Strachy na lachy, czyli inwazja Haloween

Jak ziemia długa i szeroka raz w roku nadchodzi czas, kiedy zasłona pomiędzy światem materialnym i zaświatami uchyla się lekko, a duchy zmarłych przechodzą przez nią do domeny żywych. Jak ziemia długa i szeroka zapalają się światełka, warzy się jadło do przekupienia przybyłych dusz, a rodziny zbierają się we własnym gronie powspominać, oddać cześć przodkom czy po prostu podumać nad ulotnością ludzkiego życia. W Japonii obchodzi się święto Obon w sierpniu, w Chinach w tym samym okresie Dzień Duchów, ale także dodatkowo na wiosnę święto Zamiatania Grobów. Na początku listopada w Meksyku świętowane są Dias de Muertos, a w Europie różne wersje dnia Wszystkich Świętych.

Tradycje stare niemal jak historia ludzkiej cywilizacji, niezależnie od kultury i wyznania, w krajach katolickich często przechrzczone na święta religijne z o wiele wcześniejszych pogańskich tradycji. Dni, w których miesza się smutek za tymi, co odeszli, z ukrytą radością że samemu wciąż się żyje i nieodłącznym lękiem przed własną śmiertelnością („ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie”). W jednych krajach spędza się je na zadumie i refleksji, w innych odstrasza się strach huczna zabawa, w czym celują Dias de Muertos czy najbardziej oswojone i skomercjalizowane Halloween.

Także i w Polsce pod koniec października rozpocznie się wielkie straszenie. Czyżby owymi duszami przybyłymi z zaświatów, zapytacie może? Eee, a który ksiądz tak naprawdę w to wierzy… Za to straszenie strasznie strasznym Haloween ma się świetnie, jak co roku. Jak co roku już wkrótce usłyszymy, że wydrążone w środku sympatycznie pyzate warzywo w pomarańczowym kolorze po podświetleniu od środka staje się ni mniej, ni więcej tylko (uwaga!) symbolem czcicieli szatana. Dowiemy się też, że Halloween to święto satanistyczne, a z pozoru niewinne przebieranie się (na przykład za nastoletniego czarodzieja z popularnej książki dla młodzieży) praktykowane przez dzieciarnię to rozpowszechnianie okultyzmu i magii. I powinno się je leczyć egzorcyzmami. Jak co roku prawicowe gazety i portale będą rozpisywać się o tym, że Halloween wywodzi się z celtyckiego święta ku czci boga śmierci Samhaina, któremu Celtowie składali ofiary z ludzi. To, że boga o takim imieniu akurat w panteonie celtyckim nie było, a samo słowo Samhain oznacza święto końca zbiorów i początku zimy i że w każdym gaelickim języku tłumaczy się na „listopad” jest tu bez znaczenia, bo liczy się dramatyczny efekt.

Gdybyż jeszcze (nie mieszając do argumentów okultyzmu) chodziło tylko o to, iż Halloween wywodzące się z tradycji celtyckich jest kulturowo obce naszemu regionowi i przywlekło się z krajów anglosaskich, żeby bezczelnie konkurować z rodzimymi pogańskimi Dziadami albo uświęconym oficjalnie katolickim Dniem Wszystkich Świętych! W domyśle – przy okazji komercyjnie wyciągając kasę, która mogłaby pójść na znicze, chryzantemy albo na tace… Sama pamiętam własne oburzenie w 2000 r., kiedy Halloween zaczęło wpychać się drzwiami i oknami do Polski. „Po co nam to? – burczałam pod nosem, wyrzynając kolejną dynię w centrum zabaw dla dzieci, gdzie dorabiałam jako student. – Mamy przecież Zaduszki, które są pełne zadumy i zapachu świec. I Zapusty, które są od przebierańców. Te dwie imprezy są przeciwstawne sobie klimatem. Nie jest nam potrzebne takie święto, obce naszemu kulturowemu ekosystemowi jak ten jenot albo norka amerykańska nie przymierzając. I zapewne równie szkodliwe”.

