Zdradzony przez ojca

Nowy rok się właśnie zaczął, malutki Jezusek śpi ufnie w żłóbku, Maryja się nim zachwyca, Józef święty nieco zdystansowany, ale może i przeżywa coś na kształt zadowolenia czy ulgi: jest, nie moje, ale narodziło się, w dodatku chłopczyk. Gdyby była dziewczynka to katastrofa wizerunkowa i duma poniżona: nie jego dziecko, marna dziewka, pozycja społeczna spada, więc jak inni Żydzi tym bardziej zawzięcie jeszcze będzie dziękował swojemu Jahwe, że się nie urodził kobietą.

Mędrcy ze Wschodu (a skąd mieli być, jak na zachodzie morze, na południu straszny faraon, a na północy – Rzym pogański i brak Polski chrześcijańskiej?), bydlątka z okolicy, aniołki z dachu, a żłóbek – z przypadku. A przed nimi bieży baranek, a nad nimi lata motylek. Wszyscy szczęśliwi, klękają, śpiewają polskie kolędy i się radują. Jezuskowi odbiło się po karmieniu, ćwierknął pierwszym śmiechem, bryknął żwawo nóżkami – ciepły, różowy i śliczny. Śpij, synku, śpij – mówi doń matula. Synek matuli z góralskiej kolędy trzęsie się z zimna, ale to tylko przez tą polskość Jezuska. Prawdziwy, ten betlejemski, ma ciepło, jest w wonnym sianku dobrze umoszczony.

Patrzymy na tą scenę i czujemy, że to o nas. Ogarnia nas niewypowiedziane wzruszenie, duma, tkliwe szczęście, gdy patrzymy lub trzymamy w rękach maleńkie dziecko. Przez nas zrodzone; owoc miłości, ufności, wiary w siebie nawzajem. Tuląc do piersi dziecinę obiecujemy jej i sobie, że będziemy czynić wszystko dla jej dobra i pomyślności. To niezwykłej piękności obraz, który często wraca w późniejszych latach, wtedy także, gdy sprawy rozwijają się mniej pomyślnie, niż się chciało w tak wzruszającej chwili początku. Tęsknimy do arkadii, niezmąconego szczęścia wspólnego, do tamtych marzeń: tak powinno być zawsze – dobrze i szczęśliwie!

Oddalmy się teraz od tej wzruszająco pięknej sceny rodzajowej. Niech Jezusek dalej śpi, śliczna i niewinna dziecina, niech nie słyszy dorosłych. Dorośli muszą odejść na stronę, by omówić poważne sprawy.

 

Ludzki dramat: ojciec wyrzeka się dziecka, opuszcza matkę. Fizycznie lub psychiczne. Niby jest, ale go nie ma. Syn okazuje się dla ojca nie tym, czym sobie życzył, zawodzi jego oczekiwania. Chłopak wzrasta głównie pod opieką matki. Nadopiekuńczej, wycofanej albo całkiem zimnej, widzącej w dziecku wymowny znak swojego nieszczęśliwego związku z mężczyzną. Reagującej najżywiej wtedy, gdy trzeba dziecko rozliczyć, ukarać, upokorzyć.

Syn nie spełnia wymagań ojca, ojciec zawsze był wzorowy, umiał grać w piłkę, łazić po drzewach i się bić. Świetnie się uczył, dał sobie radę i wyszedł na ludzi. A syn co? Wrażliwiec, niezdara, maminsynek. Marnie się uczy i popada w złe towarzystwo. Ojciec jest zawsze w porządku, koledzy w pracy zaświadczą, jest uczynny, miły dla pań, dusza towarzystwa. Jest doskonały. Syn nie dał rady, nie wdał się w ojca, zawiódł. Ojciec nie znosi jego bliskości, nudzi się przy dziecku, musi się go wyrzec. Dziecko kocha, lgnie do ojca, ale jest odrzucane. Będzie więc lgnęło do człowieka, do księdza. Z koszmarnym skutkiem. Ksiądz to też ojciec. Tak mówimy: ojcze duchowy.

Jest też drugi scenariusz: ojciec to alkoholik, ochlapus, cham, bije i gwałci żonę na oczach syna, syn musi uciekać i musi robić wszystko odwrotnie niż taki ojciec. W obu przypadkach ojciec zdradza syna. Drugi przypadek jest w pewien sposób prostszy, bo oczywisty. Synowi współczują takiego ojca. Pierwszy jest gorszy, bo nieoczywisty. Zdrada nie jest jawna, jest specjalnie skrywana; wobec ludzi ojciec jest ideałem, syn zaś jest tym złym i niegodnym ojca dzieckiem.

