Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

1.03.2018
czwartek

Kult jednostki

1 marca 2018, czwartek,

Był początek marca 1953 r. Moja mama trafiła na oddział położniczy szpitala w Katowicach. Oczekiwała narodzin swego pierwszego dziecka. Niestety, ja urodziłem się już w Stalinogrodzie. Kiedy kilkadziesiąt lat później opowiedziałem tę historię w większym towarzystwie, jedna z młodych osób ze współczuciem w głosie zadała pytanie: to pan się urodził w Związku Radzieckim? Cóż takiego się zdarzyło, iż miejscem mych narodzin stał się nieoczekiwanie Stalinogród?

Przyczyny były dwie. Pierwsza – po prawie 28 latach rządzenia w ZSRR Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, zwany Stalinem – szczęśliwie dla wielu – zamknął oczy na wieczność. Druga – kilku najważniejszych towarzyszy rządzących w Warszawie, postanowiło upamiętnić zmarłego, nadając jego imię jakiemuś miastu w Polsce. Podobno było kilka wariantów do wyboru. Ale ostatecznie – padło na górnośląskie Katowice, ówcześnie traktowane jako przemysłowa stolica Polski. Takie symboliczne centrum polskiej klasy robotniczej.

Józef Stalin dał się poznać całemu światu. Odcisnął swoje piętno na licznych krajach środkowej i wschodniej Europy. Zaktywizował także ruchy komunistyczne na Zachodzie. Wszystko dzięki ostatecznemu zwycięstwu Armii Czerwonej w wojnie, do której sam się przyczynił w 1939 r. Jego śmierć zapoczątkowała nowe, masowe, na ogromną skalę upamiętnianie jego osoby.

W Kraju Rad już za życia, był traktowany jak żyjący bóg – ojciec narodów pierwszego na świecie socjalistycznego państwa robotników i chłopów. W samym ZSRR sześć miast nosiło jego imię. W pięciu krajach, które w wyniku drugiej wojny znalazły się w radzieckiej strefie wpływów, także został wyróżniony swymi miastami.

Teraz, do tego szeregu dołączyła Polska, przemianowując z dniem 9 marca 1953 r. Katowice na Stalinogród. Pierwszemu urodzonemu w nowym mieście chłopcu z urzędu nadano imię Józef. Na pamiątkę przywódcy narodów.

I trwało by tak długimi latami, gdyby nie polityczne, październikowe trzęsienie ziemi 1956 r. Nikita Chruszczow – gensek KC KPZR – na XX plenum radzieckiej partii zapoznał zgromadzonych z referatem o skutkach działalności wodza narodów. A konkretnie o wypaczeniach (czytaj – zbrodniach) oraz kulcie jednostki, jakim otaczano Józefa Stalina przez lata jego rządów. Ten referat oraz wcześniejsze wydarzenia w Polsce (śmierć pierwszego stalinisty kraju – Bolesława Bieruta w marcu, wydarzenia czerwca w Poznaniu) wystarczyły do pierwszego politycznego przełomu. Pod kierownictwem nowego sekretarza KC PZPR, partia postanowiła o zmianach. Polityczna odwilż zaowocowała odejściem od kultu jednostki, zwolnieniem wielu ludzi z więzień oraz przywróceniem Stalinogrodowi starej nazwy – Katowice. O dziwo, po latach nikt nie chciał się przyznać do autorstwa pomysłu na zmianę Katowicom nazwy.

I na tym mógłbym skończyć historię kultu jednostki w Polsce. Bo niby odszedł wraz ze stalinizmem i latami się później nie ujawniał. Jednak Polacy mają w sobie taką potrzebę posiadania mitu wielkich przywódców. I jego pielęgnowania w narodzie.

Pierwszym został wielki papież z Polski – Jan Paweł II, będący patronem ponad dwóch tysięcy rozmaitych podmiotów. Za jego życia w Polsce stawiano mu licznie pomniki, wytyczono górskie szlaki turystyczne. A łączna długość dróg jego imienia jest większa od zsumowanych kilometrów polskich autostrad. Ale można powiedzieć, iż JP II zasłużył sobie na taką pamięć. Wzmocnił znaczenie Kościoła katolickiego w kraju i przysłużył się w obaleniu poprzedniego systemu.

