Obrazek z wystawy w sprawie ustawy

Właściwie mówić się już nie bardzo chce. O ustawie w sprawie „polskich obozów koncentracyjnych”, w której nie mówi się o tychże, ale o czymś zgoła innym się mówi, a jeszcze więcej nie mówi – a dziać się będzie – powiedzieli już wiele ludzie mądrzy, uczciwi i wrażliwi. Naukowcy z PAN-u, z innych ośrodków, poważni, motywowani zasadniczo ważną dla wspólnoty potrzebą poznania tego, jak było („prawda was wyzwoli” – powiedział ten, co strasznie dużo mówił, a teraz ani mru-mru i w ogóle nie jest już pewne, że była taka postać), mający wysokie standardy moralne właściwie mają jasność, jak to było z Holocaustem na polskich ziemiach. Każdy się może dowiedzieć, wystarczy umieć czytać albo tylko słuchać i mieć coś podstawowego: porządność w sobie. Której – jak sam mówi o sobie – uczy Kościół kat. Sytuacja jest tego rodzaju, jak z katastrofą smoleńską: jedni poznali przyczyny katastrofy i o tym powiedzieli, inni kłamią i używają katastrofy do maskowania własnych win oraz zdobywania władzy.

A jednak dalej mówić trzeba, bo istotą tego problemu jest wyparcie i zawzięte przemilczenie. Tkwienie dalej w skłamaniu, niczego nie pozwoli w Polsce zmienić na lepsze. To zresztą wspólna cecha wszelkich poważnych i niezałatwionych, a mrocznych, duszących polskich spraw: kłamanie, wykręcanie się, zamilczenie, wyparcie. Wrzask. Właśnie kolejną koszmarną wypowiedź dołożył w Monachium do puli polskiego zakłamania premier, zmiennik tej co przynajmniej w językach nie umiała nic rzec, obrzydliwości oznajmiała po polsku, co jakoś może zmniejszało pole rażenia tej mowy na świecie.

Taki, autentyczny, obrazek z wystawy polskiego wyparcia w sprawie Żydów:

Było to lat temu kilkanaście. Tykocin. Małe, niegdyś ludne, gwarne, choć prowincjonalne miasteczko. Solidny kościół, barokowa fasada, bryła właściwie przeskalowana i ponad skromną rangę miejsca, podkreślona jeszcze dwójramiennymi skrzydłami kolumnad udających te z placu św. Piotra w Watykanie, z dwoma ciężkimi wieżami na flankach. Przepych i pycha w tak niewielkim miasteczku. Demonstracja władzy. Całość, zgodnie ze sztuką architektoniczną, wyeksponowana na wielki majdan – plac w środku miasteczka. Nieco dalej, w głębi ulicy biegnącej wzdłuż majdanu – bóżnica. Wszystko w cieniu rozrośniętego kościoła.

Peregrynuję po miasteczku, podziwiam, robię foty, wyobrażam sobie dawne w nim życie. Na plac wjeżdża autokar. Sunie powoli, bokiem majdanu, zbliża się do bóżnicy. Staje. Nikt nie wysiada, choć w środku jest pełen ludzi, co zwraca moją uwagę. Mija dłuższa chwila. Wysiadają dwaj mężczyźni. Drzwi się zamykają, nikt więcej nie wysiadł. Mężczyźni podchodzą do bożnicy, znikają w niej, następnie znowu się pokazują i obchodzą plac, zaglądając w różne kąty. Wysiada trzeci mężczyzna, reszta dalej siedzi. Ci trzej są ze sobą w ewidentnym kontakcie, coś ważnego mają do wykonania. W oknach pobliskich domów miejscowe twarze. Nasi.

Ci mężczyźni to nie nasi. Obcy. Gdy się zbliżam, oni mi się bacznie przyglądają, ja zaś widzę, że w uszach mają mikrosłuchawki i interkomy. Rozmawiają w obcym języku, niemal z pewnością po hebrajsku. Sprawa jasna: ochrona. I to nie byle jaka, nie wynajęta w Polsce, ale prosto z Izraela. Ich profesjonalność i powagę widać natychmiast, bo i ma być to zauważalne: demonstracja połączona z umiarem. Zdaje się, że ci trzej są w kontakcie z kimś jeszcze, kogo nie widać: może jest w autokarze, może przyjechał znacznie wcześniej i dyskretnie zabezpiecza wizytę.

Wreszcie wysiadają pasażerowie. Głównie młodzież, kilka osób starszych, ale żadna w takim wieku, że mogła być Żydem z przedwojennego Tykocina. Może parę dzieci albo wnuków dawnych mieszkańców, jeśli jacyś przeżyli. Większość to pewnie po prostu niemająca miejscowych korzeni młodzież z Izraela, która chce poznać kraj tak niegdyś ważny dla Żydów i ciągle obecny w ich kulturze oraz zakotwiczony w tożsamości.

Miejscowi, których na majdanie o tej porze było niewielu, od razu zwracają uwagę na autokar, szybko pojawiają się nowe twarze: w oknach, między domami, na chodnikach i obrzeżu placu. Uderza mnie dziwna mieszanina spojrzeń: ciekawskich, tępych, podejrzliwych, złych. Może była jakaś życzliwie patrząca twarz, jednak nie zauważyłem. Łowię kilka odzywek w rodzaju: na co tu oni przyjechali, znowu jakieś żydowiny, młodziaków teraz nasłali. Sam, nie będąc przecież żydowiną, czuję się obco. Niedobre emocje wydobywają się z ludzi. Napięcie. Czują to ochroniarze, czują uczestnicy wycieczki. Nie zabawiają długo w bóżnicy, nie zachowują się swobodnie, nie patrzą na ludzi, choć są młodzi – co by było ze wszech miar naturalne. Ochrona dba o to, by nie dawać dłużej powodu do podnoszenia napięcia. Zbierają przybyszów, wsadzają do autokaru, wszyscy wyjeżdżają. Wielka, barokowa, obfita fasada kościoła w perspektywie ulicy. Wszystko dzieje się w jego cieniu. Dosłownym i symbolicznym.

***
Scena ta przypomniała mi się jakiś czas później, gdy oglądałem współczesny serial „Glina”, z Jerzym Radziwiłowiczem grającym starego policyjnego a uczciwego wygę i Maćkiem Stuhrem, grającym jego młodego kolegę wdrażającego się do policyjnej roboty. Młody Stuhr, w którymś z odcinków, bada sprawę zaginionych gdzieś w prowincjonalnej Polsce Romów. Gdy rozgląda się w prowincjonalnym miasteczku, szybko orientuje się, że istnieje zmowa milczenia i jednoznaczny stosunek do Romów: to ludzkie śmieci. W zmowie jest prawie cała społeczność: od burmistrza, przez policję, do właściciela baru. Stuhr, pobity przez „nieznanych sprawców” nie przerywa dochodzenia. Znajduje, zakopane w lesie, szczątki Romów.

Teraz przypomina mi się to znowu. W Tykocinie to byli Żydzi. W filmowym miasteczku – Romowie, niedawni Cyganie. Po prostu brudasy. Trzeba przypomnieć słowa tego, który ma nadmiar podłych słów w sobie, hańbiąc nimi i sobą Polskę: roznosiciele pasożytów i chorób. Film przestaje być czystą fabułą. Staje blisko mrocznego życia. Mroki przeszłości nie tylko się nie rozproszyły, ale są gęstsze niż się naiwnym poczciwcom zdaje.

Tanaka