Jak wskazuje psychologia i uważniejsza obserwacja życia, mało który syn nie jest zdradzany przez ojca. Szczęśliwych przypadków nie ma wiele. Ojciec zdradzający syna, niemal z reguły został zdradzony przez swojego ojca, a tamten przez swojego. Taki łańcuch zła, trzymający kolejne pokolenia w bolesnym uścisku.

 

Mały Jezusek śpi jeszcze, Maryja, biedna w nieświadomości matka, nuci synkowi melodię miłości. Nie chcemy go budzić, ale przecież wstrząsa nami straszna świadomość: wiemy, jaki los go czeka. Tą małą dziecinę zdradzi jego ojciec. Wszechmogący Jahwe. Bóg chrześcijan.

Bóg Ojciec zdradzi syna swego jedynego Jezusa już u samego początku, w samym zamyśle. Jezus bowiem nie istniał od początku dziejów, ale został przez ojca przewidziany. Nie po to, by żył jako wolna i szczęśliwa osoba, syn boży, ale wyłącznie w jednym celu: by załatwić sprawy ojca z ludźmi. By naprawić co sam sknocił. Został więc przewidziany – cokolwiek to w głowach papieży, teologów i wyznawców znaczy – jako narzędzie, przedmiot w cudzej, ojcowskiej sprawie. Jezus nie mógł nie zostać przewidziany, nie mógł też odmówić. Kochał i wielbił szczerze oraz naiwnie. Musiał przejść drogę, którą wyznaczył interes ojca. Ojciec zaś tak stworzył ludzi, że ci nie mogli nie upaść w warunkach, jakie im zadał. Musieli po to, żebyśmy to my, dzieci boże, uważali się sami i w nieskończoność za zdrajców Boga Ojca. Za niegodnych ojca. Tak, Jahwe tak to urządził, żeby realną zdradę dziecka zamienić w rzekomą zdradę ojca. Bóg zdradza człowieka i karze jego niewinność grzechem pierworodnym. Nikt z ludzi tego nie potrafił: karać wszystkie pokolenia po kres dziejów za rzekomą zdradę pierwszych przodków. Hitler karał Żydów trzy pokolenia wstecz. Chciałoby się powiedzieć: „niewyobrażalne”, „niemożliwe”! Tak, niewyobrażalne dla człowieka, dla osoby moralnej. Nie dla Boga.

Zdrada ojca nabiera kształtu: syn rodzi się i rośnie, ale niemal nic o jego losie się nie dowiemy. Raptem tyle, że się urodził, że nie dosięgnął go mściwy Herod. O jego młodych latach, dorastaniu, kształtowaniu się w swoim człowieczeństwie i mniemanej boskości nie dowiemy się niemal nic. Raptem kilka zdań. I zaskoczenie: jak to możliwe, że gdy rodzice – Maryja i Józef, wybrali się z małym Jezusem do świątyni, zgubili go w drodze powrotnej? Nie zorientowali się, że go nie ma, nie zwrócili nań w ogóle uwagi! Zaskoczony jest ten, kto nie zdradza dziecka. Nie zapomni, nie zgubi go po drodze. To nie do pomyślenia. Ale przecież Maryja, wycofana i niepojmująca tego, co się dzieje, nie rozumiejąca w ogóle swojego syna, oraz Józef, stary poczciwiec usiłujący udawać ojca, są zupełnie zagubieni w swoich rolach. Gdy wreszcie znajdą Jezusa, ten odpowie matce grubym słowem. Nie rozumieją się, grają fałszywe role.

Mając lat dwanaście, Jezus znika z kart opowieści o sobie. Los odrzuconego dziecka, które nie ma ojca. Nie ma go, jakby nigdy się nie urodził. Syn bez biografii. Pojawia się – znikąd – deus ex machina – w wieku lat trzydziestu. Cierpienie porzucenia ciska go w wir mesjanistycznej działalności. Naucza, o swoim ojcu. Kocha wciąż ojca, a jest to kochanie rozpaczliwe. Chwali go wbrew faktom Starego Testamentu, opowiada o nim fałszywe historie, byle tylko zwrócić jego uwagę na siebie i zasłużyć na miłość. Mówi, że przyszedł jego prawo wypełnić, ale mu się w istocie sprzeciwia. Usiłuje tworzyć coś innego, jakoś znośniejszego. Dramat zdradzonego, który miota się, chce dobrze, ale to się nie może udać. Sam nie rozumie jeszcze sytuacji, w jakiej się znalazł. Pragnienie szczerej miłości ojca zaciemnia mu widzenie rzeczywistości. Zdradzony i przez człowieka, który tak samo jak Adam i Ewa nie mógł nie zdradzić, bo zdrady wymagał scenariusz napisany przez ojca, inaczej postać Jezusa byłaby bezsensowna – umiera wreszcie na krzyżu. Zanim wyda ostatnie tchnienie, w agonalnym przebłysku świadomości, pojmuje swoje nieszczęście i woła do ojca, po dwakroć, z rozpaczą i strasznym wyrzutem: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