Drugi – Józef Piłsudski powrócił z przymusowego zapomnienia. I chociaż można mieć o nim różne opinie, to jednak sporo spraw polskich wokół niego się kręciło. W końcu nawet niepodległość 1918 r. jemu właśnie przypisano.

Dzisiaj wyrasta nam nowy kandydat na pomniki, szkoły, place czy ulice. To nieżyjący brat-bliźniak pewnego prezesa z Żoliborza. Lech Kaczyński jest intensywnie promowany jako patron ulic i placów. Ostatnio w akcję włączyło się kilku wojewodów, zastępując nowym bohaterem, wymazywanych z obywatelskiej pamięci przez IPN. Czy ten „bohater” rzeczywiście zasłużył na aż taką promocję? Na szczęście nie będzie miasta jego nazwiska – jakieś takie niemiejskie. Głowy jednak nie dam, nie takie pomysły przepychano w Polsce.

W każdym razie kult jednostki w narodzie wraca.

zak1953

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 6

Dodaj komentarz »
  1. Gdzieś tu w Polityce wyczytałam u którejś z autorek że pierwszym objawem dyktatury są pojawiające się wszędzie portrety wodza. Można się też zastanowić czy to aby na pewno Lech jest na tych pomnikach skoro bliźniak, komu właściwie te konterfekty :/

    W Gdańsku „partyzant” (niestety już ujęty) walczy z ulicą Kaczyńskiego. Wolne Miasto Gdańsk.

    http://www.dziennikbaltycki.pl/wiadomosci/gdansk/a/dekomunizacja-ulic-w-gdansku-ktos-zniszczyl-tablice-informujace-o-ul-prezydenta-lecha-kaczynskiego-zdjecia,12968655/

    http://www.dziennikbaltycki.pl/wiadomosci/gdansk/a/dekomunizacja-ulic-w-gdansku-zatrzymano-mezczyzne-ktory-zaslonil-oznaczenie-ul-prezydenta-lecha-kaczynskiego-odpowie-za,12971514/

    Mnie już to wszystko im. Kaczyńskiego (któregokolwiek) nosem wyłazi. Gdyby ten samolot nie był się rozbił…

    ***
    Tak ciekawie i ładnie piszesz, zak, bardzo lubię Twoje wstępniaki. Jeszcze proszę.

  2. Nefer
    1 marca o godz. 19:40
    Jak widać ruch oporu w Polsce zaczyna się rodzić od nowa. Fakt, w dobie wszechobecnej inwigilacji naszej ulicznej aktywności, takie wpadki będą się zdarzać.
    Nic to, jak mawiał mały rycerz Sienkiewicza. Na naszych oczach powstają nowi bohaterowie wolnej, demokratycznej i praworządnej Rzeczpospolitej.

  3. zyta2003
    1 marca o godz. 15:08

    Jeszcze krótka odpowiedź do poprzedniego wpisu blogowego.
    Nieduży komentarz, bo się zbulwersowałem

    „Naogol wszelakie monumenty, pomniki, nowoczesne budowle na poczatku spotykaja sie ze sprzeciwem duzej grupy zwyklych ludzi i fachowcow. Wspomnijmy wieze Eifla, Centum Pompidou, Piramide na terenach Luwru…. chociazby. Nawet Statua Wolnosci w NY wzbudzala sprzeciw. Z czasem wszystko sie wkomponowywuje, nie tylko we Francji, na calym swiecie.”
    Obiekty, o których piszesz, nie służyły siłowemu upamiętnieniu przez jedną opcję polityczną, miernego polityka, którego ta opcja stawia na piedestale tylko dlatego, że zginął był w katastrofie lotniczej, sprokurowanej pośrednio przez brata, zmuszającego go do odpowiedniego otwarcia kampanii prezydenckiej przed drugą kadencją. Naginanie rzeczywistości przy pomocy bajek o zamachu i budowa mitu założycielskiego. To bieżąca polityka, a nie działania artystyczne w rodzaju budowy wieży Eiffla, czy Pompidolium. Nie mieszaj porządków, Zyto. Jak już chcesz porównań, to porównuj Piramidę z Luwru do Żagla Liebeskinda, albo Statuę Wolności do figury ze Świebodzina. Zimnego Lecha zostawmy na boczku.

