Historia flirtu bez miłości

12 listopada 1918 roku Józef Piłsudski, który dzień wcześniej przejął zwierzchnią władzę w powstającym państwie od Rady Regencyjnej oraz od Tymczasowego Rządu Ludowego, zaprosił przedstawicieli żydowskich ugrupowań politycznych na konferencję, aby zapoznać się z ich poglądami na utworzenie rządu – napisał prof. Jerzy Tomaszewski, w „Zarysie dziejów Żydów w Polsce w latach 1918–1939”.

Politycy ci zostali więc formalnie uznani za równorzędnych partnerów w dyskusji dotyczącej przyszłości Polski. Środowisk żydowskich było wiele, a każde z nich miało inne poglądy – zarówno na politykę wewnątrzkrajową, jak i na zewnętrzną; inaczej postrzegali też niepodległą już od kilku dni Polskę. Inny jej ogląd mieli ci Żydzi, którzy dotychczas pozostawali pod zaborem rosyjskim, jeszcze inny ci z Galicji, z austriackiego zaboru się wywodzący, a jeszcze inny ci, którzy wypadli spod buta niemieckiego. W spotkaniu z Piłsudskim nie wzięli udziału Żydzi z Wileńszczyzny ani z Górnego Śląska, jako że regiony te jeszcze nie wchodziły w skład państwa polskiego oraz przedstawiciele Galicji wschodniej. Na tle innych, nieodcinających się od polskiej niepodległości (poza komunistami i Bundem, który odmówił udziału w spotkaniu z Piłsudskim) – grupa Żydów z Galicji wschodniej wyraźnie wahała się w poglądach na „polską rację stanu”. We wschodniej Galicji, kształtowała się (w walce z oddziałami polskimi) Zachodnio-Ukraińska Republika Ludowa (ZURL), a wewnątrz środowisk żydowskich, znajdowali się i przeciwnicy ZURL i jej zwolennicy. Za przystąpieniem do ZURL przemawiał dekret ukraińskiej Centralnej Rady w Kijowie z 16 lipca 1917 r., który stał się podstawą dla tworzenia autonomii narodowych mniejszości, deklarujący równość wszystkich obywateli, niezależnie od narodowości i wyznania. Przeciwnikiem ZURL były polskie organizacje broniące Lwowa i mające nacjonalistyczny charakter. Żydowscy pracownicy galicyjskich – jeszcze spod austriackiego zaboru się wywodzących – instytucji i urzędów państwowych, w okresie istnienia ZURL pozostawali na swoich stanowiskach, co po polskim zwycięstwie stało się powodem do oskarżania ich o zdradę i masowe zwalniania z pracy.

Socjalistyczna przeszłość Piłsudskiego oraz późniejsze desygnowanie na stanowisko premiera Ignacego Daszyńskiego – umiarkowanego socjalistę i przeciwnika nacjonalizmu – dawały pozostałym środowiskom żydowskim nadzieję na wprowadzenie równouprawnienia narodowego i wyznaniowego. Jednak sam Piłsudski i sam Daszyński niewiele mogli wobec bardzo silnych tendencji antysemickich tych wpływowych środowisk narodowych, które wywodziły się – szczególnie w wojsku – z dwóch zaborów: oficerów wychowanych w armii carskiej oraz z tzw. Poznańczyków, czyli Wojsk Wielkopolskich, „działających jawnie antysemicko” do spółki ze słynną „błękitną” armią Józefa Hallera, która z Francji, a więc w ogóle spoza granic jakiegokolwiek zaboru rodowód swój wywiodła, a która swoją obecność w Polsce rozpoczęła jeszcze podczas podróży z Francji, obcinając (po drodze do Warszawy) napotkanym „starozakonnym” brody oraz strzelając do tych, którzy protestowali.

