Sztuczna inteligencja

Tytułowe określenie sugeruje istnienie inteligencji naturalnej. Cóż to takiego? Pomijam z premedytacją trudność jej zdefiniowania i przyjmuję, iż każdy ma swoje wyobrażenie o inteligencji. Przynajmniej własnej. Gdy mówimy o naturalnych zdolnościach do np. malowania czy muzykowania, mamy na umyśle konkretne cechy, jak postrzeganie i umiejętność zapamiętywania kompleksowych obrazów czy szczególnie wyczulony słuch. Ponieważ u noworodka nie jesteśmy w stanie stwierdzić tych cech, choćby nie wiem jak były silne, zatem same w sobie są one warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym do ujawnienia talentu. Konieczne jest celowe działanie. Sporadycznie może ono wystąpić samorzutnie, bowiem człowiek – jak każdy układ zużywający energię – podąża drogą najmniejszego oporu, czyli czynienia tego, co dla niego najłatwiejsze.

Ponieważ inteligencję lokalizujemy w mózgu, zatem jest ona taką samą własnością fizjologiczną, jak np. pamięć. Jak każda inna cecha, stanowi potencjalną możliwość. I tak jak nie każdy osobnik obdarzony słuchem muzycznym nauczy się muzykować, tak i nie każdy nauczy się „inteligentnieć”.

Aby zostać znaczącym muzykiem czy sportowcem, trzeba intensywnie trenować. Na ogół wiele lat. Podobnie jest z inteligencją. Trzeba trenować. Tak jak i w innych dziedzinach, tak i tutaj ważne jest właściwe podejście, bo źle wyuczone bardzo trudno wyprostować.

Większość z nas uczy się, by mieć z nauki pożytek, czyli móc wyuczone sprzedać. Uczymy się zatem „pod kątem”, czyli w z góry określony sposób. Nasze szkoły i uczelnie też są bardzo ukierunkowane. Tym samym, nasza wyuczona inteligencja jest wpasowana w system społeczny i dba, byśmy podążali właściwym nurtem.

Ale inteligencja to również sfera indywidualna (prywatna?) każdego osobnika. Zaliczyć do niej można wszelkie uczucia, odczucia, przeczucia i inne… czucia. Są one niewątpliwie nabyte w trakcie uczestnictwa w życiu – szczególnie zbiorowym. Bo czyż osobnik, który nie słyszał o nartach może zapałać do nich uczuciem? Albo do jakiegoś boga? Konieczna jest informacja. Albo dowiedziona albo przekonująca. Z powyższego wynika, iż nasza inteligencja jest nabyta, czyli sztuczna.

Wnioski są tyleż wspaniałe, co straszne – prawie każdego można dowolnie wychować, czyli ukształtować jego inteligencję. Stąd biorą się kraje pełne rozmodlonych, kraje pracujących, kraje żołnierzy, kraje pijaków itd. Tylko nieliczni próbują sami „inteligentnieć”. Niektórym się udaje. Przykład: kilku studentów łódzkiej Szkoły Filmowej otrzymało Oscary. Żaden z nich szkoły nie ukończył.

Nasuwa się pytanie, czy (prawie) każdy posiada potencjalne możliwości „inteligentnienia”? Śmiem twierdzić, że tak, przy czym najistotniejszą rolę odgrywa wychowanie. Im ono szersze, tym większe wyzwanie i szansa dla inteligencji. Cytat: „Niczym są krzywdy wyrządzane pasierbom przez złe macochy w porównaniu z wyrządzanymi synom przez kochające matki”. Generalnie „wychowanie w rodzinie” zaspokaja częściej potrzeby wychowawców niż wychowanków. W rodzinach jednodzietnych latorośl jest albo niemożliwie rozpieszczana albo kompletnie zaniedbana. W rodzinach wielodzietnych wpajana jest kolejność dziobania i lojalność klanowa. Dzieci chowane od maleńkości w dużych i różnych gromadach są najlepiej przygotowane do życia w społeczeństwie – z jednej strony są bardzo samodzielne i samowystarczalne, a z drugiej tolerancyjne, czyli zdolne do współpracy. I są bardzo ciekawe świata i okolic. Bowiem im wcześniej przyzwyczajamy się do jakiejś sytuacji, tym naturalniejsza jest ona dla nas.

Tu dochodzimy do istotnej cechy inteligencji – umiejętności dostrzegania powiązań pomiędzy faktami i innymi powiązaniami. Im większa różnorodność doznań, tym więcej materiału porównawczego i tym ciekawsze powiązania do odkrycia. Rozróżniłbym z grubsza inteligencję otwartą oraz zamkniętą. Pierwsza traktuje nieznane jako godne poznania, a druga jako godne potępienia. Pierwsza rozwija się w sposób ciągły, druga stosuje chów wsobny, prowadzący z reguły do wynaturzeń. Cechą drugiej jest również ucieczka w mity (religie), czyli szermowanie szczegółami według nietykalnych (boskich) zasad.

Nie znamy jeszcze naszego hardware’u na tyle, by móc go ulepszyć lub powielić. Skazani jesteśmy (na razie) na stosunkowo krótkie życie, w którym inteligencję wykorzystujemy najwyżej 40 lat. To bardzo mało. Gdybyśmy mieli jeszcze 100 albo 200 lat do dyspozycji…

Jak długo więc nie wiemy, jak nasza inteligencja funkcjonuje, zarówno hardware’owo, jak i software’owo, dywagacje o stworzeniu sztucznej są mniej lub bardziej naukowym gdybaniem.

Na koniec przypuszczenie: Wielki Wybuch, który traktujemy jako początek Wszechświata, był w rzeczywistości końcem kolejnego, mało udanego, ewolucyjnego projektu „inteligencja”.

Qba