Wygaszanie człowieka

Tytuł i inspiracje zawdzięczam znakomitemu artykułowi Edwina Bendyka w noworocznej papierowej POLITYCE. Z artykułu wyłuskałem tylko pewne kwestie, które mnie pobudziły do przemyśleń. Co nie znaczy że pozostałe są mało ważne, ale przecież nie będę przepisywał tego znakomitego tekstu, który zasługuje na osobną, uważną lekturę. Ową kwestią jest sprawa podmiotowości robotów, próby jej prawnego uregulowania. Czy robotom przysługuje jakiś kodeks praw i obowiązków? I kreowania nowej religii. W tej kwestii „Anthony Levandowski, specjalista w dziedzinie sztucznej inteligencji z kalifornijskiej Krzemowej Doliny, proponuje najbardziej radykalną odpowiedź – czas uznać, że nadludzkie możliwości sztucznej inteligencji wymagają myślenia w kategoriach religijnych, a nie wyłącznie technicznych”.

Skoro przegrywamy w szachy czy w go ze sztuczną inteligencją, to pozostaje nam tylko wierzyć w naszą wyższość metafizyczną, łudząc się, że są obszary dla maszyn niedostępne (Jacek Dukaj).„Ostatnim bastionem zdaje się być twórczość artystyczna, ta najbardziej ludzka z naszych kompetencji, odróżniająca człowieka od innych organizmów”. Tylko że maszyny już potrafią tworzyć.

„Wraz z poczuciem zbędności nadejść musi odkrycie utraty podmiotowości, skoro najwyższy jej wyraz – zdolność do tworzenia – zaczyna tracić sprawczą moc wobec nadludzkiej mocy maszyn. I owszem, przewiduje Dukaj, ostatki twórczych porywów zużywać będziemy na podtrzymywaniu »mitologii prawdziwego człowieczeństwa: coraz węższej wyjątkowości, bronionej zasiekami coraz bardziej szczegółowych zastrzeżeń i warunków. Nie wątpię, że powstaną z tych mitologii całe nurty filozofii, polityki, religie nawet«”.

Nową religią może być np. dataizm, oznaczający wiarę w dane, bez intelektualnej możliwości ich zrozumienia, tak jak intelektualnie nie pojmujemy jedności w trójcy czy wiecznej dziewicy co porodziła syna. Na czymże to polega, to nasze człowieczeństwo? – że się tak kolokwialnie zapytam.

Wydaje się, że na posiadaniu jakiejś szczególnej podmiotowości, którą należy oddzielić od inteligencji. Tę podmiotowość przypisujemy wyłącznie sobie, bogu, aniołom i diabłom też. Odmawiamy jej zwierzętom i całemu „niższemu” światu ożywionemu.

W czym rzecz? Otóż jest to specyficzny sposób przeżywania siebie samego i świata w różnych modalnościach; estetycznej, erotycznej, kulinarnej, podziwiamy ludzi moralnych, gardzimy łobuzami, kochamy, nienawidzimy… Może inteligentna maszyna stworzy jakieś arcydzieło, przygotuje jakieś wyjątkowe danie z trufli. Ale czy ona doceni własny wytwór? Czy zachwyci się namalowanym przez siebie obrazem, kantatą na organy, wpadnie w ekstazę na widok pięknej kobiety albo przystojnego mężczyzny, doceni smak trufli, zakocha się w innym komputerze? Dopóki nie osiągnie takiego poziomu emocjonalnej percepcji, możemy śmiało odmówić jej posiadania podmiotowości.

„O ile więc można zautomatyzować produkcję, o tyle automatyzacja konsumpcji, nawet jeśli technicznie możliwa, musiałaby prowadzić do zahamowania mechanizmu akumulacji” (jeśli nie bardzo kojarzysz, piękna czytelniczko i ty przystojny czytelniku, to odsyłam do artykuł Bendyka).

Więc nie bójmy się, że nam maszyny odbiorą monopol na przeżywanie; dopóki żadna z nich nie osiągnie poziomu Gałkiewicza, czyli że nie będzie potrafiła zachwycać się i nie zachwycać, to ta cała nawet najdoskonalsza produkcja nie będzie miała sensu bez wrażliwego na piękno, smaczną potrawę czy wartości etyczne odbiorcy, jakim jest obdarzony tymi wszystkimi cechami potomek przodka szympansa, któremu uroiło się, że go Bóg na własne podobieństwo ulepił z gliny.

Lewy