 

OBÓZ W JABŁONNEJ

„Poznańczycy” i „hallerowcy” odegrali niebagatelną rolę w tworzeniu i nadzorowaniu pierwszego polskiego obozu koncentracyjnego dla oficerów i żołnierzy narodowości żydowskiej w Jabłonnie pod Warszawą. Zanim doszło do utworzenia obozu w Jabłonnie, polską prasę narodową, konfesyjną oraz kościelne ambony, zalała niespotykana przedtem na tak szeroką skalę nagonka na Żydów jako zdrajców Polski oraz sympatyków sowieckich komunistów.

„Istotną rolę w powstaniu pierwszego polskiego obozu koncentracyjnego w Jabłonnie miały niewątpliwie rozpowszechnione wówczas Protokoły Mędrców Syjonu” – napisał w artykule „Polski obóz koncentracyjny w Jabłonnie” Mariusz Agnosiewicz. (…) – 19 czerwca [1920 r. – anumlik] Andrzej Niemojewski w „Myśli Niepodległej” opublikował obszerny materiał na ten temat [„Protokołów Mędrców Syjnu” – anumlik] rozpoczynając go słowami: „Publiczność wprost nie daje nam spokoju zapytaniami listownymi, telefonicznymi i osobistymi, czy znamy i co sądzimy o autentyczności Protokułów posiedzeń mędrców Syonu”) wykazując, że jest to carska fałszywka”. Niemojewski skonkludował swój artykuł cynicznie, „że jego racjonalna analiza tekstu i tak nie ma znaczenia, gdyż nie jest już w stanie zatrzymać fali, jaką Protokoły wywołają, gdyż moment historyczny jest taki, że kropla była potrzebna, aby się puhar przelał”.

7 lipca 1920 r. biskupi polscy, będący – jak pisze Agnosiewicz – pod wpływem lektury Protokołów… – wysłali list do biskupów świata, w którym czytamy: „Bolszewizm idzie na podbój świata. Rasa, która nim kieruje, już przedtem podbiła sobie świat przez złoto i banki, a dziś gnana odwieczną żądzą imperialistyczną, płynącą w jej żyłach, zmierza już bezpośrednio do ostatecznego podboju narodów pod jarzmo swych rządów. Wszystkie slogany, jakie są przy tym używane: lud, robotnicy, wolność itp. mają na celu zakrycie prawdziwego celu. (…) Nienawiść bolszewizmu skierowana jest przeciw Chrystusowi i jego Kościołowi przede wszystkim dlatego, że ci, którzy nim kierują noszą w swej krwi tradycyjną nienawiść ku chrystianizmowi. Bolszewizm prawdziwie jest żywym wcieleniem i ujawnieniem się na ziemi ducha Antychrysta”.

Czy trzeba lepszego zaproszenia do tego, aby powstała zbitka słowna – bolszewizm równa się żydowstwo?
Komentując list biskupów w „Przeglądzie Powszechnym”, ks. Jan Urban napisał: Nasi pasterze, znowu pierwsi publicznie i urzędowo wobec całego świata, odważyli się wskazać, kto w rzeczywistości bolszewizmem kieruje (…) dyktaturę „proletariatu” w sowieckich republikach, gdziekolwiek się one utworzą, dzierżą w swych rękach w dziewięciu dziesiątych częściach bracia po krwi i religii Trockiego-Bronsteina, Beli Kuna, Kurta Eisnera (…) rasa ta osiąga przez bolszewizm, choć w inny sposób, te same cele, o jakich marzy od tysięcy lat mesjanizm „wybranego” narodu — panowanie nad światem (…) świat Zachodu nie śmie wskazać palcem na istotnych przywódców nowożytnej barbarii (…). Mimo sprzeczności ekonomicznych interesów, głębsza solidarność rasowa nie pozwoli bankierowi angielskiemu, czy francuskiemu – a w jego rękach jest cała niemal prasa – powiedzieć głośno: poza bolszewizmem stoi Żyd! (…) Może list biskupów polskich przynajmniej katolickim mężom stanu i kierownikom opinii publicznej otworzy oczy na tę okoliczność.

