Dawać forsę!

Tekst ten jest obszerniejszą odpowiedzią na materiał napisany, po sąsiedzku, przez profesora Jana Hartmana, na jego blogu. [Patrz: http://hartman.blog.polityka.pl/2017/09/08/brawo-biskupi/] Uznałem, że odpowiedź powinna być obszerna, pod tekstem będzie jednym z wielu głosów, może zniknąć w powodzi wrzasków trolli licznie nawiedzających blog jego szanownego i świetnego autora, stąd też piszę ten tekst w formie wstępniaka na, ewidentnie odpowiednim, blogu ateistów.

Profesor zdecydowanie chwali list napisany przez pięciu biskupów w sprawie relacji polsko-niemieckich, w związku ze świeżo wyrażonymi i powtarzanymi na okrągło w ostatnich tygodniach żądaniami, by Niemcy zapłaciły reparacje za drugą wojnę światową. Panie profesorze: ma Pan rację i równocześnie głęboko się myli.

Racja jest w tym, że w tym wystąpieniu kilku biskupów brzmią potrzebne słowa, oraz w tym, że ma to – jakieś, może bardziej mniemane niż faktyczne, znaczenie. List ten – tak się złożyło, niespecjalnie to wynika, albo wcale, z woli jego autorów – zgadza się z polską racją stanu, z którą nie zgadza się ogół biskupów zawzięcie popierających PiS albo zawzięcie milczących wobec zła, jakie w Polsce jest już zasadą państwa i codziennego doświadczenia. Ta racja stanu, wyrażona mimowolnie, jest niepodzielana przecież przez pisoidów, choć to oni są formalnymi reprezentantami państwa, więc powinni się znać na „racji stanu”.

I tu, zdaje się, koniec pozytywnych stron tego listu paru biskupów. Reszta słabo wygląda. Dawny (i pierwowzór obecnego) list biskupów z 1966 roku był przedwczesny i nie na miejscu. Słowa o wybaczeniu i prośba o wybaczenie nijak się miały do przeżyć ludzi z czasów wojny, do traum, do sytuacji psychicznej, do braku rozliczenia, którym jest – to fundament, na gruncie katolickim – sakrament pokuty. W sprawach poważnych, zasadniczych – tu mowa o życiu i śmierci, o ludobójstwie i zbrodni wojny o koszmarze bez granic – sakrament pokuty jest narzędziem niewątpliwie pod względem moralnym, a przede wszystkim psychologicznym (w ramach wyznawanej religii), najwłaściwszym. Niezastępowalnym, choć niekoniecznie wystarczającym. Ludzka psyche daleko bowiem wykracza poza sferę religii.

Deklaracja: „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”, z której list biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku stał się tak znany – na pozór brzmi nieźle, może nawet bardzo dobrze. Cóż bardziej „Jezusowego” niż wybaczyć i o wybaczenie prosić. To jednak tylko warstwa powierzchniowa, ów pozór rozstrzygnięcia sprawy. Same słowa, nawet zgrabne, nie mają mocy sprawczej i transformacyjnej, jeśli nie trafią do osobowej głębi ludzi, których dotyczą, nie zostaną w głębi psyche rozpoznane jako te, które faktycznie wchodzą w interakcję z najgłębiej umieszczonymi przeżyciami, treściami schowanym ukrytymi i bardzo bolesnymi. A uczucia te i stany były skutkiem wojny.

