Biskup, rozum, prawda i powaga. Razem: oksymoron

Jak się rozum spotka z biskupem, to się spotykają dwa światy. I jest wojna światów. Oto objawił się biskup – oni wszyscy nic tylko się objawiają, nawiedzają oraz namaszczają – i dał głos. Arcybiskup Polak Wojciech. Prymas. Doktor nauk. Teologicznych. Mowa jego jest więc prawdziwa, głęboka i naukowa. „Mój Kościół nie miesza się do polityki” – podsumował na okładce „Tygodnik Powszechny”. I zaraz podniosła się wrzawa i ujadanie prawidłowych katolickich kundelków: jak to „mój”? Kościół jest wszystkich, a nie biskupa! W sprawie „niemieszania się” kundelki nie ujadają. Wiadomo: nie miesza się. Chociaż jest ciągle wstrząśnięty.

Z tym „wszystkich” to taki żart, z brodą, bo ma 1050 lat. Kościół kat w ogóle nie jest „wszystkich”, nigdy nie był i nie będzie. Papieże i biskupi orzekają, żądają, rozliczają i potępiają. To jest struktura i esencja katolicyzmu. Jakieś, mające cień uzasadnienia mniemanie, że Kościół kat jest „wszystkich” to mogą sobie mieć katolicy w Niemczech, Francji czy w Austrii, gdy, wściekli na wywyższanie się, wstecznictwo, defraudacje, łgarstwa i pedofilię kleru, oświadczają: „My jesteśmy Kościołem!”. Po czym, jak już im ta bezczelność przyjdzie do głowy, to się z Kościoła kat wypisują. Nie nad Wisłą. „Ja jestem Kościołem” – pomyślała szczęśliwa jak zajączek parafianka szorując na klęczkach posadzkę kościoła. „Ja też jestem Kościołem” – zaświergotała skowronkiem dziewczynka gwałcona przez proboszcza. „A ja to już w ogóle!” – zaróżowił się od tej pięknej myśli biskup kryjący pedofila. A to zaróżowienie może i od tego, że sam pedofil.

„My jesteśmy Kościołem” – pomyślał sobie pewnie ksiądz Wojciech Lemański i na stronie internetowej swojej parafii zamieścił pełną listę Rady Parafialnej. Że taka rada to ściema, bo rządzi proboszcz, wie każdy bez bielma na oku. U księdza Wojciecha może było inaczej. Jeśli było, to się zmyło. Jak go biskup, w dodatku arcy-Hoser Henryk, wywalił, zaraz lista nazwisk ze strony parafii znikła. Na stronach dowolnej parafii można znaleźć każdą błahostkę i poświęconą brednię, ale żeby była tam jakaś Rada Parafialna i kolegialnie rządziła budżetem, planem, składała publiczne sprawozdanie, z parafianami pozostawała w żywym dialogu i tak dalej – próżno szukać. Więcej: samo pomyślenie o tym, że tak powinno być to czysta bezczelność i kacerstwo.

Kościół to papież, biskupi i lud boży – jak uczy proboszcz dzieci komunijne. Ten „lud” to jest „suweren”. Służy on do tego, żeby nim szantażować państwo: Polacy to w 95 proc. katolicy! – upominają z miłością biskupi i dostają wszystko, czego zażądają. Nie zdążą nawet pomyśleć, cóż jeszcze mieliby zażądać, ich myśl wyprzedza bowiem państwo katolickie i usłużnie spełnia. Biskupi – nie „lud boży” – dawno już uwłaszczyli się na Polsce i poza używaniem „ludu” do szantażowania, nie jest on do niczego biskupom potrzebny. To się nazywa „niemieszaniem się do polityki”. Zaś najwyższym wyrazem niemieszania się jest umowa międzypaństwowa – konkordat, który składa się z długiej listy zobowiązań państwa polskiego wobec Kościoła kat, bez żadnej wzajemności. Hołd lenny, klękanie na oba kolana, a w istocie – leżenie krzyżem przed obcym państwem i jego miejscowymi funkcjonariuszami.

