Dwie drogi

Okres okołoświąteczny, przed i po. Dwa pogrzeby. Pierwszy klasyczny: kaplica i ksiądz katolicki. Sala, kilkadziesiąt osób w środku. Przed nimi – ksiądz. Robi to, co robił już tysiąc razy, mówi to samo co mówił, gesty zautomatyzowane. Standardowy cytat ze świętego Jana: – Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Słowa, jak się zdaje księdzu i przyuczonemu do mniemania jak i ksiądz mniema – sensu i pociechy: zmarły żyć będzie wiecznie. Nikt nie zwraca uwagi na dziwaczność słów świętych: Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Po co taka gadka, jak nie po to, by pozornie wzmocnić siłę przekazu i utwierdzić w wierze, a faktycznie wzbudzić wątpliwość: tak upewnia, że to musi być dęte. Jeśli ktokolwiek się zastanawia nad tymi słowami. Ale przecież nie po to się jest wyznawcą, żeby się zastanawiać. Słowa mają wytworzyć nastrój: jest niemiło, będzie milej.

Ksiądz katolicki cytuje dalej. Oprócz ludzi w kaplicy, są i w przedsionku. Wchodzą, wychodzą, na schodach popalają papierosa, esemesują, w środku gadają o tym, co u kogo słychać, niespecjalnie słuchając, co tam gada ksiądz. Po co słuchać, znają to na pamięć. Nuda. Standard pogrzebowy. Ksiądz skończył cytaty. Ani słowa o zmarłej osobie, nic. Owszem, raz, na początku: – Żegnamy dziś zmarłą Leokadię. I koniec. Kim była Leokadia? Jak żyła? O czym marzyła, co jej się udało, co nie, czy była szczęśliwa albo może przeciwnie? Nic się nie dowiemy. Nic o człowieku, którego ksiądz tak miłuje. Ona jest bowiem nieważna. Jest obiektem, pretekstem. Wszystko zaś o Wszechmogącym: paciorki do niego, cytaty z niego, pokłony dla niego. Nie ma spotkania człowieka z człowiekiem; to ostatnie spotkanie, to pożegnanie to czynności pacynek. Zimno, pusto, dykta i kawałek druta. Katecheza. Koniec, ksiądz wyszedł, idzie do siebie, odsapnie, poczyta gazetę, wypije kawę. Może się nawet pomodli, mechanicznie: pokręci się kółko i trzaśnie zapadka. Wychodzę z uczuciem, że wziąłem udział w jakimś strasznym rytuale odczłowieczania człowieka. Realnej cywilizacji śmierci.

Drugi pogrzeb, nieklasyczny. Ta sama kaplica na cmentarzu komunalnym. Nie ma księdza. Jest świecki celebrans. Przy trumnie wymieniają się przyjaciele zmarłej. Każdy mówi o swoim spotkaniu ze zmarłą, każdy mówi ludzkie, zwykłe, ciepłe, troskliwe, ale przede wszystkim żywe słowa. Coś wiem, wchodzę w jakiś mały świat zmarłej, czegoś się dowiaduję. Między ludźmi coś żywego i ciepłego. Gdy kończy się uroczystość w kaplicy, idziemy na miejsce spoczynku. Tam głos zabiera celebrans. Mówi o zmarłej, o jej życiu i jego przypadkach, nie unika mówienia o bólu, o rozpaczy i smutku. Nie udaje, nie zagaduje pustymi cytatami o mieszkaniach wielu, które są, bo inaczej bym wam powiedział. Wiemy, że to ostatnie spotkanie. Tym silniej się czuje wartość i sens życia, każdej jego minuty. Tym większe znaczenie uważności życia. Tym to prawdziwsze. Celebrans dużo czasu poświęcił, by mówić mądrze, z czułością wobec nieznanej sobie osoby i uczestników pogrzebu. Rozmawiał z rodziną, szukał dobrej formuły mowy, znalazł odpowiednie słowa u poety i pisarza, celnie i wrażliwe je wkomponował w pożegnanie. Mówił o zmarłej, mówił do ludzi. Mówił i do mnie. Coś ludzkiego, wzruszającego, pięknego, bo prawdziwego, choć okoliczność taka smutna.

Takie zderzenie w krótkim czasie: pogrzeb katolicki, za chwilę wigilia, a niedługo po niej – pogrzeb świecki. Taka jasność: pierwsze nie jest dla człowieka. To zaparcie się człowieka. Lęk przed byciem z nim. To ostatnie jest dla ludzi. Coś ważnego i współdzielonego. Godnego człowieczeństwa. Coś jasnego, choć bolącego. Czego częścią jest wolność końca i wolność zniknięcia, by wrócić do stanu astralnego – najpiękniejszego widowiska świata, jak to pięknie i mądrze powiedział Richard Dawkins: jako garść molekuł i atomów, z których się wzięliśmy. Co zostało nam dane, tym się dzielimy i to zwracamy do puli Wszechświata. Ktoś inny się urodzi, urośnie na nas drzewo rodzące orzecha, z którego ucieszy się wiewiórka. I o to chodzi, nic więcej nie trzeba. Reszta to lęk z zakłamania, który karze księdzu w kółko i nierozumnie powtarzać mantry, a wyznawcom zamieniać się w marionetki. Lepszy byłby już taniec derwisza, ma w sobie więcej rytmu i estetyki.

* * *

Czytałem swego czasu rozmowy z ludźmi, którzy nie chcą zakończyć swojego życia tak seryjnie banalnie jak w pierwszym z opisanych przypadków. Zapamiętałem opowieść pewnej kobiety, która chce zostać spopielona i rozsypana na leśnej polanie, na której pierwszy raz całowała się ze swoim przyszłym mężem i z którym, czuląc się do siebie, wybierali nasiona pinii i rzucali wiewiórce. Dookoła nich rozległy, pełen cienia i brzmień las, a oni we dwoje na skąpanej w słońcu polanie. Skąpani w słońcu i w szczęściu. Tak chce zamknąć historię swojego życia. Nic więcej, żadnych płyt, tablic, nazwisk, znaków przynależności. Jedyna autentyczna przynależność: ta miłość i ten świat. I już. I hyc!

Tanaka