Chyba zapiszę się do nacjonalistów

Zwarte szeregi młodych polskich nacjonalistów głoszących faszystowskie hasła na ostatnim Marszu Niepodległości, przy milczącej zgodzie innych patriotów biorących w nim udział, nie były – jak chce to widzieć minister Błaszczak – „pięknym widokiem”. Były widokiem przerażającym (tym bardziej że po marszu najwyraźniej wzrosło w nich poczucie bezkarności) i mała pociecha w fakcie, że partie i ugrupowania nacjonalistyczne nie są problemem wyłącznie polskim i w ciągu ostatniego dziesięciolecia notują systematyczny wzrost poparcia w całej Europie. Jako niektóre z powodów przyczyniających się do tego zjawiska podaje się a to cięcia budżetowe, a to kryzys imigracyjny, ale – jak to zwykle bywa – przyczyny są bardziej złożone i różne w różnych regionach Europy.

Ruth Wodak, autorka książki „The politics of fear. What right-wing populists discourses mean” (Polityka strachu. Co znaczą narracje prawicowych populistów) podzieliła partie narodowe na cztery główne kategorie w zależności od retoryki, którą się posługują. Mamy więc partie będące naturalnymi spadkobiercami historycznej ideologii faszystowskiej czy nazistowskiej w danym kraju (np. w Austrii, we Włoszech, w Rumunii czy na Węgrzech), partie, które swój przekaz opierają na poczuciu zagrożenia ze strony islamu (Holandia, Dania, Polska), partie, które jako zagrożenie dla narodowej tożsamości wskazują mniejszości narodowe (Węgry, Grecja, Wielka Brytania) czy wreszcie partie, których głównym programem jest fundamentalizm chrześcijańsko-konserwatywny (w Polsce, Rumunii, Bułgarii). Plus rozmaite kombinacje powyższych opcji.

Niezależnie jednak od różnic w narracji, którą się posługują czy w powodach wzrostu ich popularności jedno je wszystkie łączy – ich zwolennicy wypuszczeni na ulicę z ideologia swojego ugrupowania na ustach nie stanowią bynajmniej „pięknego widoku”, ale wręcz przeciwnie – widok wyjątkowo niepiękny.

Typowa retoryka narodowców opiera się bowiem na ksenofobii, szowinizmie i bezpardonowym szczuciu na obcych lub na tych, którzy nie zgadzają się z głoszonymi przez nich poglądami, a to wszystko hojnie okraszony zdrową dawką paranoi. Nacjonaliści kojarzą mi się zatem (i zapewne nie tylko mnie) z niezbyt sympatycznymi typami o archaicznych poglądach, którzy prawa jednostki mają za nic, za to swoją wizję świata próbują narzucić na siłę innym, wykluczając ze swojej wizji „narodu” całe grupy społeczne.

A jednak poparcie dla ruchów narodowych rośnie i Polska nie jest tutaj wyjątkiem. Czy to dlatego że (pomijając inne powody) w społeczeństwie po prostu wzrosła potrzeba demonstracji swojej przynależności narodowej i przywiązania do ojczyzny?

Dużo swego czasu napisano na temat tego, iż jednym z grzechów PO w czasie lat przy władzy był brak zaoferowania rodakom stosownej „narracji”, która zapewniłaby poczucie dumy lepiej niż banalna ciepła woda w kranie i zaspokoiła zapotrzebowanie na patriotyzm. Patriotyzm, który, sądząc po wzroście sprzedaży polskich flag, biało-czerwonej odzieży i tatuaży z motywami historycznymi bardzo współczesnemu Polakowi w duszy gra.

I cóż w tym złego, można by zapytać, że ktoś patriotycznie nastawiony chce zademonstrować gorące uczucia do swojego kraju i radość z przynależności do danego narodu? Ano zapewne nic, tylko czy nacjonalizm jak Europa szeroka i długa zawsze musi iść ręka w rękę z ksenofobią w takiej czy innej postaci i kompletnie wstecznymi poglądami na rodzinę, prawa kobiet czy osób LGBT, ochronę środowiska i wiele innych rzeczy? Otóż nie musi, więc słów kilka o ciekawym wyjątku w nurcie partii nacjonalistycznych.

Kiedy pytam znajomych Europejczyków na emigracji w Szkocji, na która opcję polityczną w UK głosują/głosowaliby, większość odpowie: SNP, Szkocka Partia Narodowa.

