Za wolność tylko swoją?

Oczywiście, że poszłam na Czarny Protest, który miał odbyć się o godzinie 12.00 w określonym punkcie w mieście. Pracę przestawiłam sobie na popołudnie, męża poprosiłam, by umówił się ze swoimi klientami tak, by nie blokować mi samochodu. Przyjechałam na miejsce, wysiadłam, a tam nie ma żywej duszy. „Hm – pomyślałam – może to nie tu, nie znam dobrze miasta, może wszystko odbywa się gdzie indziej. Niemożliwe, żeby nikt nie przyszedł z organizatorkami włącznie”.

Zadzwoniłam do znajomej, która też miała przyjść, a ona powiedziała, że owszem, trafiłam dobrze, tylko nie o tej porze. Protest ma odbyć się o 17.00, a nie o 12.00.

– Jak to możliwe? – zapytałam. – Przecież w wydarzeniu na Facebooku było napisane, że o 12.00?
– Nie wiem – odparła znajoma – ja teraz sprawdzałam i jest o 17.00.

No to koniec. Tyle z tego mojego protestowania, bo o 17.00 zwyczajnie nie będę miała czym przyjechać. Ale zaraz. Przypomniałam sobie, że dwie z moich koleżanek, które mieszkają w tej samej miejscowości, zadeklarowały kiedyś chęć udziału w protestach, o ile nie będą miały nic pilnego do zrobienia. Wydawało mi się, że problem rozwiązany. Żadna nie ma małych dzieci, dawno są po pracy, jedziemy. Zadzwoniłam do pierwszej z nich:
– Nie, nie, nie mogę. Umówiłam się z Piotrkiem*, że pojedziemy oglądać meble.
– Oglądać meble?
– No tak. A poza tym, wiesz, dziecko mi pokasłuje, chyba coś go bierze i pewnie będę szła z nim do lekarza.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Pożegnałam się, postałam chwilę z telefonem w ręku i skontaktowałam się z drugą koleżanką. Druga też nie mogła, bo właśnie skądś wróciła i miała mnóstwo pracy, więc na pewno nie tym razem.

Nie pojechałam na Czarny Protest, ale to nie ten fakt najbardziej mi doskwiera. Jestem zła, a właściwie bardzo zła na swoje znajome, choć z drugiej strony tłumaczę sobie, że nie wolno mi się wściekać, bo przecież jeśli ktoś ma do wyboru walczyć o swoje prawa lub oglądać meble i wybiera oglądanie mebli, to ma do tego prawo. Przecież o to właśnie chodzi. O prawo wyboru.

Tylko że rozum mówi, co mówi, a uczucia trzymają za gardło. Jestem zła i zawiedziona nie tylko tym, że moje koleżanki uznały protest za mało ważny, ale też faktem, że 43 proc. rodaków popiera tę śmiertelnie niebezpieczną partię. Słyszałam opinie, że to wina fatalnej opozycji, ale przecież w sondażu można powiedzieć, że nie popiera się nikogo. Wyborcy PiS robią to świadomie i nie przeszkadza im, że ich ukochana partia chce z nas wszystkich zrobić pokorną zwierzynę hodowlaną. Co prawda, część z nich na wybory nie pójdzie, w końcu 50 porc. społeczeństwa nie obchodzi, kto sprawuje władzę, ale to akurat nie jest powód do radości. Krótko mówiąc, obraziłam się na ten swój naród na śmierć i wcale nie chce mi przejść, a osoby, które naprawdę lubię, dolały wczoraj oliwy do ognia.

A dziś rano pomyślałam, że może to mój błąd. Może nie powinnam protestować dla kraju, który mógłby być krajem wolnym od widzimisię jednego człowieka, ani dla tych wszystkich dziewczyn, które uważają, że stosunek przerywany to świetny środek antykoncepcyjny. Może nie powinnam w ogóle o nich myśleć, tylko wyjść i protestować jedynie dla siebie i swojej rodziny. Jeśli zawężę pole, którego bronię, do minimum, to czy nie zmniejszy się też pole rażenia? Tak mam czuć i myśleć? Bardzo to kuszące.

Jiba

PS
Wyjaśniło się, skąd wzięłam tę godzinę 12.00. Na początku organizatorki utworzyły wydarzenie na Facebooku dla sondażu. Chciały sprawdzić, jaki będzie odzew, i faktycznie podały tam pierwszą z brzegu godzinę, czyli 12.00. Gdy okazało się, że odzew jest i będą organizować protest, zmieniły dane, a ja zapłaciłam gapowe. Nie sprawdziłam aktualności.

* Imię zmienione.