„Tygodnik Powszechny” – tak mówią – to jest środek „katolicyzmu otwartego”, oświeconego, ekumenicznego i tak dalej. Co się poznaje po tym, że jak słuszni katolicy zaczęli ujadać w sprawie „mojego Kościoła” na arcybiskupa, natychmiast zatrzęsły mu się ze strachu portki, ukląkł, głowę posypał popiołem i zaczął przepraszać biskupa w pierścień, że źle to wyraził, niepotrzebnie dał na okładce fotę biskupa z napisem „mój Kościół…”, przez co biskup bardzo cierpi: „Ubolewamy więc i przepraszamy Księdza Prymasa, że okładkowy tytuł naraził go na tak małoduszne ataki”.

Przejdźmy do tego, co ma jeszcze do powiedzenia arcybiskup (AWP). Dziennikarz – Błażej Strzelczyk (BS) – zadaje całkiem przytomne pytania. Dowiadujemy się fascynująco ciekawych rzeczy.

BS: Biskup Pieronek mówi, że żyjemy w dyktaturze.
AWP: Musiałby pan zapytać biskupa Pieronka, o co mu chodzi. Ja tak nie mówię.
BS: Dlaczego daliśmy się w nie wpisać [podziały między ludźmi]?
AWP: Tego nie wiem.
BS pyta: czy Kościół też jest odpowiedzialny za podziały?
AWP: W jakim sensie?

Dziennikarz przywołuje list do polskich biskupów napisany parę miesięcy temu przez o. Ludwika Wiśniewskiego, w którym Wiśniewski stwierdza m.in.: „W naszym państwowym życiu wystąpiły w ostatnich latach niepokojące zjawiska, które jednak nie doczekały się moralnej oceny Kościoła (…) nieposzanowanie Konstytucji, brak szacunku dla obywateli »gorszego sortu« [co jest określeniem niezgodnym z faktem i eufemistycznie wygładzonym: Duda i Kaczyński powiedzieli wyraźnie o obywatelach »najgorszego sortu« – przyp. Tanaka], a szczególnie problem tzw. »zbrodni smoleńskiej«, który najbardziej podzielił nasz naród. (…) wypowiadali się hierarchowie, wypowiedzi (…) niezrozumiałe, a nawet gorszące…”. Dalej Wiśniewski stwierdza, że jasne stanowisko episkopatu to „poważny obowiązek biskupów wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści”. Odkładanie tego obowiązku „byłoby poważnym grzechem zaniedbania” – pisał Wiśniewski.
Na co AWP odpowiada: No dobrze, tylko pozostaje otwarte pytanie, jakimi mamy robić to metodami.

Błażej Strzelczyk nawiązuje do listu Henryka Woźniakowskiego w piśmie europejskich episkopatów, który był „chłodną oceną sytuacji” już na początki rządów PiS, na co polski episkopat zareagował natychmiast. Pyta więc arcybiskupa i prymasa: czemu zareagował?
AWP: Trudno powiedzieć.
BS: Czy Kościół dał się wykorzystać PiS-owi?
AWP: W jakim sensie?
BS: Nie ma ksiądz prymas poczucia klęski?
AWP: Osobiście? Z jakich powodów?

Arcybiskup wyjaśnia chętnie i obficie: nie wiem, nie orientuję się, nie rozumiem, o co w ogóle chodzi, to nie ja, to nie moja sprawa itd., itp. Wszystko w tonie: co złego to nie ja, co złego to nie Kościół kat. Kościół za nic nie odpowiada. Za nic – jeśli źle się dzieje. Znika, nie ma go nad Wisłą. Jak się coś dobrego zdarzy, nagle wyskakuje diabłem z pudełka i głośno krzyczy: to ja, to ja, moja zasługa; płaćcie!