Tak zrzędziłam w duchu, a dzieciaki piszczały z uciechy odpalając świeczki w dyniach. A jednak kiedy wreszcie wszystkie dynie zapłonęły migając tajemniczo i wypełniając powietrze karmelowym zapachem przypieczonego wnętrza, kiedy wszyscy pracownicy centrum zaczęli się do siebie mimowolnie uśmiechać pod zaleconymi przez dyrekcje haloweenowymi makijażami pomyślałam wbrew sobie „Hmm… może rzeczywiście nie taki diabeł straszny… W końcu co komu szkodzi, jeszcze jedna świecka tradycja przywleczona z Zachodu tak jak Walentynki?”.

Mimo to zaakceptowanie Halloween jako części jesiennego krajobrazu zajęło mi jeszcze kilka lat. Po przeprowadzce do UK i wejściu mojego syna w wiek przedszkolny przestało mnie nadzwyczajnie razić. Może dlatego, że tutaj Halloween jest na swoich śmieciach, w swoim naturalnym środowisku, oswojone jak zapach mokrych liści w powietrzu, wieczorna mgła i pomarańczowe światełka, które rozpraszają mrok w oknach lub na progach domów, kiedy jesienne powietrze dzwoni od śmiechu i pohukiwania przebierańców. Święto wywodzące się ze starożytnego celtyckiego festiwalu zbiorów, mimo prób zawłaszczenia przez Kościół katolicki, walczący z pogańskimi zabobonami przetrwało do naszych czasów. Wraz z przebieraniem się, objadaniem w gronie rodziny specjalnie przygotowanymi przysmakami i wycinaniem latarni z warzyw. Po zawleczeniu Haloween przez brytyjskich osadników do Ameryki tradycyjne latarnie z rzepy czy ziemniaka zostały zastąpione lokalnymi dyniami, które rzeźbi się łatwiej i dają więcej światła. W tej komercyjnej formie zatoczyło Halloween pełne koło wracając skąd przyszło, po drodze rozprzestrzeniając się do kilku innych krajów. Wielu starszych Szkotów wspomina jednak, że będąc dziećmi sami wycinali lampiony z rzepy właśnie i obchodzili z nimi okoliczne domy.

Rozumiem lęki i niechęć do „obcej” tradycji wpychającej się w granice tego, co znamy i lubimy (choć choinkę od Niemców przyjęliśmy bez większych ceregieli, puszczając dawno w niepamięć staropolskie świąteczne zwyczaje). A jednak… czy warto bać się Halloween? Wojować ze świecką tradycją wytaczając coraz to idiotyczniejsze argumenty, strachy na lachy i środki zaradcze w postaci „balów wszystkich świętych”, czyli przebierz się dziecino za biskupa zamiast za wampira (jakby to była duża różnica)? Ewolucja nie stoi w miejscu, nie dotyczy jedynie gatunków, ale całych ekosystemów, także tych stworzonych przez człowieka. Może lokalna kultura podlega również jej naturalnemu biegowi w dobie globalizacji? Może mieszanie się kultur i zwyczajów jest naturalna koleją rzeczy czy nam się to podoba czy nie?

Trzy dynie szczerzą się na mnie w odpowiedzi spod okna. Wracam zatem do książki, którą właśnie czytam: Fred Pearce „The new wild”. Nie o inwazji obcych świąt na rodzimą kulturę traktuje ona akurat, ale o inwazji obcych gatunków zwierząt i roślin na rodzime ekosystemy. Większość ekologów wciąż reaguje histerycznie na napływowe gatunki i zażarcie walczy z najeźdźcami, rozpaczliwie próbując zachować status quo, świat dokładnie taki, w jakim się urodziliśmy. Są jednak i tacy, którzy bazując na dostępnych badaniach naukowych zaczynają dostrzegać pozytywne strony niektórych „obcych” inwazji na środowisko lub też postrzegają je jako naturalną dynamikę przyrody. Czy Haloween jest takim inwazyjnym gatunkiem? Wrogim, bo wpycha się w nasz ekosystem? Czy może przyjaznym, bo odbiera Kościołowi pod koniec października choć na chwile rząd dusz niezmiernie przez to irytując biskupów, a nawet samego papieża?

Kostka