Otworzył. Jak możemy przeczytać w syntetycznym artykule – opartym na rzetelnych badaniach naukowych, popartych kwerendami w dokumentach źródłowych – Jacka Walickiego, „Położenie Żydów polskich podczas kampanii 1920”: W rozlepianych na stacjach kolejowych odezwach pisano: „Żydzi są pionierami bolszewizmu, prowadzą wojnę podjazdową przeciwko nam”. Skrajnie nacjonalistyczny łódzki „Rozwój” imputował politykom żydowskim prowadzenie w interesie Rosji Sowieckiej , jawnej i otwartej wojny przeciwko Polsce” i żądał „internowania inteligencji żydowskiej łącznie ze wszystkimi żydowskimi macherami politycznymi w obozach koncentracyjnych”. Andrzej Niemojewski w „Myśli Niepodległej” pisał: „Przyjęta depesza iskrowa bolszewików głosi, iż wojska rosyjskie, wkroczywszy do Polski etnograficznej, mają wsie palić, chłopów w pień wycinać, wszelki dobytek grabić i wywozić do Rosji, zaś oszczędzić miasta ze względu na to, że są zamieszkałe przez przychylnie dla bolszewików usposobiony żywioł żydowski”. Żydów z bolszewizmem zaczęła identyfikować także oficjalna propaganda państwowa, którą zaczęto prowadzić pod hasłem, że „wojna z bolszewikami jest wojną z Żydami”. Drukowane przez władze plakaty, utożsamiające Żydów z komunistami, rozlepiali i rozdawali w Warszawie żandarmi.

Zanim doszło do utworzenia z rozkazu gen. Sosnkowskiego obozu w Jabłonnie, w którym od 13 sierpnia 1920 roku, do 9 września 1920 roku (niepełny miesiąc) zamknięto za drutami 17 tysięcy żołnierzy i oficerów z żydowskim rodowodem, odnotować należy dwa wydarzenia ukazujące we właściwym, jednoznacznym świetle, prawdziwy powód zapudłowania potencjalnych bolszewików i żydowskich zdrajców polskiej, katolickiej ojczyzny.

W przywołanej pracy Jacka Walickiego „Położenie Żydów polskich podczas kampanii 1920” możemy przeczytać: Początkowo, gdy wycofujące się oddziały polskie znajdowały się jeszcze

daleko od centrum kraju, pojawiły się oskarżenia Żydów służących w armii o zdradę. W ten sposób usiłowano na nich przerzucić odpowiedzialność za upadek morale wojska, jaki wskutek długotrwałego odwrotu zaczął przybierać rozmiary wprost katastrofalne, nie omijając i kadry dowódczej. Minister spraw wojskowych, gen. Kazimierz Sosnkowski, w ściśle tajnym rozkazie jednoznacznie stwierdzał: „rozkład ten nie tylko nie pominął korpusu oficerskiego, ale częstokroć od oficerów właśnie się zaczął, i, jak stwierdzają tysiączne przykłady, z winy haniebnego zachowania się oficerów rozsypują się […] całe oddziały”.

Podkreślmy: Z winy haniebnego zachowania się oficerów. Nie Żydów oficerów, lecz polskich oficerów – prawdziwych – jak byśmy dziś powiedzieli – Polaków i prawdziwych katolików.

Drugie wydarzenie to niezgoda Wincentego Witosa na publikację opracowanego przez poprzedni (przed Witosem, który został premierem 24 lipca 1920 r.) rząd i uzgodnionego z parlamentarnymi środowiskami żydowskimi tekstu odezwy do ludności polskiej w sprawie żydowskiej. Sformułowanie – „bardzo znaczna większość ludności żydowskiej okazuje, że rozumie swe obowiązki wobec Polski, że chce je sumiennie wypełniać nie z musu, ale z przekonania” – zostało przez Witosa zakwestionowane, gdyż uważał on, że Żydzi w walce zbrojnej opowiadają się po stronie bolszewików.

