Pałac, kultura i mroczna natura

Na Pałac Kultury i Nauki w Warszawie większość z nas patrzy z pewnego dystansu geograficznego, natomiast wymiar niefizyczny, bo kulturowy Pałacu, obejmował wszystkich. Dziś to może już mniej intensywne niż w czasach PRL-u, w dalszym ciągu jednak Pałac należy do najbardziej rozpoznawalnych i znaczących budynków w kraju. To zrozumiałe: gdy został zbudowany, był sensacją architektoniczną, sięgał do ówczesnego nieba. Kontrast nowego życia wobec świeżego bólu wspomnień i obecnych ciągle widoków rozbitego miasta, musiał być bardzo silny i wzmacniać percepcję Pałacu. Jakże się chciało żyć! – śpiewał w „Autobiografii” zespół Perfect.

Pałac znają generacje Polaków. Skojarzenie: Polska Wisła – Warszawa – Pałac było automatyczne. Pewnie jeszcze do niedawna każdy dzieciak w Polsce chciał i musiał być na wycieczce szkolnej w Warszawie i w samym Pałacu. Jest Pałac bohaterem miliarda zdjęć. Milionkrotnie pokazywano go na pocztówkach, w broszurkach turystycznych i na listach współczesnych cudów Polski. Grał w wielu polskich filmach, wystąpił w tysiącach kronik filmowych i innych dokumentach, był przedmiotem niekończących się dyskusji i zachwytów, choć niewątpliwie i różnorakiej krytyki. Współtworzył, a może niemal tworzył – jako punkt odniesienia – powojenną Warszawę, zapewnił – w ramach snów o szklanych domach – dostęp milionom prostych dzieciaków (i dorosłych) do mnogości swoich funkcji i atrakcji. Współtworzył zbiorowe poczucie wielkości i dumy. Coś z patriotyzmu.

Składana karta pocztowa „Wisła” wyd. KAW, prw. 1978 r. Fragment. Ze zbiorów @Konstancji. „Pocztówkowy szał, każdy z nas ich pięćset miał” – też „Autobiografia” Perfectu.

Wielokrotnie zgłaszano postulat rozbiórki Pałacu. Dziś te zamiary, bardziej niż wcześniej, mogą zamienić się w czyn. Władza totalna działa totalnie i kosztów nie liczy. Jednym z podawanych powodów do rozbicia Pałacu jest jego straszna brzydota architektoniczna. Tak mówią wielbiciele dynamitu. Przyjmijmy więc za dobrą monetę ich niedobre oświadczenia i zróbmy porządną analizę tej architektury.

Klasyczną metodę analizy dzieła architektonicznego sformułował, parę wieków temu, Witruwiusz. Do dziś metoda ta nieźle się broni, lepszej właściwie nie ma. Zasady oceny Witruwiusza bardzo dobrze nadają się do zbadania Pałacu, z oczywistego powodu: Pałac nawiązuje, niemal mieści się, w kanonie historycznych stylów architektury. Socrealizm zawiera pierwiastek „soc” – od socjalizmu, socjalności oraz czegoś, co jest swoistym sosem sporządzonym w danym czasie z realiów historycznych stylów architektury. W przypadku Pałacu – architektury klasycyzmu (czystość brył i horyzontalność), ale i ze śladami gotyku (wertykalność), renesansu (nawiązanie do klasyki Grecji i Rzymu), pierwiastkami baroku (dekoracyjność i moc działania) oraz nawiązaniem do modernizmu, czyli bezpośredniego poprzednika i sąsiada w architekturze. Bystre oko jest też w stanie dostrzec pewne elementy podobne do architektury obronnej (narys podobny do układu bastionowego).

Ponoć to budynek wrednego pochodzenia, bo moskiewskiego. Czyżby? Nie tylko Lew Rudniew jest autorem jego finalnego kształtu i nie tylko Moskwa odcisnęła na nim swoje piętno. Rudniew planował obiekt niższy, wysokości około 120 metrów. Podwyższenia Pałacu chciał nie Stalin, lecz Józef Sigalin – naczelny architekt Warszawy i pełnomocnik ds. budowy Pałacu. Zaś sam Rudniew, szukając inspiracji architektonicznej, poznawał wysokościowce w Ameryce. I w USA można znaleźć obiekty, które łatwo pomylić z socrealizmem moskiewskim. Choćby w centrum Waszyngtonu. Koncept architektoniczny Pałacu był tłumaczony na polski. Przede wszystkim w warstwie dekoracyjnej: zdobień, attyk, fryzów, szczytów. Inspiracji szukano w domach kupieckich, pałacach czy ratuszach Krakowa (włącznie z Sukiennicami), Kazimierza nad Wisłą czy Sandomierza.