Jeżeli ktoś nie zauważył jeszcze paradoksu, powtórzę – mówimy o imigrantach, „obcych”, którzy popierają lokalną partię nacjonalistyczną i to do tego stopnia, że niektórzy po prostu zapisują się do niej jako czynni członkowie. Cuda jakieś czy kwestia pozytywnego przekazu? Czemu szkoccy narodowcy z SNP nie zwalają winy za wszystkie szkockie codzienne trudności i problemy na zalew taniej siły roboczej z Europy Wschodniej i nie próbują wykopać podrzutków tam, skąd przyszli? Nie straszą muzułmanami z Syrii, ekoterrorystami, genderem, cyklistami? Nie wrzeszczą na ulicach, że rodowici biali Szkoci są najwspanialszym narodem na świecie zagrożonym przez inne grupy etniczne?

SNP jest partią nacjonalistyczną , co do tego nie ma wątpliwości, na stronie Wikipedii funkcjonuje na tej samej liście co węgierski Jobbik, brytyjskie niesławne BNP, Britain First czy UKIP i francuski Front Narodowy, zaś jej nadrzędnym celem jest sprawić, żeby narodowi szkockiemu żyło się jak najlepiej, idealnie we własnym niepodległym państwie. Tu podobieństwa jednak się kończą, bo SNP w hołubieniu narodowej dumy i niezależności bycie partią proeuropejska wcale nie przeszkadza.

Ugrupowanie ma poglądy centro-lewicowe, liberalne w kwestiach obyczajowych, popiera małżeństwa tej samej płci, energię odnawialną i rozbrojenie atomowe. W koalicji z Zielonymi. Nic więc dziwnego, że cieszy się popularnością wśród wykształconych emigrantów nie tylko dlatego, iż regularnie wysyła przekaz, że są tu mile widziani.

Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że taka lewacka partia to jakaś lokalna ciekawostka na niewielką skalę, żebrząca o głosy obcokrajowców w celu poprawienia sobie sondaży. SNP jest drugą co do wielkości partią (w całym UK, nie tylko w Szkocji), jeśli chodzi o liczbę członków i trzecią co do wielkości siłą w parlamencie Zjednoczonego Królestwa i to pomimo tego, że w tegorocznych przyspieszonych wyborach wypadło gorzej niż dwa lata temu, a nawoływanie do ponownego referendum na temat niepodległości odstraszyło wyborców. Na własnych śmieciach SNP jest wciąż największą siłą polityczną. Z prostym przekazem: „SNP jest oddane uczynieniu Szkocji narodem, którym wiemy, że może być. Chcemy społeczeństwa opartego na równości, w którym każdy może realizować swój potencjał i nikt nie jest pozostawiony w tyle”. Więc mimo że partia Nicoli Sturgeon ma jak każda inna swoje potknięcia, niedociągnięcia, drobne grzeszki i zagorzałych przeciwników, podoba mi się ten radosny nacjonalizm obywatelski i pozytywny przekaz. Czego tu nie lubić? Weźmy sprawy w swoje ręce, redukujmy emisję dwutlenku węgla, poprawiajmy poziom edukacji, dbajmy o środowisko – stwórzmy nowoczesny naród, gdzie każdy czuje się dobrze i którego miejsce jest w Europie. Nie wszyscy narodowcy to niesympatyczne typy z neofaszystowskimi transparentami. I to jest „piękny widok”.

Mam takie oto wspomnienie z akademii z okazji rozpoczęcia szkoły przez mojego syna – tuż przy scenie wypatrzony ponad głowami innych rodziców sztandar ze słowami „Proud to be Scottish” (Dumni z bycia Szkotami). Trochę mi się przykro zrobiło, że ktoś taki nietaktowny napis umieścił w miejscu publicznym, no bo co z tymi, którzy Szkotami nie są? Po chwili przyjrzałam się dokładniej i zorientowałam się, że przegapiłam jeden wyraz. Napis de facto głosił: „Proud to be Scottish Citizens” (Dumni z bycia obywatelami Szkocji). Ciepło mi się zrobiło w okolicy serca. Nikt mnie nie chce wykluczać. Od tamtej pory staram się być lepszym obywatelem. I w ogóle to chyba zapiszę się do nacjonalistów. Szkockich, gdyby się kto pytał.

Kostka