Święto zawieszenia broni, czyli święta, święta i po świętach

„Droga Matko! Piszę do ciebie z okopów. Jest 11sta rano, w koksowniku buzuje ogień, naprzeciwko ziemianka wyścielona słomą. Na dnie okopu straszliwe błoto ale wszędzie indziej ziemia skuta mrozem” – pisał 19-letni szeregowiec Henry Wiliamson. Wokoło jest przeraźliwie zimno, cisza aż w uszach dzwoni, niemal nierealna po tygodniach ryku artylerii. Na zmarzniętych żołnierzy kulących się na dnie rowów i skrobiących naprędce listy do bliskich pada śnieg. Jest Boże Narodzenie pierwszego roku wojny, która do historii przejdzie jako Wielka Wojna, ale tego młody żołnierz stęskniony za ciepłym domem w rodzinnej Anglii jeszcze nie wie. Nie wie też, że wojna nie skończy się na wiosnę, czym próbują pocieszać się towarzysze niedoli, tylko potrwa kolejne cztery lata pochłaniając miliony ofiar po obu stronach. I w dodatku nie będzie ostatnią wielką wojną w historii Europy…

Henry na szczęście nie jest tego świadomy, pisze więc beztrosko: „w zębach mam fajkę, a w fajce tytoń! »Cóż w tym dziwnego« powiesz, mamo – ale czekaj tylko – to tytoń niemiecki! »Ha, myślisz sobie, zapewne odebrany niemieckim jeńcom albo znaleziony w zdobytym okopie«… i tu się mylisz! To tytoń od niemieckiego żołnierza! Tak właśnie – od  ż y w e g o  Niemca, przyniesiony z jego własnego okopu. Wczoraj Brytyjczycy i Niemcy wyszli na teren pomiędzy zasiekami, żeby uścisnąć sobie ręce i wymienić się suwenirami. I tak przez cały pierwszy i drugi dzień Świąt. Fantastyczne, nieprawdaż?!”

Relacja szeregowca Wiliamsona nie jest jedyną opisująca przedziwne wydarzenia na froncie zachodnim w grudniu 1914 roku – nieformalne zawieszenie broni na różnych odcinkach frontu z oddolnej inicjatywy samych żołnierzy (najczęściej niemieckich), niechętnie widziane przez dowództwo po obu stronach. W wielu listach pisanych w tamto Boże Narodzenie pojawiły się podobne obrazki – wstrzymanie ostrzału, aby obie strony mogły zebrać i pogrzebać swoich zabitych, Niemcy dekorujący świeczkami i zaimprowizowanymi choinkami okopy i śpiewający kolędy, na które to śpiewanie odpowiadali własnymi kolędami Brytyjczycy. Przekrzykiwanie się życzeniami świątecznymi. Żyj i daj żyć innym. Wojna wojną, ale są Święta i wszystkim należy się moment wytchnienia od walki. A w najbardziej spektakularnych przypadkach wyjście obu stron konfliktu na ziemię niczyją, żeby wymienić się tytoniem, alkoholem, drobiazgami, a nawet rozegrać szybki mecz futbolu.

„Za nic w świecie nie przegapiłbym tego dziwnego i wyjątkowego Bożego Narodzenia” – napisał Bruce Bairnsfather, karykaturzysta , wówczas w stopniu kapitana. – Wypatrzyłem niemieckiego oficera, porucznika chyba, i będąc kolekcjonerem pokazałem mu na migi, że przypadły mi do gustu guziki u jego munduru. Wyciągnąłem zatem cęgi do cięcia zasieków i szybkim ruchem obciąłem dwa z jego guzików dając mu dwa swoje w zamian. Ostatnie, co rzuciło mi się w oczy, to jeden z moich artylerzystow, w życiu cywilnym fryzjer-amator, obcinający przydługie włosy jakiegoś potulnego Szkopa, który cierpliwie klęczał na ziemi podczas gdy maszynka jeździła mu po szyi…”

Inny oficer, Robert Patrick Miles (poległy zaledwie tydzień po opisanych wydarzeniach), pisał: „Cała sprawa zaczęła się wczoraj w nocy – szczypiące zimno i biało od mrozu – kiedy tuż po zmroku Niemcy zaczęli wołać »Wesołych Świąt, Anglicy«. Oczywiście nasi zaczęli wołać w odpowiedzi i obecnie liczne grupy nieuzbrojonych żołnierzy opuściły okopy po obu stronach i fraternizują się w pasie ziemi niczyjej. Ani jeden strzał nie padł przez całą noc. Niemcy są znudzeni wojną, jeden nawet zapytał, co u diabła robimy walcząc ze sobą. W drugi dzień Świąt wciąż ignorują nasze ostrzeżenia, żeby zleźli z parapetów, więc walki utkwiły w martwym punkcie. Przecież nie zastrzelimy ich z zimną krwią! Nie wiem, jak teraz mamy ich zagonić z powrotem do roboty”.