Ciekawostka i powód do emocji: swego czasu, peregrynując po poradzieckich krajach, trafiłem do Rygi. Stoi tam analogiczny pałac. Wbity w ziemię jak pal, odcięty od otoczenia, mroczny i smutny wielkolud. Mając porównanie, jest się z czego cieszyć. Pałac w Warszawie jest o niebo lepszy.

W sumie jest to budynek będący sumą stylów, syntezą tego, co znajdujemy w architekturze Polski i innych krajów. Na ile udaną – zbadajmy.

Przejdźmy do badania zgodnie z zasadami sformułowanymi przez Witruwiusza. Główne elementy do oceny dla obiektu użyteczności publicznej są takie: trwałość, użyteczność i piękno.

Co do trwałości, wątpliwości chyba nie ma. Budynek jest wyjątkowo solidny, wykonany z zapasem konstrukcyjnym i może stać pewnie jeszcze sto lat albo pół tysiąca. Obiekt został zaprojektowany z myślą o długim trwaniu. Oczywiście, mniej trwałe są elementy narażone na silne oddziaływanie środowiska: dachy, elewacje, dekoracje i drobne detale. Regularne dbanie o cały obiekt jest koniecznością w każdym tego rodzaju przypadku. Zwłaszcza obiektu użyteczności publicznej. Ale i zaniedbany będzie trwał. Koloseum, teatry greckie czy rzymskie, łuki triumfalne, akwedukty, mimo znacznie bardziej archaicznych metod budowania – jeśli nie stały się ofiarą celowego niszczenia lub trzęsień ziemi – trwają do dziś, często w niezłym stanie. Są podstawy do uznania, że Pałac w dobrym stopniu spełnia warunek trwałości.

Użyteczność. Co do głównych aspektów użyteczności, Pałac także nie powinien budzić wątpliwości: mieści się w nim mnóstwo różnych instytucji, od teatrów, obiektów sportowych, przez muzea po biura wielu ważnych instytucji (np. Polska Akademia Nauk), znaną wszystkim Salę Kongresową, która pewnie można nazwać kultową (niekoniecznie z powodu Władysława Gomułki, ale innych powodów będzie dość) i pewnie jeszcze inne. Pałac jest położony w śródmieściu Warszawy, łatwo dostępny, dobrze wyeksponowany, z należytymi otwarciami wokół tak dużego obiektu (być może nieco zbyt dużymi, ale to można, nie naruszając Pałacu, skorygować). Służy mieszkańcom, mieści instytucje ważne dla całego kraju. Jego użyteczność obejmuje nie tylko ludzi. Gniazdują na nim (w nim) liczne gatunki ptactwa, włącznie z gatunkami rzadkimi. Tak więc użyteczność także – jak sądzę – możemy uznać za dobrą.

Ale zaraz: Pałac ma właściwie wszystko w sobie. To cały mikroświat. Pomyślcie więc o Soplicowie. Czy nie jest to swoisty dwór polski?

Piękno. Każdy wie, co jest piękne, a co brzydkie. „To jest ładne” – orzeka Marian i ciocia Fela, więc z tym nie dyskutujemy: różowa kostka Bauma, tynki w kolorze majtek przedwojennych matron krakowskich, chodniki na posesji obsadzane szlaczkiem kwiatuszków – bo tak było w szkole z tym szlaczkiem i na więcej ładności już nie starczyło czasu; tuje i żywotniki zastępujące mury obronne, wreszcie – tak jest! – każdy potomek chłopa pańszczyźnianego chce mieszkać we dworze. Tradycja taka demonstracja piękna. Więc Polska, jak długa szeroka, wysoka i głęboka, usiana jest architekturą dworkową. Ni z gruchy, ni z pietruchy: przy autostradzie, jako plomba na działce 450 m kw. – stoi pałac! Przy stacji benzynowej, u stóp pałacu Paca i zaraz za blaszakiem „Biedronki”. A jak się dobrze popatrzy, to i na Giewoncie. Karczma góralska jako willa kaszubska i odwrotnie. Majątek w stylu pruskim na Rzeszowszczyźnie. A co! To temat: bogactwo Pałacu a bogactwo życia. Dodajmy do tego miłość do ławy piwnej, na której uprawiamy pienistą biesiadność oraz disco-polo Bayer Full: no pewnie, że bajer, i że mocny full; karkówkę cieknącą tłuszczem i kapiącą musztardą na polskie dorodne karki oraz gargamelizm endemiczny – i już coś wiemy o pięknie.

