# MeToo..! A tu Kościół i Polska

Kobiety w wielu krajach świata właśnie ujawniają, jak seksistowsko były w swoim życiu traktowane, jak im proponowano korzyści w zamian za seks, jak je poniżano, molestowano, gwałcono. O czym dotąd nie odważały się mówić, bo rządząca kultura na to nie pozwalała. Nawet im to często nie przychodziło do głowy. Bały się – siebie, swoich przeżyć, wstydu i odrzucenia, gdyby takie wydarzenia zostały ujawnione. „O tym nie rozmawiamy” – to nakaz opresorów, ale i samej kultury, wciśnięty w głowy kobiet. Tego nie ma, jest dobrze. Przychodzi czas, kiedy przestają się bać i zaczynają mówić. Wraz z nim, z otwieraniem się mrocznych szaf pełnych zmór, przerażeń i traum, zaczyna się proces uświadamiania sobie przez ludzi, jak mrocznie i podle dotąd miały się sprawy w kulturach zdominowanych przez patriarchat, maczyzm, religię, nakazy milczenia oraz podziały ludzi na kasty: tym wolno więcej (mężczyznom, majętnym, z pozycją), tamtym (kobietom i dzieciom) mniej lub właściwie nic. Pierwszych nie spotka ani potępienie i kara za czyny, przeciwnie – nieraz uznanie w środowisku; te drugie mają się wiecznie wstydzić, milczeć i wypierać to, co się stało, oraz akceptować to, że tak będzie, jak było. Zło jako norma i wzór.

To proces dobry, uzdrawiający, bardzo ważny i dla pojedynczych osób, ofiar (i sprawców którzy w części sami są ofiarą własnej kultury), ale i nie mniej – dla stosunków społecznych, kulturowych i wzajemnych ról i odniesień kobiet i mężczyzn. Ten proces może zrewidować i uwolnić od koszmarów, niesprawiedliwości oraz pomóc zbudować nowego, lepszego człowieka.

Świat światem, Europa Europą, ważni politycy już włączają się w ozdrowieńczy proces, a Polska – co? Polskę może trafnie będzie opisać w tym procesie starą, seksistowską anegdotą: gdy Napoleon zniewalał panią Walewską ta, tracąc oddech i kobiecą cześć wydała z siebie patriotyczne westchnienie: Sir, a Polska…?

Świat jest zły, Polska dobra. Wyspa wolności, tolerancji i szacunku do kobiet. Polak Polce nic złego nie zrobi, tylko czcić będzie, bo Polka to przecież częstochowska Maryja i w rękę liżemy, siorbiemy i śliną kapiemy wraz z kwaśnym oddechem do ust ją ciągnąc, co jest wymownym dowodem hołdu. I dowcip z ulicy: „Pani, całuję rączki – ale swoje; do nóg jej padam – ale stoję”. Prostacki żart opisuje życie.

Polska państwowa i biskupia – co jedno – idzie w zaparte: u nas tego nie ma. Bo nie ma znaczenia, że sporo ponad 400 kobiet co rok ginie wskutek przemocy domowej, nie na ulicy, nie od libijskiego terrorysty, ale w domu, głównie z ręki męża. O ilościach gwałtów, też domowych, wolimy nie wiedzieć. „Zgwałcić żonę – to niemożliwościowe jest!” – słyszymy w filmie „Big Bang”, bo to wzięte z ulicy. I nawet nie znamy ich liczby, bo to liczba ciemna. Realna jest jakieś 8–10 razy większa niż podawana, bo to przestępstwo głęboko stabuizowane. Nie jest żadnym przypadkiem ani fanaberią, ale dowodem bolesnego życia, że właśnie w Sejmie Barbara Nowacka składa (kolejny raz) projekt ustawy liberalizującej i uczłowieczające prawa rozrodcze kobiet („Ratujmy kobiety 2017”), poparte 400 tysiącami podpisów. I nie jest przypadkiem, że projekty liberalizacji są nieustannie odrzucane, a projekty penalizacji są traktowane z wielką życzliwością.

Świeżą twarzą polskiej oficjalnej kultury opresji okazał się niejaki Piecha Bolesław, europoseł PiS-u oraz – tak jest! – były wiceminister zdrowia. Jakiego zdrowia? Słyszeliśmy też od biskupów, jak jest: kobieta (bo źle wychowuje) i dziecko są same winne, co w sławetnej frazie wyraził arcybiskup Michalik: dziecko lgnie do człowieka, do księdza. Jak dziecko lgnie, cóż biedny i serdeczny, a tak strasznie molestowany ksiądz może zrobić? Nie ma wyjścia – musi spedofilić.

Piecha tak zaś ogłasza, urbi et orbi: „Problem molestowania seksualnego w Polsce ma mniejsze znaczenie. Polacy z dużą estymą podchodzą do kobiet. Nie są tak frywolni i tak bezmyślni jak Francuzi”. Bo Francuz to Napoleon, a Polak – też wiadomo – prezes.