    „W Polsce mialam wspolpracownika starszego pana, co pochodzil z miasteczka Klimontow na Kieleczczyznie. Opowiadal wiele, beznamietnie ( bez podtekstow rasistowsko- politycznych) o zyciu w tym miasteczku Zydow i malej ilosci Polakow z miasteczka i okolicznych wsi. Rownie beznamietnie opowiadal koncowke losow Zydow z Klimontowa. Otoz, gdy Niemcy wycofali sie definitywnie, z lasow wyszlo ok. 20 zlachanych szkieletow ludzkich, ktorym jakims cudem udalo sie przetrwac. Przerazeni Polacy, ktorzy juz zajeli te nedzniutkie domeczki z rownie nedznym wyposazeniem po prostu wystrzelali tych Zydow, jedna mloda dziewczyna byla nawet w ciazy. Ciagle mam to opowiadanie w pamieci i  przynajmniej trzykrotnie umieszczalam je na roznych forach w dosc pasujacych tematycznie okolicznosciach. Tez zapewne tutaj. Ku mojemu zaskoczeniu te naprawde niewiele lat temu umieszczone wpisy nigdy nikt nie skomentowal, nie zainteresowal sie nimi nawet pies z kulawa noga. Zapewne osoba autora, czyli ja, miala na to wplyw, ale mimo wszystko dziwi mnie, ze i swiatli ludzie dostaja wzmorzenia ideologicznego pod dyktando. Jak teraz. ”
    Nie jestem w stanie stwierdzić, czy nikt nie komentował Twoich poprzednich wpisów, bo Twoje słowa nie są tego żadnym dowodem. Zakładając z kolei, że Twoja Osoba była przyczyną braku komentarzy, dajesz pole do snucia domysłów przeróżnych, że oto ludzie na przykład mają dosyć Twoich insynuacji w rodzaju „światli ludzie dostają wzmożenia ideologicznego pod dyktando” i po prostu spuszczają zasłonę milczenia na te insynuacje, bo mają przykre doświadczeniach z poprzednich dyskusji z Tobą.

    I to by było na tyle.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Co do możliwości zaistnienia kultu jednostki następnej, mam mieszane uczucia.
    Z jednej strony, wśród moich znajomych nie ma nikogo, kto uznaje Lecha Kaczyńskiego za wybitnego polityka, męża stanu. Ale z drugiej strony, istnieje wszak religia smoleńska z arcykapłanem Macierewiczem na czele, a w niej Lech Kaczyński odgrywa rolę niepoślednią.
    Gdyby pozostawić sprawy swemu biegowi, może i kult byłby się pojawił, ale miłościwie nam panujący usiłują sprawę przyśpieszyć, przez co szybko mobilizują przeciwko sobie masy, które być może i Lecha Kaczyńskiego poważają, ale nie bardzo chcą zmieniać wszystkie dokumenty firmowe, prawa jazdy, tabliczki na domach, itd itp, bo komuś w IPNie się zamarzyło zmienić Dąbrowszczaków na Lecha Kaczyńskiego.
    Z trzeciej strony: oni stanowią ułamek ułamka promila narodu, więc może kult zakwitnie? Na razie to taki kiełek niepozorny, którego szprycują sterydami. Może i szybko wyrośnie, ale potem równie szybko zmarnieje.

  6. Szanowni Państwo!
    Jest mi niezmiernie przykro, ale muszę przerwać startującą dyskusję. Będzie czas do niej wrócić.
    Za chwilę jednak opublikuję nowy wpis. Dla wszystkich stanie się jasne, że musiałem to zrobić.
    Jacek Kowalczyk

  7. Nasze ofiary, bandyci też nasi

    Przedstawiałem kiedyś pewnemu Niemcowi, improwizując przy kuflu, przepis na możliwie bezstratne przeżycie niemieckiej okupacji w Polsce, ilustrując to znanymi mi przykładami z życia, w tym przeżyć mojej rodziny. Otóż, teoretyzowałem, nie należało być Żydem, ani – wbrew przypuszczeniom mojego rozmówcy, Niemcem. (Przedwojenni niemieccy Rzeczpospolitej mieszkańcy opisali to dość dobrze, a o żydowskich nie ma co gadać – prawie jedna trzecia Łodzian zniknęła pozostawiając po sobie słabo widoczne ślady). Gorzej było – kontynuowałem – mieszkać w mieście, a lepiej na wsi, zwłaszcza nieotoczonej górami i lasami, nieleżącej na pograniczu czegokolwiek i omijanej przez wojenne fronty. Ale i tam można było oberwać, niekoniecznie od obcych, umundurowanych, zaprzysiężonych.