Słowa, by miały wartość, muszą mieć w sobie trafność, szczerość i muszą odpowiadać głębi położenia traum i być uczciwą, sprawiedliwą odpowiedzią albo wrażliwą wypowiedzią rodzącą nadzieję na dialog i wejście na ścieżkę wyzwolenia się z bólów, z traum wojny. Inaczej okażą się puste, dekoracyjne i zwodnicze: będą tacy, co okażą zadowolenie z takich słów, ale nie będą to ich adresaci, ale kupcy polityczni, dziennikarze, politolodzy, część opinii publicznej i inni interesariusze. Słowa te zaś okażą swoją wartość merkantylną i służącą samozadowoleniu. Biskupi będą mieć satysfakcję: postąpiliśmy wybitnie moralnie, wybitnie po „Jezusowemu” oraz wybitnie godnie i słusznie. Najmniej się okażą wrażliwe i właściwe wobec ofiar wojny, do których, a właściwie ponad głowami których i bez ich głębokiej zgody, zostały wypowiedziane. Będą parawanem, zasłoną, wymówką, w sumie – falsyfikatem. I tak też – jak się zdaje – właśnie było z owym wystąpieniem polskich biskupów.

Dalszy rozwój wypadków, aż po dzień dzisiejszy, wydaje się bardzo wyraźnie potwierdzać taki stan rzeczy. Proszenie Niemców przez Polaków o wybaczenie i deklarowanie wybaczenia Niemcom nijak się miały do sytuacji psychicznej indywidualnej i zbiorowej. Spójrzmy na elementy składowe całej sprawy.

1. Kościół katolicki, od zarania swojego istnienia, jest instytucją opresji. Natychmiast po uzyskaniu formalnej pozycji i władzy w starożytnym Rzymie, rozpoczyna prześladowania Żydów. Rok po dojściu do władzy porzuca swoją rzekomo pokojową naturę, wizerunek owych Chrystusowych wyznawców pokoju gotowych raczej dać się zabić czy pożreć lwom, niż komukolwiek zrobić krzywdę – i od tej pory to chrześcijanie biorą do ręki miecz, stają się żołnierzami i wojownikami, gotowymi do zaprowadzania porządku i pokoju za pomocą miecza. I to robią.

Nie będę tu przedstawiał całej – mrocznej, krwawej, zbrodniczej i nieustannie będącej odwrotnością rzekomych czy też nierzekomych nauk Jezusa – historii chrześcijaństwa, nie w tym tu rzecz. Przypominam początek, ponieważ jest ważny, konstytutywny i bardzo symptomatyczny. Historia trwa, jak się zaczęła, przejdę więc do wieku XX, bo w nim rozgrywają się obie wojny światowe, a zwłaszcza druga wojna, będąca powodem napisania listu przez polskich biskupów do biskupów niemieckich.

2. W XX w. Kościół katolicki okazuje się wielkim zwolennikiem i sojusznikiem najmroczniejszych i najkrwawszych rządów w Europie: najpierw faszystów i Mussoliniego oraz jego ludobójczej napaści na Etiopię, do czego biskupi i namawiają i wzywają, a następnie Hitlera i III Rzeszy oraz zbrojnej napaści na demokratyczne republikańskie państwo Hiszpanii, dokonane przez krwawego faszystę Franco, przy poparciu Kościoła katolickiego i Hitlera. Są jeszcze kolejne, zbrodnicze rządy w Europie, również popierane przez Kościół katolicki, w tym faszystowskie rządy w Chorwacji czy na Słowacji. Tam, gdzie faszyzm i nazizm, tam się niezawodnie znajdzie i Kościół katolicki.

3. Papież Pius XII jest wielkim sojusznikiem i admiratorem Hitlera. Wychwala go nieustająco, gdy był nuncjuszem w Niemczech w latach 1920–30 i gdy został papieżem. Umożliwił, własną autoryzacją, wyjście III Rzeszy z początkowej izolacji i wejście do świata dyplomacji. Chwalił jego zbożne dzieło wojenne, stawiał za wzór, wyrażał zachwyt i błogosławił wodza oraz państwo, gdy Hitler napadł na Związek Radziecki. Jego biskupi wzywali katolików do nieszczędzenia sił w wojnie i uzyskiwania wszelkich zdobyczy należnych Niemcom, do bezwzględnego posłuszeństwa dla Hitlera i rządu III Rzeszy, lojalnego, bez wahania, wypełniania wszelkich rozkazów. I oddania życia za führera i naród. Kazaniom, przemówieniom, wezwaniom do poświęcenia, publicznym modłom za pomyślność Hitlera i jego armii, za pomyślność funkcjonariuszy państwa, wzywaniu Maryi (tej samej, co fruwała nad polem bitwy polsko-bolszewickiej w 1920 r. i przerażała bolszewików), by otoczyła swoja miłością i błogosławieństwem wojennym dywizje i oddziały strzelające, palące, zabijające i mordujące na sposób standardowy i ludobójczy, biciu w triumfalne dzwony, codziennej, skrupulatnej współpracy Kościół – III Rzesza – nie było końca.