Kimżeż więcej jak pyłkiem jest jednak ten prawidłowy Polak przy innym – Nadpolaku: Świętym Ojcu Świętym? Jak on widział i pojmował kobietę i jej relację z mężczyznami, opowiedziała przedstawicielka Narodów Zjednoczonych, podsekretarz ONZ, Pakistanka Nafis Sadik. Pochodząca z kraju, gdzie prosty seksizm to niemal luksus, bo kobieta może zginąć w „zabójstwie honorowym”, wykonanym przez morderców, którzy są jej najbliższymi – jakżeż strasznie to brzmi – ojca, męża, brata. Nafis Sadik spotkała się z papieżem przed konferencją ludnościową w Kairze, w 1994 roku, która miała się stać kamieniem milowym w historii praw kobiet, a czemu z zawziętością przeciwstawiał się Kościół katolicki. Chciała mu przedstawić realne problemy kobiet i realnego świata, uzmysłowić dramat, bo znała to doskonale – jako kobieta, jako Pakistanka, jako działaczka i dyrektorka pakistańskiej rady ds. planowania rodziny i jako podsekretarz ONZ do spraw populacji. Na jej próbę dotarcia do papieża z rzeczywistością faktów i humanistyczną treścią, ten zareagował tak: „A nie sądzi pani, że do nieodpowiedzialnego zachowania mężczyzn przyczyniają się same kobiety?”. Jak boleśnie, jak koszmarnie miliony, setki milionów kobiet na świecie to zna: sama jesteś winna, bo włożyłaś spódniczkę! Bo się umalowałaś! Bo wyszłaś z domu sama!

To jest – zatrważający – poziom wiedzy papieża, wyobrażenia i kultury Wojtyły, tego Polaka, co to „ma estymę do kobiet”, w którego mentalności króluje nie żadna kobieta, ale odczłowieczone bóstwo, fantom – Maryja. Jego papieskie zawołanie, credo to „Totus Tuus”, jego maryjność była wręcz obsesyjna, zaś stosunek do kobiet infantylny, przedmęski pełen niewiedzy, lęków i uprzedzeń skutkujących zawziętą opresyjnością wobec nich .

Warto być tego świadomym, bo to żelazo-betonowa przeszkoda na drodze do poprawy pozycji kobiety i uzdrowienia ludzi: Maryja jest zaprzeczeniem kobiety i zaprzeczeniem realnego życia. Nie miała żadnego kobiecego doświadczenia z mężczyzną, poczęła wskutek „zwiastowania”, nie znała żadnych trudów ciąży, boleści ani słabości, nie rodziła jak kobieta, ale „na sposób cudowny”, z prędkością światła Jezusek pojawił się w sianku żłóbka, była „niepokalana” i „zawsze dziewica”, mąż nie był ojcem Jezuska, tylko maskował „poczęcie z Ducha Świętego”; z synem nie miała żadnego porozumienia ani on z nią. Mąż właściwie był nieistniejący, gdzieś głęboko w tle, nic nie wiadomo o jej realnym życiu w czasie 33 lat życia syna, a wreszcie doznała „wniebowstąpienia”, ale nie symbolicznego, lecz w całej swojej materialnej żywości i w odpowiednio upranej sukni. Jako „oblubienica Pańska” musiała być elegancka. Zaś w ikonografii występuje nie jako kobieta podobna do innych, ale nadnaturalna w proporcjach, niezwykłej modelowej zgrabności, subtelnych dłoni – co nie ma nic wspólnego z realnym życiem kobiety w jej czasach ani też i dziś. Szaty ma bogate, czyste i niezwykle ozdobne oraz żadnych śladów znoju przy chowaniu synka. Ta Maryja, „wzór dla kobiet katolickich” i „dla kobiet całego świata”, jest antywzorem, nierealnością, zaprzeczeniem. Miłym, bo jakoś może pocieszającym kobiety prawdziwe, ale przez swoją fałszywość zgubną, w istocie poddańczą, deprecjonującą dla kobiet i blokującą możliwość i konieczność: pojmowania przez kobietę siebie samej, ale i – symetrycznie – pojmowania przez mężczyznę kobiety oraz także – w relacji – siebie samego. Maryja, jako fantom, odcina człowieka od jego osobowej głębi, od pojmowania siebie, wymusza zaprzeczenie sobie, a więc i tkwienie w niemożliwym do wygaszenia konflikcie – płci, kultury, człowieczeństwa. Oraz jest – sic! – narzędziem, tak, ta boska Maryja jest NARZĘDZIEM, przedmiotem – opresji czynionej na kobietach przez papieży, Wojtyłę, kler i mężczyzn. Nie od dziś zwraca na to uwagę psychologia, zwłaszcza zaś psychologia głębi.

To jest poziom i postawa całego Kościoła katolickiego, którą dręczy kobiety, dzieci, ale i także mężczyzn na całym świecie. To nie żaden Wszechmogący – największy fantom religii „wprowadza nieprzyjaźń między ciebie (fantomatycznego szatana) a niewiastę”, ale biskupi wprowadzają nieprzyjaźń między mężczyznę a kobietę.

Dodać do tego należy – to ta sama kategoria – praktykowanie i ukrywanie przez Kościół katolicki – od początku istnienia – zbrodni pedofilii, która najwyraźniej nie była uważana za zbrodnię, ale normalność, a co najwyżej – drobne „nieuporządkowanie moralne”, niewarte refleksji. To te same powody, ta sama postawa i dyspozycja moralna oraz podejrzenie: kobieta się prosi o gwałt, dziecko samo lgnie do księdza. Zaś ściślej – to skrajna niemoralność. Kościoła i Wojtyły. O globalnym działaniu.

Biorąc pod uwagę rozległość, czas i siłę oddziaływania na ludzi, Kościół katolicki jest jednym z najgłówniejszych (wraz z „religiami objawionymi”) lub po prostu głównym siewcą niesprawiedliwości, nierówności, po prostu zła.

Na polskim zaś gruncie poziom zakłamania oraz niezdolność poprawy muszą być większe niż tam, gdzie religia marnieje, a prawa człowieka i obywatela oraz stosunki demokratyczne mają się nieźle.

Tanaka