Droga do utworzenia obozu koncentracyjnego dla żydowskich wojskowych w Jabłonnie została otwarta, a strażnikami w obozie mianowano „Poznańczyków”, największych żydożerców w wojsku polskim. Po utworzeniu obozu podniosła się w kraju i zagranicą fala protestów. Zbiorowy list protestacyjny przeciwko obozowi ukazał się w „Robotniku”, podpisali go – m.in. Andrzej Strug, Stefan Żeromski, Baudouin de Courtenay oraz kilku liderów PPS. W końcu 9 września obóz został rozwiązany.

Swój stosunek do obozu w Jabłonnie przedstawił w swym przemówieniu sejmowym Izaak Grünbaum, żydowski poseł na Sejm Ustawodawczy i Sejm I, II i III kandencji II RP:

„Panował wówczas w społeczeństwie żydowskim taki nastrój, jakiego do tej pory nie było i gotowość taka, jakiej nigdy do tej pory nie było. I trzeba było tylko jednego słowa, trzeba było tylko odpowiedzi rządu i społeczeństwa, ażeby to w tej chwili załatwić, załagodzić i może usunąć na wiele, wiele lat przeciwieństwa i konflikty polsko-żydowskie. Ale na naszą gotowość otrzymaliśmy inną zgoła odpowiedź […] odepchnięto nas […]. Odpowiedziano nam… Jabłonną, w której skoncentrowano jak więźniów, jak zdrajców, naszych ochotników”.

Tak się zakończył flirt państwa polskiego z Żydami, rozpoczęty przez Józefa Piłsudskiego 12 listopada 1918 r. – nazajutrz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

 

Polaków udział w Holocauście

Nie zdobyłbym się na napisanie: udział Polski w Holocauście, podobnie jak nie odważyłbym się napisać polskie obozy koncentracyjne, mając na myśli te utworzone przez Niemców na terenie Polski w okresie drugiej wojny światowej. Takich nie było, podobnie jak nie było udziału Polski jako państwa (objętnie – podziemnego, czy tego z siedzibą w Londynie) w pacyfikacji miast, wsi i żydowskich gett. Ale o udziale Polaków w eksterminacji Żydów – nie tylko nazywanych szmalcownikami i nie tylko tych zasilających posterunki „granatowej policji” i nie tylko tych czekających w furmankach na to, aż ostatni transport lokalnych Żydów zostanie wypędzony pod kolbami karabinów przez żandarmów z Ordnungspolizei oraz Schutzmannschaft (i polskich granatowych policajów) w gotowości, aby natychmiast rzucić się do rabowania pożydowskiego mienia – należy pytać i o tym pisać. Szczególnie o udziale tych, których przywykliśmy nazywać „ówczesną społeczną elitą”. A jakoś tak wyszło, że owe elity składały się niemal wyłącznie z członków i sympatyków ONR oraz księży katolickich. Oczywiście, aby nie uogólniać – nie ze wszystkich katolickich księży i nie ze wszystkich oenrowców.

Opisał to Mirosław Tryczyk w „Miastach śmierci. Sąsiedzkich pogromów Żydów”. Była to druga – po Jana Tomasza Grossa „Sąsiadach” – tak ważna publikacja. Po nich przybyło wiele innych, których wymienienie zajęłoby sporą część tego artykułu, a które powtały zarówno w kierowanym przez prof. Barbarę Engelking Centrum Badań nad Zagladą Żydów PAN, jak i przy pomocy – utworzonego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i profesora Jerzego Tomaszewskiego (takie są fakty, panie Jarosławie Kaczyński) – Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”. Na szczególną uwagę zasługuje tu książka prof. Jana Grabowskiego, historyka z uniwersytetu w Ottawie „Judenjagd. Polowanie na Żydów 19421945”, potwierdzająca tezę Tryczyka (któremu jako filozofowi narodowo-katolicka prasa odmawia oceny wydarzeń na Podlasiu i białostoczczyźnie), że inspiratorami morderstw na Żydach byli nie tylko Niemcy (a co do tego nikt nie ma wątpliwości), ale także lokalni „narodowi patrioci”. Przypomnę słowa Tryczyka:

„Rozpoczęło się tuż po wkroczeniu na te tereny Niemców w czerwcu 1941 roku. W przygranicznych miasteczkach jak Jedwabne, Radziłów, Wąsosz, Szczuczyn, Goniądz, powstały wtedy lokalne struktury polskiej władzy i milicje, ponieważ Niemcy swoją administrację powołali dopiero na początku 1942 roku. Milicje te noszące w zależności od miejsca powstania różne nazwy, np. straży obywatelskich, milicji obywatelskich, samorządów miejskich, samoobrony, Komitetu wyniszczenia komunizmu itp. przystępowały do rozprawy z komunistami i Żydami. Na ich czele stawali polscy mieszkańcy, należący do przedwojennych, miejscowych elit. Znaleźli się w nich nauczyciele (Rajgród, Szczuczyn, Suchowola), członkowie Korpusu Ochrony Pogranicza (Goniądz), policjanci (Rajgród, Goniądz), aptekarze i lekarze (Radziłów, Suchowola), listonosze i pracownicy poczty polskiej (Radziłów, Szczuczyn, Wąsosz, Jasionówka), przedwojenni burmistrzowie, radni i miejscowi przedsiębiorcy (Jedwabne, Jasionówka, Radziłów) oraz księża katoliccy (Radziłów, Wąsosz, Goniądz, Jasionówka). Na początku zaczęło się od rozprawy z kolaborantami, czyli tymi, którzy współpracowali z Sowietami. Jej ofiarami byli zarówno Polacy jak i Żydzi”.

Słowa Tryczyka potwierdza historyk, prof. Jan Grabowski. W polemice z dr. Grzegorem Berendtem z IPN („Haaretz”, z 19 marca ubiegłego roku – przedruk „Krytyka Polityczna”) Grabowski pisze: „w moich badaniach odkryłem między innymi zaskakujący stopień własnej inicjatywy polskich policjantów, samodzielnie zabijających Żydów – nie tylko bez bezpośredniego zaangażowania Niemców – a czasem bez ich wiedzy. Jeszcze ważniejszym odkryciem (nic dziwnego, że nieobecnym w polemice Berendta) był stopień zaangażowania innych polskich sprawców – tysięcy ochotniczych strażaków, młodzieży ze Służby Budowlanej (Baudienst) oraz niezliczonych „gapiów” i sąsiadów, którzy wzięli udział w brutalnych likwidacjach lokalnych gett i następujących po nich polowaniach na ocalałych Żydów”.

Antysemityzm – podsycany od czasu, gdy hierarchia Kościoła katolickiego razem z politykami i publicystami organizacji narodowych zaczęła wmawiać Polakom, że Żydzi są winni wszystkim nieszczęściom świata i że tym światem zza ukrycia rządzą – był tym mechanizmem, który powodował, że większość Polaków była zadowolona z tego, że Żydzi giną. Tylko dwa przykłady (a są ich setki, jeśli nie tysiące) ukazują do jakich czynów zdolni byli „prawdziwi Polacy-katolicy” wychowani na antysemickich publikacjach.