 

Jezus ginie na krzyżu mniemając, że zmazuje grzechy ludzi przeciw swemu ojcu, a przecież ludzie, identycznie zdradzeni przez Boga, zarówno przed Jezusem, jak i po nim byli i będą tacy sami. A jeśli cokolwiek się staną lepsi, to ani za sprawą zdrajcy Jahwe, ani za sprawą daremnej ofiary Jezusa. Dzięki podważeniu niemiłosiernych norm religii Boga, odrzuceniu jego uroszczeń, dzięki banalnemu i znojnemu doskonaleniu stosunków, dzięki ukształtowaniu praw człowieka, dzięki szalonym wynalazkom, niewątpliwie obrażającym pełnego pychy Boga: kobiety, która też się okazuje człowiekiem, dziecka – też człowieka i niewolnika – także człowieka. A nawet homoseksualista okaże się człowiekiem. Ciągle dalece nie dla wszystkich szczerych wyznawców Boga, a ten ostatni ledwie dla niektórych.  To rzeczy Bogu nieznane i jemu przeciwne.  A po czasy niemal współczesne nieznane w praktyce jego wiernych wyznawców.

Zdrada Boga wcale nie skończyła się wraz ze śmiercią Jezusa. Zdradza bowiem i syna i ludzi także tym, że nie daje nam żadnych pewnych wiadomości o tym, czy syn w ogóle istniał.  A jeśli istniał, to nie wiadomo, czy był tym o kim mówi Słowo Boże – jego własne słowo. Ewangelie to chaotyczne zlepieńce słów: pomijanie, przekręcenia, wzajemne sprzeczności i luki w najważniejszych sprawach. Zaś ludzie, rozpaczliwie i bezskutecznie usiłując odgadnąć nieodgadywane, by zasłużyć na jego miłość, będą walczyć ze sobą i się zabijać o to, co naprawdę mówi ewangelia.

Właśnie – Słowo Boże! Nie do ludzi skierowane ani nie o ludziach. To słowa Jahwe skierowane do siebie i dla siebie: Ja, Ja, Ja i ci wszyscy inni. Ci inni – w mało ważnym tle. Jak w tytule włoskiego filmu z Mastroiannim.

My, ludzie, mamy w świętym obowiązku, wmówionym nam przez zdrajców księży – też zdradzonych i przez swoich ojców (a ci najboleśniej zdradzeni idą przez to do seminariów i żyją dalej w pułapce i męce zakłamania) – i przez Boga – wielbić tę zdradę! A zdrajcę miłować nad życie. A jeśli ktokolwiek odmówi albo nie dość dobrze będzie miłował – śmierć na wieki i zemsta bez końca. Czy istnieje większe szaleństwo? Coś bardziej przeciwludzkiego i większa miara zdrady?

Zdradzający ojciec sam jest ofiarą zdrady przez ojca, co go jednak nie usprawiedliwia. Bóg nie ma ojca. Jest Praprzyczyną, jest wynalazcą tej zdrady i jej wykonawcą. To on uruchamia padające kostki domina.

 

Wiemy: Bóg to fantazmat. Księga to zapis ludzkich stosunków, losów i fantazji. Zapis zdrady ojców (i matek) wobec dzieci. Historycznie i psychologicznie ważna i wartościowa.  A jeśli mniemany twierdzi, że to jego księga – to księga zdrady Boga. I gdyby tak to widzieć, zgodnie ze stanem faktycznym, byłoby w porządku, a świat byłby pełen ludzi, którym ta refleksja pomogła wyciągnąć nauki i uniknąć mrocznego losu. Na tyle, na ile jest to w możności człowieka.  Bylibyśmy wszyscy zdrowsi, jaśniejsi i szczęśliwsi, śniąc sen spokojny jak mały Jezusek. Ale nie: to ma być Słowo Boże, święta księga, niewzruszalna, niezmienna, sama Prawda i jedyna Prawda. Szantaż i kara. Przez co wszyscy przegrywamy, wszyscy jesteśmy Chrystusami – jak powiedzieli dwaj, nieświęci, Markowie: Koterski i Kondrat.

Tanaka