Ponieważ jednak nieśmiało próbujemy dyskutować raczej o czymś niż o niczym, spójrzmy, jak kwestię piękna poddaje pewnemu rygorowi myśli i porządku Witruwiusz. Wyróżnia on takie składowe piękna:

* Ordinatio (proporcje budowli i wzajemne uporządkowanie elementów)
* Eurythmia (powaga, symetria, zgodność funkcji z formą)
* Dispositio (rozmieszczenie elementów w trójwymiarze bryły)
* Distributio (kompozycja, harmonijność, ilość i jakość, rozmieszczenie szczegółów)
* Dekor (zgodność z regułami stylu i kanonami projektowania)

Omówienie tych składowych z osobna przekroczy znacząco sensowną objętość tekstu (Polak po pół stronie lektury pada, umęczon pod Ponckim Piłatem), każdy może się do nich odnieść samodzielnie, dam więc kilka uwag zbiorczych. Pałac zbudowano zgodnie ze stylem – socrealistycznym. Owszem, jest to odmiana eklektyzmu, czyli połączenie wielu stylów, jednak relatywnie spójna. Spokojniejsza od pompierystycznych przeładowań dekoratorskich tylko sobie, nie całości służących. Dosyć łatwo jest rozpoznać inne obiekty zbudowane w tym stylu i co może się wydawać paradoksalne – sporo z nich prezentuje się lepiej albo znacznie lepiej niż młodsze obiekty, wykonane w modernizmie nadwiślańskim (skromność przechodząca w ubogość), postmodernizmie (zagubienie się w sobie architekta i urzędnika zatwierdzającego projekt) czy dzisiejszej wolnoamerykance. Co, jak wszystko, musi być winą Jurka Owsiaka: Róbta, co chceta!

Jest Pałac wielki i bardzo wysoki. Tu można szukać powodu do niejakiej krytyki, że przeskalowany, ponad miarę człowieka. Jest to argument potencjalnie uzasadniony. Pamiętajmy jednak, że jest to obiekt publiczny i – z zamysłu – bardzo wielofunkcyjny, co daje podstawę do innej perspektywy widzenia kwestii. Takie obiekty, z zasady, są monumentalne i poważne. Jest też Pałac królem Polski. Co do piękna: wolę Pałac niż Jezusa ze Świebodzina.

W ramach krytyki, że Pałac jest ponad harmonijną proporcję z otoczeniem (ówczesnym!), zbudowano Ścianę Wschodnią, która miała być kontrapunktem dla Pałacu. Pomysł i realizacja są (dosyć zgodnie w środowisku architektów) uważane za dobre rozwiązanie. Powstał rodzaj dialogu pomiędzy dwoma zespołami obiektów, pomimo ich nierówności, a płaski i rozległy plac pomiędzy nimi został zaopatrzony w kurtynę, ścianę nadającą mu ramy, choć można dyskutować na ile wystarczająco.

Jeśli jednak dziś spojrzymy na kwestię potencjalnego przeskalowania Pałacu w dzisiejszym kontekście, sprawa ma się inaczej. Stoi w otoczeniu innych budynków wysokościowych i to on jest punktem odniesienia, wzorem harmonii, proporcji szczegółów i stylu.

Słyszalny jest i taki argument, że Pałac jest zbyt rozległy. To niewykluczone, należy jednak zauważyć, że rozległość zapewniła rozrzeźbienie jego dolnej, horyzontalnej części. Nisze, odejścia i wolne przestrzenie pomiędzy narożnymi blokami, ich oświetlenie i oddech dodają raczej niż ujmują lekkości. I rozgęszczają strumienie użytkowników, co ma pozytywne znacznie.

 

* * *

Powyższe badanie ma charakter głównie racjonalny. Nawet nieoczywista i niemająca granic kategoria „piękna” została poddana analizie wedle pewnych przejawów i kategorii – co pozwala na podjęcie sensownej dyskusji, z użyciem argumentów podatnych na mierzenie.

Ponad wymiarem racjonalnym, odbywa się jednak coś zupełnie nieracjonalnego: erupcje nienawiści, wyrzuty chorych rojeń ideologicznych, zmierzających do wyczyszczenia Polski do cna z wszelkich śladów faktycznej i rzekomej opresji wobec pięknej Polski, jaką stosowali źli ludzie. Pałac musi paść, bo zesłał go na Polskę tyran Stalin. Jest widomym znakiem sowieckiej okupacji Polski.