Jeden z robinsonów warszawskich – Chaim Icel Goldstein – wspomina powstańców z AK strzelających do Żydów „jak do ptaków czy królików”: „Pewnego razu, stojąc z naszym porucznikiem i z kilkoma innymi powstańcami w bramie podwórza, nagle usłyszeliśmy za nami wystrzał. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy człowieka padającego na ziemię, a obok drugiego, który spokojnie zakłada sobie automat na plecy, nawet nie patrząc na leżącego. Widocznie był pewien celności swojego strzału. Ten z karabinem zaczął iść w naszym kierunku spokojnie, jakby zastrzelił ptaka czy królika, a kiedy nas mijał, zasalutował porucznikowi i z uśmiechem, jakby mimochodem, rzucił: »psiakrew, to był Żyd« i poszedł dalej. Porucznik spojrzał na mnie i widząc, co przeżywam, powiedział, jakby się usprawiedliwiając: »Nic nie mogę zrobić, on nie jest z mojego oddziału… nic nie mogę…«”.

Przykład drugi jest spoza Warszawy. Jak strzelano do Żydów w AK-owskiej partyzantce, i to w zgrupowaniu legendarnego „Ponurego”, zrelacjonowała Halina Zawadzka, która, ukrywając swoją żydowską tożsamość, w AK-owskim oddziale spędziła kilka miesięcy: „Podczas ogólnej rozmowy przy stole dowiedziałam się, że niedawno czujka partyzancka zatrzymała przekradającego się między drzewami Żyda. Dowódca oddziału wydał wyrok rozstrzelania go. Na moje odważne pytanie »dlaczego«, powiedziano mi, że tak było bezpieczniej dla wszystkich. Pomyślałam z ironią, że mieli do pewnego stopnia rację, bo zabitemu Żydowi nie groziło już teraz żadne niebezpieczeństwo”.

Drugim mechanizmem przyzwalającym na Zagładę była chęć przejęcia żydowskich majątków. Na ten temat powstało już sporo publikacji, z najważniejszą dla nas – pracą zbiorową: „Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych 19391950”.

Przewłaszczenia – jak to ironicznie ujął Jan Grabowski zaczynały się w tym momencie, gdy po okolicznych wsiach i przysiółkach rozeszła się wieść, że Niemcy idą po Żydów. Celnie opisał to Jan Forecki, w artykule w Krytyce Politycznej, zatytułowanym „Nasze mienie »pożydowskie«”: W oczekiwaniu na rozpoczęcie wywózki Żydów ze Szczebrzeszyna w połowie kwietnia 1942 roku, odnotowuje świadek wydarzeń Zygmunt Klukowski, „[z]jechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy można będzie przystąpić do rabunku. Z różnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem miasteczko nasze z pewnością nie będzie w tyle”. Nie pomylił się. Na dalszych stronach swojego Dziennika zapisze: „[l]udność z otwieranych żydowskich domów rozchwytuje wszystko, co jest pod ręką, ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym żydowskim dobytkiem lub towarem z małych żydowskich sklepików”.

 

Co z brakującym milionem?

Paweł Kocięba-Żabski, na fanpage Obywatele RP, 1 lutego 2018 roku, stawia expressis verbis jedną z najważniejszych dla badań nad Holocaustem kwestię: trzeba powiedzieć jedną rzecz wyraźnie i drukowanymi literami: jako naród wiemy wszystko o obozach śmierci i straszliwych warunkach panujących w gettach. Wiedzą o tym jeszcze lepiej Żydzi i na pewno nie protestowaliby przeciwko walce z „polskimi obozami”. Jednak z trzech milionów zamordowanych polskich Żydów jedynie około dwóch milionów zginęło za drutami i za murami gett. Co się stało z brakującym milionem?

