Nieprawdopodobna historia

Tłukłam się w podróży służbowej zbyt dużo mając czasu na rozmyślanie i taka oto myśl przyszła mi do głowy: czy gdyby polscy katolicy choć w części stosowali się w praktyce do niektórych zaleceń swojej wiary (jak osławiona miłość bliźniego chociażby), to świat nie byłby nieco przyjaźniejszym miejscem? Postanowiłam więc opowiedzieć wam historię alternatywną, a wy oceńcie sami na ile prawdopodobną.

A zatem… Za górami, za morzami, gdzieś w Europie, ale tej prowincjonalnej, była sobie mała miejscowość, niezbyt bogata, trochę zaściankowa i prawie w 100 procentach zaludniona przez mieszkańców wyznania rzymskokatolickiego. Oczywiście z nieodłącznym księdzem i bogobojnymi staruszkami w moherowych beretach urzędującymi w kościele. Żyli w owym miasteczku pobożni ludziska spokojnie, jakoś przędąc koniec z końcem, dumni ze swojej katolickiej wiary, bogatej narodowej tradycji i historii, która nieraz w przeszłości ciężko ich doświadczała. Aż raz rząd, nie pytając się za bardzo nikogo o zdanie, postanowił zwalić im na głowę ponad 200 uchodźców. W 100 procentach muzułmańskich. Jak tu się nie zdenerwować, nawet jeśli pochodzi się z narodu słynnego z gościnności i wyznającego wiarę nakazującą, żeby kochać bliźniego jak siebie samego? Miasteczko ubogie, mała społeczność, a tu nagle 10 procent więcej obcego luda, sami innowiercy i mało kto po naszemu dwa słowa jest w stanie sklecić. Niby mówi się, że u nich wojna i to już od wielu lat, ale kto ich tam wie, może tylko za chlebem przyjechali, a te młode chłopy to jeden w drugiego wyglądają jak ci terroryści, co to ich w telewizji pokazują po kolejnych atakach na miasta w Europie. I cóż z tego, że stoi w wiosce wielki, pusty hotel co splajtował, więc niby w sam raz się nadaje, żeby tych Syryjczyków zakwaterować. To i niech stoi, jak dla nas może pusty stać!

Tylko jak tu okoniem stawać, skoro sam ksiądz dobrodziej z ambony powiedział, żeby gościom wstrętów nie czynić i po chrześcijańsku przyjąć i pomóc? I zaraz niektóre pobożnisie to podłapały i w dyrdy to samo, jak papugi – „moja wiara katolicka nakazuje mi się zaopiekować człowiekiem w potrzebie czy on muzułmanin czy nie, a poza tym nasz naród też kiedyś tak wiele się wycierpiał, że teraz nie godzi się nam drzwi przed człowiekiem uciekającym przed wojną zamykać”. Więc nie pogadasz, bo od razu na gorszego chrześcijanina wyjdziesz. Nawet niektórzy próbowali ulotki przestrzegające przed islamem rozrzucać na początku, ale jakoś za bardzo się to nie przyjęło.

W końcu zajechały te autokary pod hotel i wysypało się towarzystwo. Faktycznie połowa to baby i dzieciaki, zahukane trochę, z rozpaczą taką w oczach, strach myśleć, co te oczy widziały, głupio jakoś się wypiąć, skoro już tak daleko dotarli. Więc lokalne biznesy ściepnęły się zaraz na jakieś paczki, w kościele też panie urządziły zbiórkę ubrań i zabawek i jakoś to poszło. W końcu muzułmanin też człowiek, może nawet lepszy niż ateista, bo przynajmniej też w coś wierzy jak i my. A oni pobożni i porządni bardzo i mówią, że to ich bóg sam ich tutaj zaprowadził, to i cieszą się jak dzieci, że wreszcie są bezpieczni i że ludzie tacy dla nich mili. W Wielkanoc to nawet do kościoła chcieli się wybrać, żeby pokazać, jak naszą wiarę szanują. Trochę im się godziny pomyliły, ale jak tylko nasz ksiądz dowiedział się jacy byli rozczarowani, że ładnie podziękować za gościnę nie mogli, to ich zaraz wpuścił po godzinach, co ich tak wzruszyło, że niektóre te ich baby w chustach i bez aż płakały. Żal zresztą patrzeć, jak się taka kobieta starsza na stare lata po świecie obcym musi tułać. Na początku strach było z domu wyjść czasem, kiedy ci młodzi grupami do miasta chodzili, ale w końcu człowiek się przyzwyczaił jakoś. Ten Ghazanek to ma lat 21, a do matki w Syrii jak dzieciak tęskni, ale przynajmniej jego matka ciągle żyje, bo jego kumpel już sierota, matkę szrapnel trafił, jak go z łóżka raz budziła, do tej pory płacze, gdy o tym mówi.

Tak więc siedzą u nas w sumie już od pół roku, niektórzy papiery wreszcie wyrobili, języka się uczą, starsze panie z naszymi szydełkować zaczęły w kółku lokalnym, życie jakoś się potoczyło, więc w sumie może i miał rację ten nasz ksiądz? A i człowiek lepiej się czuje, jak chrześcijański uczynek spełni. Wszak powiedział pan Jezus: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”.

***

No tak, mieliście ocenić, na ile historia prawdopodobna… Nie bardzo, prawda? Bo nasi polscy katolicy nie tak interpretują zalecenia własnej świętej książki. I w kościele nie o tym ksiądz na kazaniu naucza, kiedy mowa o uchodźcach, a ludziska nie organizują pomocy tylko różaniec do granic, żeby tę nawałę zatrzymać z daleka od nas – w końcu wszyscy wiedzą, że „oni” pasożyty roznoszą i gwałcą nasze kobiety.

Najbardziej nieprawdopodobne historie są czasem prawdziwe. Ta też. Tyle że wydarzyła się w Irlandii.

Kostka