Dopiero, gdy Hitler zaczął nieodwołanie przegrywać wojnę na froncie wschodnim, papież Pius XII zaczął, bardzo niechętnie i ostrożnie, zmniejszać poziom zachwytu nad Hitlerem i III Rzeszą. To wsparcie trwało do samego końca wojny. I po niej. Jak wiadomo, tysiące zbrodniarzy wojennych uciekło przed sądami, z pomocą kleru i za wiedzą Watykanu. I w samych Niemczech nie było nastroju do rozliczeń, w czym wybitnie pomógł Kościół katolicki. Sam bowiem musiałby się wystawić na osądzenie.

4. Kościół katolicki nigdy nie rozliczył się z poparcia dla reżimów, dla faszystów, dla nazizmu, III Rzeszy i Hitlera. Nie przeprowadził procesu pokutnego: nie zrobił głębokiego rachunku sumienia, nie wyraził szczerego żalu za grzechy, nie wyznał swoich win głośno, publicznie, tak jak publicznie popełniał nieprawości i zbrodnie; nie dokonał zadośćuczynienia bliźniemu. Ani swojemu Bogu. Boga można sobie darować, ta żałosna śmieszność zadowalania Nieistniejącego (a tym gorzej byłoby, gdyby ten Nieistniejący istniał) nie ma dla ludzi znaczenia. Natomiast znaczenie fundamentalne ma zadośćuczynienie człowiekowi. To kwestia Prawdy – tego ulubionego i przewielbionego słówka biskupów, które powtarzają „rano, wieczór, we dnie, w nocy”. To – bardziej jeszcze – kwestia autentyczności wobec osobowej głębi doznań i przeżyć człowieka, ofiary wojny.

5. Ani list biskupów z 1965 r., ani obecny, będący bladym cieniem tamtego, nie odnoszą się do głębi. List pierwotny musiałby przecież być połączony w jedno z wielką, społeczną pokutą: badaniem własnego sumienia, wyciąganiem z niego grzechów, publicznym wyznaniem, przepraszaniem „narodowym” Niemców za polskie wobec nich winy oraz naprawianie im szkód, które Polacy Niemcom wyrządzili. To samo powinno było nastąpić w wykonaniu Niemców. Przeczuwamy, że należna skala przeproszeń oraz idących w ślad za nimi zadośćuczynień, po stronie niemieckiej byłaby daleko większa niż po stronie polskiej.

6. Niezrealizowany proces wydobycia się z winy i grzechu – w rozumieniu religijnym, ale też sięgającym do psychologii; nieprzeprowadzony proces sięgnięcia do głębi traum psyche u ofiar, ich przepracowania, dokonania transformacji i wyjścia z nich (na ile to możliwe), skutkuje trwającymi do tej pory fałszami, kłamstwami, wyparciami i mściwymi odruchami. Teraz, 72 lata od końca wojny. Żerują na tym politycy. Ci Prawdziwi Polacy i wzorowi katolicy – jak się sami zwą, co w żadnej mierze nie jest przypadkowe – podle, obrzydliwie, przeciwludzko eksploatują niewyleczone rany, dziedziczone lęki. Jak powiedział Marek Borowski: wywołują stare demony. Sondy uliczne, jakkolwiek nie w pełni reprezentatywne, to potwierdzają. I starzy, i młodzi na pytanie o reparacje wojenne ze strony Niemiec, szybko reagują: zniszczyli, zabili – niech płacą! Dawać forsę! Dawajcie ten tysiąc miliardów dolarów! Suweren, ten wyborca PiS-u, także to potwierdza własną postawą. Może każdy niemal będzie zadowolony: już prawie czuje, co z taką forsą by zrobił. Mniejszość reaguje tego rodzaju stwierdzeniem: to już historia, nie ma do tego co wracać, jesteśmy razem w Unii, teraz co innego jest ważne, trzeba współpracować.