Pytanie to, aczkolwiek w zawoalowanej formie, zostało publicznie postawione w 1946 r. przez Zofię Nałkowską. Oto fragment opowiadania „Dorośli i dzieci w Oświęcimiu”, z „Medalionów”: Nie dziesiątki tysięcy i nie setki tysięcy, ale miliony istnień człowieczych uległy przeróbce na surowiec i towar w polskich obozach śmierci. Oprócz szeroko znanych miejscowości, jak Majdanek, Oświęcim, Brzezinka, Treblinka, raz po raz odkrywamy nowe, mniej głośne. Ukryte pośród lasów i zielonych wzgórz, nieraz z dala od torów kolejowych, pozwalały na rozwinięcie systemów jeszcze bardziej uproszczonych i oszczędnych. Tak znaleziono całe złoża umarłych, zagrzebane w Tuszynku i Wiączynie pod Łodzią. Tak wystarczył jeden stary pałac w Chełmnie, położony na wzgórzu, z przepięknym widokiem na rozkołysany trawami i zbożami krajobraz, jeden na pół zrujnowany spichrz, jedna w pobliżu rozległa, ściśle oparkaniona parcela młodego sosnowego lasu, by osiągnąć cyfrę ofiar sięgającą miliona.

Wszyscy ekscytujący się użytym rzez Nałkowską sformułowaniem „polskie obozy śmierci” (że to ona pierwsza tak niemieckie obozy nazwała) zapominają o drugiej części jej refleksji; brakującego miliona należy szukać w lasach, pod zielonymi wzgórzami, z dala od torów kolejowych (torami przecież szły zorganizowane przez oddziały Einsatzgruppen Himmlera

transporty), w na pół zrujnowanych spichlerzach, na ściśle oparkanionych parcelach młodego sosnowego lasu.

Jednym z głównych zadań Einsatzgruppen była eksterminacja Żydów. Do zabijania Żydów przyłączała się – jak Generalna Gubernia długa i szeroka – miejscowa ludność.. Niejednokrotnie ludność ta (a tereny polskie nie są tu wcale wyjątkiem) atakowała Żydów jeszcze zanim niemieckie oddziały zajęły dany region. Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy doniósł w 1943 r., że od września „trwa planowa akcja ugrupowań narodowopolskich przeciw bandom komunistycznym”, a policja bezpieczeństwa „wielokrotnie była adresatem różnych propozycji tychże ugrupowań”, określających swe cele jako „wyniszczenie elementów komunistycznych, żydowskich i kryminalnych”. Koniec cytatu.

Aby uświadomość sobie, jaka była skala morderstw popełnianych na Żydach (o komunistach i kryminalistach nie wspominając) nie w obozach koncentracyjnych i obozach śmierci, w ilości jednego miliona, trzeba przyjąć do wiadomości jedno. Tych morderstw nie mogli popełnić tylko członkowie Einsatzgruppen.

Na terenie całej przedwojennej Polski – tej włączonej do Rzeszy po wrześniu 1939 r. i tej zajmowanej od czerwca 1941 r., działało 7 (siedem) Einsatzgruppen, a każda z nich liczyła od 500 do 1000 morderców Himmlera. W skład każdej z nich wchodziły (działające przy poszczególnych armiach) Einsatzkommanda, w liczbie 16 (szesnastu), w tym jedno – działające na Pomorzu samodzielnie – Einsatzkommando 16.

Żydów (bo o nich jest mowa) zamordowanych na terenach Polski (zgodnie z rejestrami prowadzonymi przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy) zostało: w roku 1941 – 383 000; w roku 1942 – 408 000; w roku 1943 – 140 000; w roku 1944 – 60 000; w roku 1945 – 40 000. Daje to ogólną liczbę 986 000 Żydów zamordowanych poza obozami zagłady. Liczby brakujących 14 000 Żydów (aby milion się zsumował), można by poszukać wśród polskich żydowskich sąsiadów i tych żołnierzy „patriotycznego podziemia”, dla których Żyd oznaczał… Nic nie oznaczał! Aha. Trudno uwierzyć, że wszystkich spośród 986 tysięcy Żydów zabili własnoręcznie członkowie Einsatzgruppen, choć – fakt – to były bestie. Ale to już pole do działania historyków. Jeśli do tego działania zostaną dopuszczeni.

anumlik