NADWIŚLAŃSKIE HALOŁYNY

Teatrzyk pod Anumlikiem
ma zaszczyt przedstawić
NADWIŚLAŃSKIE HALOŁYNY

PROLOG:
Porą ponurej godziny,
Z szatańskiej lepione gliny,
W polskie się wplątały ćciny
Obce Halołyny:
Święte wypijając soki,
Majestat Twój, Pani, wysoki
Kalają celtyckie zboki
Polską krew pompują w boki.

AKT I
Lilith wierzgła świętym zadem
Skryta za melancholiją:
Światłość z drabiny wraz z PAD-em
Legła na kraju leliją.
Liliputin obosiecznym
Mieczem z kuźni Hefajstosa
Kręćnął młynkiem tak skutecznym,
Że odciął se kawał nosa.
W Żoliborzu zachodzącym
Polską – od morza do morza
– Niczym ogień gorejący
Błyszczy nos jego – jak zorza!

CHÓR:
Mży i dżdży, szczerzy kły – pies.
W mgle się lśni Putinowy bies;
Zwiewa smutki, w dzień zbyt krótki;
Smętne nutki, opar wódki,
Wraczek Tutki, zapomniane
Yes, yes, yes!

HALOŁYNOWA DYNIA:
Strzyga… Znów mnie ściga
Przez cały boży dzień.
Strzyga, jak mamałyga,
Lub mamałygi cień.
Śmiga przez łeb jak fryga
Albo zerwany kleń.
Cyga – wśród gwiazd Fotyga,
Wartołka pośród mgnień.
Strzyga mnie – jak fastryga
– Przeszywa w zamku Breń.
Dziadyga-m, choć nie wyga,
Ani zmurszały leń.
Miga, jak ta Adyga
Pośród alpejskich lśnień.
Strzyga, oooo moja strzyga,
Kataplazm i żeń-szeń.
(Strzyga, On My Mind)

CHÓR:
Dym się dymie, dym!
Podymiłbym z nim,
Ale głowa moja siwa
Dyma dziś już nie wykiwa,
Woli gin na spleen.
Sycz, że syczu, sycz!
Sycznij syczu w znicz.
Sieknij deszczem
Niech się skleszczem:
W gżegżółkę i w dzicz!
Siecz deszczyku, siecz!
W Smoleńczyków mecz.
Flancuj w grządki
Ich porządki;
Niezły będzie skecz.

KURTYNA

AKT II
HALOŁYNOWA DYNIA:
Otom ja, polska premiera,
Mam kobiecość. Ciut mię wciera
Ta kobiecość w priorytety.
Że to mało? Ech, niestety.

CHÓR:
Szydło pije szampana w fontannie,
potem długo moczy się w wannie,
a gdy już zmieni się w piękne bóg-wi-co,
staje się salonową lwicą.

SALONOWA LWICA:
W ramach dobrej zmiany
Dokonały podmiany
Atomy:
Te od Misia (Antka chłopaka)
Skryły elektrony w krzakach,
A protony
Wciepały między wrony.
Te ze zmiany byle jakiej
Wlazły między krzaki
Wydziobując elektrony:
Ot, sztubaki.

CHÓR:
Z krzaków wylazła premiera:
Za prezesem biega – cholera!
I śmieje się jak głupia
do sera.

BOMBA HALOŁYNOWA:
Bomba halołynowa!
Wielowymiarowa,
Rozsadzająca każdą rzyć.
Jeju sabrali, arestwawali
I wysadzili. Nic tu kryć.
Pałkownik Putin z rudym Tuskiem
Wysmarowali bombe ruskie,
Przed odpaleniem – helem,
Aby się skroplił w Prezia ciele,
Gdzie mu ją agent wsadził w rzyć.
Pierdykło w tutce! Jak z tym żyć?

CHÓR:
Anatimus perversa
Spotkała vice versa.
Wyłaził ów vers z wora
Nadministra Maciora.
Nie był to vers soccosum,
Ale swój on miał rozum.
Smoleńskiego on, zbója,
W dulce dies nabujał.
Niech ta krótka bajeczka
Wbije w jego łeb ćwieczka,
Jak anguis in herba
I niech gra mu na nerwach

KURTYNA

AKT III
PIEŚŃ HALOŁYNOWYCH
BURŁAKÓW NADWOŁŻAŃSKICH
NA RYNKU KLEPARSKIM W KRAKOWIE:
Bernatkiem sprowokowany
Odbijamy – wstawiany w ściany
– W szkaplerzyku schowany,
Na okoliczność rym.
Gamratka tka u Bernatka
Ze sekty smoleńskiej kwiatka,
Którą zasiała zła tutka,
Razem z Putinem złym.
Ojczyzna – nasza matka
– Szuka durnego dziś tatka,
Co dziurę po helu zatka;
Ale nie z byle kim.

CHÓR:
Ni pakidaj mienia, biezumna maja Sicz,
Ni pakidaj. S uma saszełsza dzicz.
Sa mnoj ty zdzieś uszła na knyszyńskij wagzał.
Ja smiortł zdies’ bies tiebia, kak malczik i nachał.

PIEŚŃ HALOŁYNOWYCH
BURŁAKÓW NADWOŁŻAŃSKICH
NA RYNKU KLEPARSKIM W KRAKOWIE:
Polskie wartości, to te wartości,
Gdy Matka Boża pod dach zagości.
Gdy święta ziemia, będąc w potrzebie,
Na pomoc może liczyć – od ciebie.
Gdy Żydowiny oraz cyklisty
Z Polski wyjadą, bo naród czysty
Żadnym miazmatem dżender-hołoty
Splamion nie może zostać. Wiek złoty
– Pod panowaniem nad Króle Króla
– Inne wartości wrzuci do ula,
A kiedy tego nie pomniesz – od razu
Razem z pejsami cię wrzucim do gazu.

CHÓR:
Ech, jabłoczko, kuda że kaitiszsa?
W czeriezwyczajku papadiosz, tak nie warotiszsa!

KRZYWY SIK ZZA WĘGŁA*):
Lady Geesü , tajna wdowa szwoleżera,
Za ersatz lekkokonny Hans Klossa wybiera.
Kloss wchodząc w nią, zza lady woła: Hände hoch!
Lady Geesü ze strachu zamienia się w szloch.
Zamiast rąk nogi Lady wędrują do góry,
Nad Krakowem ponure przelatują chmury.

CHMURY NAD KRAKOWEM:
Królestwo wyszło z lasu:
Tupło bożym tupem
Wiele czyniąc hałasu.
Prezes arcybiskupem
Natchniony krakowskim,
Miast lasu – wyciętego
Z granitowej kostki
– Nowego nam świętego
Przytargał do Polski.
Święty zeszedł z Wawelu,
Wzrok miał w dal utkwiony,
Zawołał (nie bez celu):
Gdzie miejsce dla żony!?

CHÓR:
Ech, jabłoczko, kuda że kaitiszsa?
W czeriezwyczajku papadiosz, tak nie warotiszsa!

KURTYNA

 ———————————-
*) Określenie Namargineski. Dzięki!

anumlik