7. Rząd Niemiec oświadcza, że sprawa reparacji jest od dawna zamknięta prawnie i nie ma do tego powrotu. Polski rząd – odwrotnie: niech płacą, pomimo że wielu doświadczonych prawników mówi, że nie ma żadnej podstawy do roszczenia reparacji, a państwo, które miałoby je płacić, musiałoby najpierw wyrazić wolę, by na nim reparacji dochodzić. Ten bilion (tysiąc miliardów, nie mylić z „billion”, który dla Amerykanina jest miliardem) dolarów, który został podobno wyliczony, to brednia. Nie dlatego, że III Rzesza wyrządziła Polsce mniejsze straty, ale dlatego, że jest to niepoliczalne. Państwa zwycięskie, które pobierają od państw pokonanych reparacje za napaść, nie dlatego pobierają określone sumy, że je dokładnie i rzetelnie wyliczyli, ale dlatego, że mają siłę reparacje wymusić.

8. Wraz z wywołaniem demonów antyniemieckich przez PiS, usiłuje się rozdymać kolejne demony, już ziejące – antyrosyjskości: niech Rosja też zapłaci! Jak się już chce wyrównywać rachunki z przeszłości, należy uregulować – sprawiedliwie oraz słusznie i zbawiennie – wszystkie: Polska ma żądania wobec Niemiec i Rosji, a Niemcy i Rosja mają żądania wobec Polski: Polska oddaje Niemcom Ziemie Odzyskane – jak je po wojnie nazywano, z Gdańskiem, Wrocławiem, Jelenią Górą, połową Śląska, Mazurami, Warmią, całym Pomorzem i Szczecinem (niejaki Cejrowski – też wzorowy katolik i też nieprzypadkowo oświadczył, że Szczecin jest niemiecki, więc go oddajmy, niech tylko Niemcy płacą reparacje), Świnoujściem i jego „Narodowym Portem Gazowym, gwarantującym Polsce niepodległość energetyczną” (imienia „Prezydenta Tysiąclecia, profesora Lecha Kaczyńskiego”) – a Niemcy niech płacą reparacje. Rosja oddaje Kresy – a my sobie je zabieramy Ukrainie, Białorusi, Litwie i może też Łotwie oraz Estonii – aż tam sięgały przecież „polskie Inflanty”. W zamian Rosja wystawia Polsce rachunek za wyzwolenie i uratowanie 100 proc. Polaków znad Wisły od wyrżnięcia przez Hitlera (na tyle opiewał hitlerowski Generalplan Ost: wybić 85 proc. Polaków w ciągu 8 lat, resztę później; który zostałby metodycznie wykonany – wiadomo – niemiecka skrupulatność, gdyby nie ta wredna Armia Czerwona, która w tym stanowczo przeszkodziła i dlatego kompulsywnie burzymy wszystkie pomniki wdzięczności i pamięci). Innym, sąsiednim państwom też się może przypomnieć, że mają z Polską jakieś rachunki do wyrównania. Nastąpi wzajemne rozliczenie i wreszcie nastanie sprawiedliwość powszechna. Do czasu następnych niesprawiedliwości.

