Niedomknięty program

Zacznijmy od pralki automatycznej. Otóż ma ona program. Ten program jest skromny, ale jakże skuteczny. Wypierze w różnych temperaturach, kolorowe osobno, inaczej dobierze się do białej pościeli, inaczej do dżinsów. Ale poza ten ograniczony algorytm taka pralka nie wykroczy.

W najstarszej części naszego mózgu, czyli w pniu mózgowym też działają takie domknięte programy, odpowiedzialne za funkcje wegetatywne; za temperaturę ciała, oddychanie, poziom cukru we krwi itp. Ale w wyniku ewolucyjnego procesu powstały kolejne warstwy mózgu: międzymózgowie (diecenphalon) i kora mózgowa (neocortex). Powstały w tych urządzeniach tak skomplikowane programy, że w końcu nie dały się domknąć. Nie są one tak szczelnie dopasowane do jakiejś określonej funkcji, jak w przypadku pralki. Wszystkie bardziej proste żywe istoty też przypominają w działaniu pralkę. Są świetnie dopasowane do środowiska: ryba do wody, tygrys do dżungli, biały miś do arktycznych lodów i wyjęcie ich z naturalnego kontekstu wykaże ich względne niedopasowanie.

Ta niedomkniętość, czyli szczelina w programie pozwala człowiekowi na penetrowanie nieznanych obszarów, niedostępnych tym dopasowanym misiom czy tygrysom, postawić stopę na Księżycu, marzyć o „podboju” Kosmosu, dzięki niej rozwinął naukę, filozofię, sztukę. To przez tę szczelinę wytrysnęły te dziedziny.

Ale małe ale… Z tej szczeliny wychynęło również niepokojące , metafizyczne pytanie o sens, cel życia. Pralka takich egzystencjalnych pytań sobie nie zadaje. Pełzający wąż nie zastanawia się nad sensem pełzania, a kura nie ma wątpliwości co do sensu gdakania. A człowiek ma!

Wątpi w sens własnego istnienia i tego, co robi, i w ogóle jakiegokolwiek istnienia. Aby temu jakoś zaradzić wymyśla sobie jakieś uzasadnienia; a to stoickie, a to znów hedonistycznie epikurejskie. Wpada w emocjonalne skrajności; raz szczęśliwy, kiedy indziej nieszczęśliwy, smutny, znudzony, albo przeciwnie – zachwycony, radosny. Ta emocjonalna niestabilność sprawia, że szuka dróg do szczęścia, sensu na skróty za pomocą alkoholu, narkotyków i religii. Przy pomocy tych środków zatyka ową nieznośną metafizyczną szczelinę w programie. Pijany czy poddany narkotykom człowiek nie odczuwa owego pęknięcia. Jest mu dobrze tak jak wygrzewającemu się na słońcu kotu. (Sądzę, że koty są szczęśliwe).

Wreszcie takim środkiem na szczęśliwość jest sprzedawana przez komiwojażera religii tabletka, na której zarabia on więcej i skutecznej niż najsprawniejszy dealer kokainy czy heroiny. To placebo – bo jego skuteczność chemiczna jest zerowa – działa na zasadzie autosugestii, sprzedaje się w odpowiednim opakowaniu, dodając muzykę organową, kadzidła, złociste stroje, specjalne czapki komiwojażerów. Podobnie jak narkotyki religia ogłupia, ale wprowadza w błogostan. Konsumpcja eucharystycznego ciasteczka ma słaby efekt kokainy, ale ma. No i w przeciwieństwie do twardych narkotyków nie wyniszcza zdrowia konsumenta. Integruje, tworzy wspólnotę, która ową samosugestię dodatkowo wzmacnia.

Mark Twain stwierdził dosadnie: religia powstała wtedy, kiedy pierwszy oszust spotkał pierwszego głupca. Tyle że ten głupiec ma dziurawy program, z którym nie daje sobie rady.

Ale o religii to osobny temat. I o ateistach, którzy bez tych tabletek jakoś sobie z tą dziurą dają radę. Jakże odeszliśmy od skromnej, sympatycznej, bezkonfliktowej i pożytecznej pralki automatycznej.

Lewy