List ateisty do ateistów

Moje kochane dzieci,
był taki czas na świecie,
że wcale nie było choinek,
ani jednej, i dzięcioł wyrywał sobie piórka
z rozpaczy, i płakała wiewiórka,
co ma ogonek jak dymiący kominek.

Ciężkie to były czasy niepospolicie,
bo cóż to, proszę was, za życie
na święta bez choinki, czyste kpinki.
Więc kiedy nadchodziły święta,
dzieci w domu, a w lesie hałasowały zwierzęta:
– My chcemy, żeby natychmiast były choinki!

Tym wierszem mistrza Konstantego Ildefonsa rozpoczynam moją tyradę przeciwko anachronicznemu tratowaniu (traktowaniu) historii. No bo rzeczywiście; gdyby Kościuszko miał pod Maciejowicami karabin maszynowy (wystarczyłby jeden), to dałby Ruskim popalić i nigdy nie doszłoby do rozbiorów.

Ale do rzeczy. Cofnijmy się do wczesnego średniowiecza, a i później nie było lepiej. Był lud niebywale eksploatowany, grabiony, gwałcony przez bandytów, którzy z tego właśnie względu, to znaczy z powodu tych mordów, gwałtów, wyciągali wnioski, że są lepszym, szlachetniejszym rodzajem człowieka. Nadawali sobie różne ubogacające tytuły: rycerzy, baronów, hrabiów, książąt, królów.

Zwróćcie uwagę, że tak jak Kościuszko nie miał karabinu maszynowego, tak w tamtych czasach nie było niezależnych sądów, żadnego trybunału konstytucyjnego, jednym słowem, jeszcze nie urodził się Monteskiusz i nikt nie miał pojęcia o demokracji i jej trzech filarach. Ale w pewnych miejscach w tym świecie, gdzie między bandytą a uciemiężonym niewolnikiem nie było miejsca dla wolnego nie-bandyty, pojawiły się takie jakby enklawki, pęcherzyki, wysepki, zatoczki, gdzie mógł się ukryć przed bandytami i jednocześnie umknąć zezwierzęceniu zniewolonego, ciemnego ludu. Były to klasztory. Tam się kryli owi żądni jakiejś wiedzy, pragnący jej okruchów, spijający mądrość Arystotelesa, w dziełach przekazanych im przez Arabów. I nie ma co się śmiać z ich ignorancji, z tego, że większość swojej wiedzy o świecie czerpali z Biblii. No bo skąd mieli czerpać, skoro nie mieli alternatywy? Pogrobowcem owych poszukiwaczy prawdy był ksiądz Chmielowski, którego z taką czułością pokazała w „Księgach Jakubowych” Olga Tokarczuk.

Ale powoli z tego klasztornego grona zaczęła się wyłaniać krytyczna myśl. To tam powstało współautorskie dzieło zakonników sowizdrzałów „Le Roman de Renard”, wyśmiewające dogmaty religii chrześcijańskiej. Później dołączy do nich szyderczy Rabelais, Swift, a nawet wychowankowie jezuitów, tacy jak Wolter czy Joyce. No i autor „Monachomachii” biskup warmiński Ignacy Krasicki. Oni, jak i ateusz Anatol France, są uczniami tych braciszków prześmiewców.

I tu widzę wielką zasługę Kościoła katolickiego, który, z pewnością przez niedopatrzenie, nie mniej jednak dopuścił do powstawania klasztorów, miejsca, gdzie rodziła się zaraza sceptycyzmu. To on wyhodował na własnej piersi żmije. Potem tę żmiję tłukł niemiłosiernie, na wszystkie sposoby, paląc Husa, Giordana Bruno, zakazując, zabraniając, tworząc inkwizycje. Ale raz wypuszczonego diabełka nie dało się zamknąć z powrotem do pudełka.

A Wy, ateiści, chcecie tak od razu mieć choinki! Tak się nie da. Przeczytajcie do końca wiersz „Kto wymyślił choinki” mistrza Konstantego, a wtedy zobaczycie, jak to się robi.

Lewy

PS
Może odbiegnę od tematu, ale zauważyłem, że pewien Gnom, podobnie jak ci średniowieczni bandyci, też nie słyszał o Monteskiuszu. Ciekawe, ciekawe! Podobno to doktor prawa?