Jakiś czas później…

Od jakiegoś czasu przetacza się po świecie fala wystąpień kobiet molestowanych, poniżanych czy gwałconych. Hasztag #metoo czy #jateż zalało media społecznościowe, kobiety mówiły o swoich przeżyciach, o swoim wstydzie, o bezradności. Panie dziennikarki napisały wspaniałe artykuły, przeczytałam kilka i jestem pod wrażeniem pasji i emocji; porównywałam to z moją pasją i moimi emocjami. Z moją własną przeszłością…

A potem diabli mnie podkusili na więcej i przeczytałam komentarze pod artykułami. Próbka empatii i zrozumienia w polskim wykonaniu:

– Czy więcej było przypadków „molestowania”, czy zwykłego frymarczenia dupą dla zrobienia kariery?

– No to sobie nagle wszystkie panie przypomniały, że były macane pod spódnicą.

– Milczały, bo się sprzedały, taką wybrały drogę.

– Ten obleśny facet nie zmuszał żadnej z tych kobiet.

– Czemu te poszkodowane panie nie zgłosiły faktu molestowania albo gwałtu zaraz po wyjściu ze studia? (…) jak dobry deal na horyzoncie, to dupy można dać. On po prostu był klientem tych aktorek one ku…mi.

– Wahadło idiotyzmów i hipokryzji tych samic odchyliło się ekstremalnie.

I wyobraziłam sobie, kim trzeba być, żeby takie rzeczy pisać: tępym, ograniczonym troglodytą, bitym w dzieciństwie, kupującym „Gazetę Wyborczą” (komentować mogą bowiem tylko ci, co mają wykupiony dostęp do materiałów „GW”) i bojącym się kobiet. A potem na blogach „Polityki” czytam podobne…

Ewa-Joanna