Ponad 60 proc. Polaków – samych katolików – nie chce przyjąć żadnych uchodźców, co idzie w parze z państwem: władza prawidłowych katolików orzekła, że roznoszą pasożyty, choroby i trotyl. Ci sami Polacy wierzą w Jezusa, który sam był uchodźcą – jak się każdy biskup chwali i na Sądzie Ostatecznym oddzieli złych od dobrych wedle przestrzegania zasady: byłem głodny, a daliście mi jeść, byłem przybyszem a przyjęliście mnie, byłem chory, a odwiedziliście mnie. Katolika to nie rusza, bo co by miało ruszać, skoro i biskupa nie rusza? Arcybiskup oświadcza, że „o tym trzeba po prostu rozmawiać, trzeba przypominać, trzeba się modlić”. Modlą się, rozmawiają i przypominają. Nieustająco, bez chwili przerwy. Tylko nad Wisłą już od 1050 lat. Ze skutkiem jak widać.

Oto kształt Kościoła katolickiego w Polsce: forma bez treści, wewnętrzna pustka i nicość. Nihilizm – jak o innych z uwielbieniem mówią biskupi. Sprzeciwienie się Jezusowi, o ile w ogóle wiadomo, o co mu chodziło. Biskupi to wiedzą najlepiej i niezawodnie. O co chodziło Jezusowi poznaje się więc po biskupie.

W międzyczasie arcybiskup wyznaje publiczności światowej, że w Polsce czuje się dobrze. „Dobrze się czuję niezależnie od tego, kto jest u władzy”. W to nawet ateista uwierzy: każda władza w Polsce tak robi, żeby się Kościół kat czuł w niej wygodnie, a teraz – luksusowo.

Człowiek rozumny musi doznać zachwytu połączonego z bezbrzeżnym zdumieniem, niczym pierwsi anatomowie odkrywający zawartość człowieka: taki kształcony, a taki pusty w środku, taki uświęcony, a tak pełen hipokryzji, taki naukowy, a tak bezrozumny. Tak skupiony na człowieku, a tak nic o nim niewiedzący. Taki wymowny, a tak sobie przeciwny. Jak oni – ci biskupi – to robią?

Jak? Dlaczego? Zbadajmy z profesorem: „Od dziesięciu lat współpracuję z profesorem, a jednak ciągle mnie zaskakuje”. „Przyczyny zła należy szukać u źródeł, inna metoda to absurd!” „Walczak pod postacią Asa i odwrotnie – wspaniałe! wielkie! zachwycające!” – zawołał profesor Milczarek w „Hydrozagadce”, na widok Asa. To samo musi być z biskupem.

Wreszcie arcybiskup demonstruje, że jest naukowcem. Dziennikarz podchwytliwie pyta: A niedawny zamach terrorystyczny w Barcelonie był karą za rozwiązłość? Arcybiskup-racjonalista odpowiada: Niedorzeczne. Tego typu myśleniu można przeciwstawić bardzo prostą rzeczywistość, mianowicie zapytać, czy uderzenie pioruna w katedrę gnieźnieńską było karą za rozwiązłość w katedrze (co z fascynacją dla racjonalności arcybiskupa podchwycili różni przykościelni publicyści). Odrzucam takie interpretacje.

Wyjaśnijmy więc, co jest dorzeczne: w Domu Bożym – w tej albo w jakiejś innej katedrze, w tym i w tamtym kościele, kaplicy, klasztorze, na ołtarzu, pod ołtarzem, w konfesjonale oraz w każdym innym świętym miejscu tłumnie liczni księża gwałcili, gwałcą i będą gwałcić dzieci. Zwane Dziećmi Bożymi. Drobnostek gdy proboszcz robi dziecko poczęte parafiance lub uprawia sodomię z wikarym, nie warto już liczyć. To groszaki. Dwutysiącletni standard dorzeczności straszenia widomą karą bożą: piorunem, pożarem, powodzią, trzęsieniem Ziemi, zaćmieniem, kalectwem, chorobą – na czym Kościół kat zbił wielki kapitał – to też już prawie drobiażdżek. Wszechmogący, czasem, musi zareagować i piorunem strzelić albo nastoletnich pielgrzymów w autokarze w przepaść strącić. A błogosławiony w niedorzeczności arcybiskup sam siebie też musi precz odrzucić. Taki los: pójść na księdza.

Tanaka