Polska kolarska. Kochajmy pedały!

Polska rośnie w siłę – tak oznajmia państwo broszek, a kolarze żyją dostatniej. Kto mówi, że kolarze żyją dostatniej nie wiadomo, chociaż wiadomo, że samorządy budują ścieżki rowerowe, a kolarze się mnożą, w przeciwieństwie i na złość Polakom. Prawdziwym Polakom. Oraz biskupom, którzy już nie raz oświadczyli, że jogging i inne podobne zajęcia to działanie Antychrysta. Znaczy – kolarstwo też. A niedziela jest po to, żeby ją święcić. Na kolanach, co się z kolei sprzecza z państwem polskim, które z kolan wstało, ale nic nie szkodzi: i w państwie, i u biskupa tak jest, że wewnętrzna sprzeczność wypełnia wnętrze głowy. I ciągle się ulewa.

Kolarz nadwiślański ma mieć Narodową Autostradę Kolarską, wzdłuż Wisły, żeby mógł w trakcie pedałowania docenić katolicką polskość krajobrazu z przydrożnymi krzyżami chroniącymi przed piorunem (przez co Wszechmogący właśnie walnął piorunem w kościół w Gnieźnie), islamskim pasożytem, unijnym bezbożnikiem i ruskim napadnikiem; z kapliczkami, kościołami i katedrami; rzekę naszą matkę – która wkrótce zostanie Narodową Autostradą Wodną – i wzbudzić w sobie odpowiedni patriotyzm, który da odpór Unii. Jej się bowiem nie boimy, bo mamy silne argumenty.

Najlepszy polski argument to jest Prawdziwy Polak. Prawdziwy Polak ma coś takiego w środku, że ogłasza „zakaz pedałowania”, co na każdej uroczystości państwowo-kościelnej oraz na każdym stadionie i opróżnionej przez IPN z nieprawidłowego patronatu ulicy przedstawia w dni robocze, a najchętniej w dzień święty i odświętny.

Biskupi, całkiem jeszcze niedawno, głosili, że homoseksualistów najlepiej jest trzymać w odosobnieniu, do dziś wypełnia im to głowy i co raz się ulewa, a katolickie poradnie prostują homoseksualizm na postawę prawidłową, czyli „biologicznego mężczyznę i biologiczną kobietę” – jak lubi powtarzać pewna Krystyna, której flaga unijna się nie ima. Nie pytamy Krystyny o co jej chodzi, bo jeszcze tak nie było, żeby tak było, żeby wiedziała, o co jej chodzi. Im kto Prawdziwszy Polak tym mniej o tym wie, ale więcej o tym roi.

Dla Prawdziwego Polaka homoseksualista to obrzydliwość, godna pogardy – pedał, pedryl, zbok, ciota. Taka mowa katolicka. Nic dziwnego, że biskupi mówią, jak jest, i nic dziwnego, że Prawdziwy Polak mówi, jak jest: Pismo mówi, co należy robić z pedałami, a połowa członków kleru to homoseksualiści.

Lech Wałęsa to esbek i zdradziecka morda. Tak orzeka państwo polskie i całe pudło broszek. Lech Wałęsa to katolik, przy czym nie jest już pewne, czy Prawidłowy Katolik, a co jemu samemu się zdaje, nie ma znaczenia. Wałęsa – katolik, oznajmił, nie tak dawno temu, że homoseksualiści w Sejmie powinni siedzieć z tyłu, a najlepiej za murem. Powiedział, po katolicku, jak ma być. Wtedy jednak nie całkiem był Wałęsa esbekiem.

I teraz, gdy został esbekiem i zdrajcą całą gębą na forum państwa polskiego, ma miejsce szokujący paradoks: przychodzi do niego pedał, zbok, pedryl – czyli Robert Biedroń, który jako poseł miał siedzieć za murem. Przychodzi do Wałęsy człowiek, który nieustannie łamie „Prawo Boże”, nieprawdziwy Polak – o tyle lepszy od innych, tych Prawdziwych i tych siedzących cicho, gdy z Wałęsy katolickie państwo pisoidalne robi swojego wroga – że przez Wałęsę obrażony i mający odwagę  by podać rękę zadżumionemu zdrajcy mówi proste, uczciwe słowa: „Spotkałem się dziś z Lechem Wałęsą, jako polityk młodszego pokolenia, przyszedłem podziękować mu za to, że również dzięki niemu mogę być prezydentem Słupska”.

Wydarzenie to ma wymiar epicki: oto niewierzący Jezus-pedał, przychodzi do marnotrawnego, który się go wyrzekł trzy razy, czyli prawidłowego katolika, i swoim pedalskim człowieczeństwem, swoją pedalską uczciwością, zmazuje grzech Wałęsy.

Przyznam: to wydarzenie i te słowa Roberta Biedronia mnie poruszyły. W tej, plugawionej co dnia więcej przez pisoidów i biskupów Polsce, przychodzi plugawiony i mówi słowa, które – gdyby Polska była krajem ludzi przyzwoitych, nieskrzywionych na moralności i rozumie – powinien mówić każdy. Bo to ludzkie, normalne, uczciwe słowa: przypominające to, co było, oddające honor zarówno roli Wałęsy w tamtych czasach, jak i biorące go w cywilną, obywatelską obronę. To słowa zwyczajnie przyzwoite, konieczne, a przecież tak rzadkie w najwybitniej katolickim kraju, że aż sensacyjne.

Może więc być tak, że jeśli w ogóle Polska przechodzić będzie jakiś proces ozdrowieńczy, czyniący z niej, w perspektywie, zarówno państwo, jak i wspólnotę wewnętrznie – z grubsza – zdrową i wolną, to nadreprezentatywnie zawdzięczać to będzie pedałom, zbokom i pedrylom. Może też zdarzy się Cud Boski: biskup wyjdzie z szafy i zostanie Robertem Biedroniem bis. I to ciekawe, a może też znamienne oraz zbawcze Na Sposób Szczególny: słychać, że z całej Polski chętnie zjeżdżają do Słupska pary, by zawrzeć ślub przed prezydentem-pedałem. Kochajmy więc pedały!

Tanaka