uszytych przez Macierewicza nowych szat – cesarz Jarosław jest nagi.

Na szczęście zbliża nam się ponoć ostatnia miesiączka smoleńska w starym stylu. Tak oświadczył publicznie sam prezes. Zapowiedział również, rychłe ogłoszenie prawdy o Smoleńsku. Tylko, czy nie będzie to jedna z prawd w zakopiańskim stylu? Ta ostatnia – g… prawda.

Czegóż jednak może chcieć skromny instruktor lotniczy pierwszego kontaktu od obecnych możnych tego kraju? Z pewnością nie kolejnych przemówień prezesa z wysokości smoleńskiego obelisku na placu Piłsudskiego, na który wespnie się on po szerokich kamiennych schodkach.

zak1953