9. Wojny, zwłaszcza tak wielkie i pustoszące jak obie wojny światowe, a druga wojna jeszcze szczególniej – nigdy nie kończą się sprawiedliwymi i satysfakcjonującymi rozliczeniami. Ambasador Niemiec w Polsce przyznał, że pod względem formalnoprawnym, sprawa reparacji jest zamknięta, natomiast nie jest zamknięta pod względem moralnym. Niemcy o tym wiedzą, o tym pamiętają, dlatego też czynią bardzo wiele działań na rzecz Polski. Oprócz szczodrego finansowania przez największego płatnika netto w UE projektów unijnych w Polsce, które odmieniają na lepsze niemal wszystkie kąty, do których sięgną, jednym z najważniejszych jest uznanie dla roli Polski jako jednego z kilku głównych filarów Unii Europejskiej, bez mała jej centrum, w postaci trójkąta Paryż – Berlin – Warszawa. Rząd Angeli Merkel wprost zajmował takie stanowisko, a stosunki wzajemne, jak bodaj nigdy w historii, były bliskie, bez mała serdeczne. To jest największa wartość jaką można w realnych warunkach otrzymać. Ponieważ niweluje progi nieporozumień, zadrażnień, napięć, z perspektywą wojny w tle, a buduje mosty, porozumienie, poczucie bliskiej jedności i wspólnoty w Europie, dotąd, przez wieki, dzielonej konfliktami. Taka Pozycja daje Polsce przeogromne możliwości wpływania na Unię, na jej wewnętrzne stosunki, na pozycję w świecie. Daje też wielkie pole dla uznania, przez inne kraje, znaczenia Polski oraz szacunku dla niej. Czyli – oczywiście – daje Polsce korzyści wewnętrzne. To się dzieje pierwszy raz w historii, gdy od czasów późnego średniowiecza Polska wybierała pozycję peryferiów cywilizacji europejskiej, pariasa wobec jej centrum; kraju, który oderwał się od rzeczywistości, by zanurzyć się w fantazmatach, bycie urojonym, co skutkowało słabnięciem, nieustannymi klęskami i wreszcie zniknięciem państwa i z map i z rzeczywistości Europy.

To właśnie jest wielką korzyścią dla Polski, większą niż zarobienie biliona i zdewastowanie zarazem polskiego dorobku w Europie i jego dobrej perspektywy. Fałszywe jest złudzenie, że można bezkarnie obudzić demony, wydusić z Niemiec bilion i dalej cieszyć się zaufaniem oraz lojalnością i Niemiec i Europy.

10. To, co udało się Polsce osiągnąć dotąd i co było dobrą ścieżką prowadzącą ku wzmacnianiu naszej pozycji i pomyślności na gruncie Unii, już jest dewastowane i już są tego skutki, nie do odrobienia w krótszej perspektywie, a i dłuższa także jest niepewna, ponieważ kluczem jest tu lojalność i zaufanie, co najtrudniej odbudować. Tym bardziej że to zaledwie początki destrukcji i odwracania się od Europy. Słowa Kaczyńskiego, że możemy być w Europie wyspą „wolności i tolerancji”, gdy wokół zniewolenie, nędza, terroryści i poprawność polityczna – to skrajna antypolskość, skrajny zamiar powrotu do stanu średniowiecznego popadania przez Polskę w peryferyjność i nierzeczywistość istnienia. To zaprzeczenie wszelkich późniejszych wysiłków Polaków, tak często boleśnie nieudanych, ale na koniec – w części – pomyślnych, by się z zaścianka, z peryferiów, nieistnienia, wydobyć. Kaczyński, i jego pisoidy, mają jednak psychiatryczną czelność gadać, że robią to jako wybitne dobro dla Polski. Zło czynią, a gadanie o reparacjach od Niemiec, a może też i od Rosji, to nic innego jak poruszanie lawiny następnych klęsk. Wśród których znowu będą rzucane kamienie na szaniec, znowu będzie krew i trupy, znowu modły, Maryje fruwające i nieustająca, polska psychiatryczność. I dalej trwające qui pro quo: że Polak to normalny człowiek, jak wszyscy inni.

Tanaka