Zagłady Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie ponoć jako pierwszy domagał się Radek Sikorski. Niejaki Czesław Bielecki, prawoskrętny były poseł i architekt, projektant postmodernistycznego byle czego – nowego budynku siedziby TVP, daje Pałacowi pewną szansę, ale tylko z tylko powodów ekonomicznych: burzenie jest drogie. Bzura! – żadna cena nie jest zbyt wielka, by sycić nienawiść. Bielecki, niestety też Andrzej Wajda oraz Jacek Federowicz, zaproponowali też swego czasu, by w Pałacu urządzić muzeum komunizmu „SocLand”.

Fot. TVN24.pl/SocLand.pl

Fot. wp.pl ed.

Nietrafioną marność i koniunkturalizm pomysłu obnaża życie: te gęby, te maski, ten SocLand mamy w Sejmie, rządzie, jedynej słusznej partii i konstrukcji państwa. Maska za maskę. I kto to taki?

„Rozmowy kontrolowane”. Reż. S. Chęciński, scen. St. Tym. Źródło: YouTube

Pałac został już zburzony. W filmie. I wystarczy. Czy scena rozwalania Pałacu nie przypomina wam niemieckiego burzenia Warszawy w 1944 r.? Z dalszej perspektywy walenie się wieży może nasunąć obraz upadającego World Trade Center. I kto tu jest kim?

Jednym z efektów presji, by Pałac rozwalić, było wpisanie go na listę obiektów zabytkowych, co miałoby zapobiec jego likwidacji. Mówi architekt Stefan Kuryłowicz: „Pałac Kultury i Nauki spełnia warunki, żeby znaleźć się w rejestrze zabytków. Czy tego chcemy, czy nie jest przestrzenną ikoną Warszawy, obecną na pocztówkach, zdjęciach, filmach i w programach telewizyjnych. Przykre jest dla mnie tylko to, że nie udało nam się stworzyć nic konkurencyjnego. Główną zaletą Pałacu jest jego skala, bo takich obiektów nie ma na świecie wiele. Nie do powtórzenia są także detale jego wykończenia. To symbol starej epoki i powinien być pod ochroną, nawet jeśli kojarzy się z Sowietami” (za: www.3obieg.pl).

Dziś już wszystko, co niegdyś było w prawie pewne, należy uważać jedynie za hipotezę. Niehipotetycznie zarządzi niejaki Ziobro, a likwidacji już się chce podjąć – jak oświadcza wiceminister Kownacki – katolickie wojsko, które chce odzyskać odpowiednią praktykę minerską. Straciło ją wywalając z armii generałów i pułkowników, co się znali na Afganistanie i Iraku. Trzeba więc ćwiczyć wysadzanie w centrum Warszawy. Likwidacji Pałacu domaga się też wicepremier Gliński. Człowiek nauki, kultury i sztuki. Wziął się z Akademii Nauk, a Akademia ma siedzibę w Pałacu. Tak go w tej Akademii duch Stalina męczył, że zamęczył. Jak mu dał radę? Dewastować Polak umie jak nikt. A co umie sensownie zbudować?

Swego czasu, w trakcie jednego w poprzednich niszczycielskich wzmożeń, sprawę niejednoznaczności dziedzictwa historii wyjaśniał Ludwik Stomma, dając przykład Francji. Pełno w niej pomników, budowli czy adresów z jednej strony przez Francję uznawanych, z drugiej – wiele z tych postaci to typy mroczne, zbójeckie, wręcz mające krew na rękach. Taka była historia, tak jej złożoność. Czyszczenie jej siłą to ideologia. Która niszcząc, sama objawia swoją niszczycielskość. Nad Wisłą wywala się Jana Brzechwę, teraz Leona Kruczkowskiego oraz setki i tysiące innych postaci wymieniając je na słuszne. Najchętniej – Żołnierzy Wyklętych. Bilans ofiar tych Słusznych? Jakieś 5,5 tysiąca. Z tego parę setek dzieci.

To stara choroba Polaka: zakłamania i rozbratu z rzeczywistością, z której leczyć się zawzięcie nie chce. Bo to jego esencja i Sama Prawda. Nie tylko Warszawa jej doświadcza, nie tylko sama Polska. Ona kazi stosunki ze światem. Dzisiejsza nienawiść do Niemca jest wypartą nienawiścią do nieudanego i uzurpatorskiego siebie. Ukraina miała być największym polskim sojusznikiem. Być nie mogła, bo w zakłamanej polskiej głowie ma być sługą. Jak przez setki lat I Rzeczpospolitej. My pouczamy, Ukraina słucha, zgadza się i wykonuje. Cóż za szok i oburzenie: nie chce! Europa nie chce, nikt nie chce. Tylko chorzy wściekle ryczą: jeszcze, jeszcze!

Tanaka