    Wpisując w wyszukiwarce hasło „Siedliszowice” and „zginęli w trakcie okupacji” można znaleźć, oprócz ofiar obozów i wojennych, również listę dziewięciu wymienionych ciurkiem osób: Huczek Władysław, Litera Tekla, Litera Władysław, Słupek Maria, Słupek Władysław, Słupek Janina, Wysocka Justyna, Kosieniak Tadeusz, Kosieniak Stanisław. „Urok” listy polega na tym, że ostatni na liście to bandyta, który osobiście zastrzelił pozostałych wymienionych, tego samego dnia 28 października 1941 roku. Sam zginął dwa lata później zarąbany siekierą przez jednego ze swoich kumpli.

    Banda Kosieniaków dała się nieźle we znaki mieszkańcom Powiśla Dąbrowskiego umykając sprawiedliwości okupantów i okupowanych, policjantów i konspiratorów (czasem występujących w jednej i tej samej osobie – patrz: Policjant konspiratorem – Krasnodębski Tadeusz Stefan). O napadach, kradzieżach i krwawych popisach Stanisława Kosieniaka, w tym torturach i mordzie na własnej żonie, można poczytać też u Adama Kazimierza Musiała (Krwawe upiory: Dzieje powiatu Dąbrowa Tarnowska w okresie okupacji hitlerowskiej), niestety z kilkoma błędami rzeczowymi.

    Tego październikowego dnia trzyosobowa banda złożona z obu braci Kosieniaków i Ludwika Stokłosy weszła do Siedliszowic by, w akcie szału, zemsty czy też zabawy, utopić we krwi dziewięć (!) osób. Pierwszą miała być dziedziczka, Justyna z Rostworowskich Wysocka, którą Stanisław zaatakował, a Tadeusz próbował obronić. Nieskutecznie. Został zastrzelony przez brata, a w chwilę później – na oczach dwóch małych synów – zginęła również Wysocka. (Starszy, wówczas sześcioletni syn umieścił w 2012 roku szczegółowy opis tego wydarzenia w sieci – http://gazostrada.com/Justyna-Zofja-z-Rostworowskich-Wysocka.pdf). Pozostali dwaj bandyci szli od jednej, wybranej przez siebie chałupy, do następnej, a Stanisław Kosieniak strzelał do swoich kolejnych ofiar. Na liście nie ma dwóch, które przeżyły: uprowadzonej przez bandytę drugiej córki zamordowanej rodziny Słupków (Bronisławy) i pozostawionej w kałuży krwi, postrzelonej w twarz, córki Tekli i siostry Władysława Litery, mojej babki, Józefy, ostatnich ofiar bandyckiego rajdu po Siedliszowicach.

    Mój dziadek – jak zwykle robili faceci w takich wypadkach – schował się przed bandytami, którzy prawdopodobnie przyszli właśnie po niego. W domu pozostała jego teściowa, żona i trzynastoletni syn Władek. Kosiniak, stojąc nad leżącymi we krwi kobietami przyłożył pistolet to głowy chłopaka i zapytał wspólnika – Władka też strzelać? Eee, zostaw go, powiedział Stokłosa i obaj poszli sobie. Dziesięć lat później ten chłopak został moim ojcem, zmarł w 2014. Babcia Józefa, dowieziona do szpitala w Tarnowie i uratowana, przeżyła z pokiereszowaną szczęką do 1993.

    Oczywiście pojawiali się w tej wsi i znikali Żydzi, Niemcy i Czerwonoarmiści, zbliżali się wycofujący z Niemcami Ukraińcy, ale – z mojego punktu widzenia – nigdy nie było tak blisko, żeby mnie nie było, jak wtedy – 28. października 1941 roku. W tej części doliny Wisły i Dunajca jest to historia znana nawet dzieciom. Ogólnie jednak nie jest tak nośna, by trafić do szerszej wiadomości. Czy dlatego, że wszyscy bohaterowie byli z tej samej parafii?

    Polecam Portal Historyczny Parafii Wietrzychowice