Zaś kapitan Edward Hulse po opisie wspólnego z wrogiem śpiewania noworocznej pieśni „Auld Lang Syne” podsumował: „To było niesamowite i przysięgam, że gdybym zobaczył coś takiego w kinie to uznałbym, że to zmyślona historia a nie prawdziwa rzecz”.

Kiedy we wczesnych latach dziewięćdziesiątych po raz pierwszy zobaczyłam teledysk ilustrujący „Pipes of peace” Paula McCartneya, wykorzystujący scenki z „bożonarodzeniowego rozejmu” też ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że przedstawia sytuacje oparte na faktach. Ot, taka poetycko wymyślona historyjka, dla niepoznaki w prawdziwych dekoracjach, metafora, aby pokazać bezsensowność wojny, bo przecież coś takiego nie mogło wydarzyć się naprawdę… Eks-Beatles gra w nim jednoczesnie dwie role: żołnierza brytyjskiego i niemieckiego, którzy na ziemi niczyjej wymieniają się zdjęciami swoich niedawno urodzonych dzieci.

Może sama sobie jestem winna własnej ignorancji w tej sprawie, ale nie pamiętam, aby choć raz o rozejmach 1914 roku wspominano nam na lekcjach historii… Czy to dlatego, że historia w polskich szkołach jest taka czarno-biała z jasno zdefiniowanymi liniami podziałów? To wróg, to swój. Niemiec zły, a ten, co z nim walczy, dobry, a jeśli się brata, to znaczy, że podejrzany element, najpewniej kolaborator. Przedstawienie obu stron bratających się w wysoce niepatriotyczny sposób mogłoby tylko namieszac młodzieży w niewinnych głowach. Zasiać wątpliwości co do tego, kto kat, a kto ofiara. Nasza historia nie lubi takich dwuznacznych sytuacji…

Nie miał też wszakże ów bożonarodzeniowy rozejm żadnych poważnych konsekwencji militarnych. Dowództwo zagoniło w końcu bratające się strony z powrotem do wzajemnego zabijania. Wojna potoczyła się dalej (mimo że w opisanych wydarzeniach brało najprawdopodobniej około 100 tys. żołnierzy), a w kolejnych latach, zwłaszcza po straszliwych stratach nad Sommą czy pod Verdun, wszystkim przeszła ochota na pacyfistyczne gesty. Także dowódcy, zaniepokojeni inicjatywą żołnierzy w 1914 roku, zapowiedzieli z góry, że ponowne próby takowych będą traktowane jako niesubordynacja, jeśli wręcz nie zdrada. Anglicy przestali odpowiadać na przyjazne zaczepki Niemców w czasie kolejnych Świąt…

Pozostaje zatem „Christmas truce” historyczną ciekawostką, niewiele znaczącym i niezbyt znanym epizodem, przyćmionym przez bardziej spektakularne wydarzenia z historii pierwszej wojny światowej. Zapewne i dziś niegodnym miejsca w podręcznikach do historii (zwłaszcza w Polsce). Która to historia ma być bohaterska. I do której obrazki przeciwników palących wspólnie tytoń, nawet z fajki pokoju, nie przystają. Mimo to lubię opowieść o tym nieformalnym rozejmie za jej głęboko humanitarny, ponadczasowy wymiar…

Być może w czasie kiedy podziały polityczne przeoruja nasze społeczeństwo głębiej niż kiedykolwiek, zaś w polityce zagranicznej kuriozum goni kuriozum, tak jakby rządzący wręcz nie mogli się doczekać do wykazania się w jakiejś kolejnej wojnie, warto tę historię zadedykować wszystkim, którzy tak ochoczo próbują szukać nam wrogów – czy to wśród naszych czy za granicami.

Kostka