Przodem do tyłu, czyli Polski polityka północna

Polskie potoczne mniemania o własnej historii są bardzo ciekawe. Tak pełne mitów, bajań i fantazmatów, nieustających pominięć, zmilczeń oraz ewidentnych łgarstw, że znacznie więcej mówią o kondycji psychicznej współczesnego Polaka niż o faktach historii. Polski kłopot z historią – a najbardziej z własną psyche – jest taki, że te bajania, te prężenia muskułów w wyobraźni, te wielkie i nieustające polskie przewagi nad innymi, te zwycięskie bitwy mniemane, te moralne triumfy w oparach fantazmatów, te doskonałości chrześcijańskości, słowem: ta wyższość i jedyność polskiej cywilizacji nijak ma się do rzeczywistości. Mija się z nią tak, jak kometa Halleya z Ziemią. Co zaś się mija, nie pozwala się ze światem znaleźć w znośnych stosunkach i psychicznie wreszcie wyzdrowieć oraz dorosnąć choćby do matury. Mniemania są źródłem przegrywania.

Wiek XV, zwłaszcza XVI i następne: Polska wyrzeka się jakiejkolwiek polityki północnej. Ściślej – w ogóle nie ma ochoty jej tworzyć. Stosunki zagraniczne z Europą, tą cywilizacyjnie prącą do przodu, zwłaszcza z Holandią – z którą polscy ziemianie utrzymują kontakty handlowe, ale nie bezpośrednio, lecz przez pośredników, więc nic o niej nie wiedzą. Ale i ze Szwecją szybko się cywilizującą, Danią, państwami niemieckimi, z Francją, Anglią czy Genuą – pierwszym centrum zarządzania pieniądzem, wekslem, umową handlową, to w ogóle Polski nie interesuje. Kieruje się bowiem na południowy wschód – podbijać ziemie ruskie i kolonizować Dzikie Pola.

Jeszcze ściślej to powiedzmy: Polska uważa za niepotrzebne i złe posiadanie polityki północnej i wchodzenie w bliższe relacje handlowe, pieniężne, bankowe – w sumie gospodarcze, ale i techniczne, edukacyjne, polityczne – więc w sumie cywilizacyjne z tymi krajami, które wtedy właśnie zaczęły tworzyć centrum cywilizacyjne Europy, a dziś stanowią jądro Unii Europejskiej.

Takie ustawienie paradygmatów – wraz z czynnikami współgrającymi, także wewnętrznej proweniencji – wiedzie Polskę do złudzeń, od klęski do klęski, znaczone degeneracją państwa, bezhołowiem, prywatą, dzikością i brutalnością kolonizacyjną na wschodzie, nic realnego nie dając państwu, poza wytwarzaniem iluzji istnienia i znaczenia. Zamiast wzmocnienia, postępu i awansu cywilizacyjnego, jest prosta droga, autostrada wręcz, do ostatecznego upadku, samodzielnie sprokurowanego. To samobójcze szaleństwo nosi jednak, nieustannie dziś też uwielbiane, ozdobne a zafałszowujące rzeczywistość nazwy: Unia Polski i Litwy, czyli Rzeczpospolita Obojga Narodów – potęga – husaria – Batory pod Pskowem i Polacy na Kremlu – Sobieski pod Wiedniem – Kresy po Kijów i Morze Czarne, polskie Inflanty (gdzie dziś Łotwa i Estonia) – orły-sokoły – szlachta polska, dwory obszerne i czarnoziemy żyzne, czyli cnoty ziemiańskiego życia, no i najważniejsze: 1050 lat polskiej Tradycji Chrześcijańskiej.

Wiek XXI, zwłaszcza lata od 2015 do dziś i w przyszłość: Polska, państwo formalnie będące członkiem Unii Europejskiej wyrzeka się posiadania polityki północnej, czyli dziś po prostu europejskiej, wchodzenia w bliskie sojusze wewnętrzne wzmacniające Unię, zyskiwania na znaczeniu, powadze i uznaniu, odnosząc z tego liczne cywilizacyjne korzyści i odwracając fatalny paradygmat przeszłości. Robi odwrotnie: bruździ, separuje się i obraża. Nie ma żadnej konstruktywnej propozycji. W miejsce powagi dobrze przemyślanej polityki – dzikie hasła jak Dzikie Pola. Wytyka źdźbła w cudzych oczach będąc ślepą na belki we własnych. Przypomina Europejczykom – mimo starannej chęci ukrycia – że się Polska onegdaj Europy wyrzekła, własnowolnie sytuując się na jej peryferiach, głębokiej prowincji, odrzucając wartości i wektor rozwoju, jaki centrum Europy przed stuleciami obrało.

Skoro dzieje się odwrót od Europy, musi być parcie na wschód. I jest. W żadnym razie rzeczywiste, oparte o potencjał, rozumność, możliwości i znaczenie w Europie, ale o ciążenia psychiczne: kwilenie, płacz i zawzięte miotanie się w wewnętrznych sprzecznościach – Ukrainiec to przyjaciel i hurmem z nim na złego Moskala, Polska Starszym Bratem Ukrainy, która nic jednak nie może i nic poza wyrzutami własnych zastałych kompleksów i uroszczeń nie potrafi spłodzić. Wiecznie drażniąca się z Kremlem o własne psychiczne wyparcia i nieszczera wobec Ukraińca, którego żadnym przyjacielem nie jest, a przez stulecia była jego dręczycielem i katem. Co Ukrainiec czuje i ma w kodzie kulturowym. Niczego się po Polsce nie spodziewa, a jeśli czegokolwiek, to pretensji dawnego pana do swojego niewolnika. Musi więc i swoje pretensje do Polaków podnieść. Wszystko to widać bez okularów: wszelkie polskie akty strzeliste w sprawie Ukrainy, obietnice i zapewnienia kończą się pretensjami i wyrzutami wzajemnych żalów, które po ukraińskiej stronie są nieporównanie bardziej zasadne. Nie ukraiński niewolnik był dręczycielem polskiego pana.

***
W jakim kierunku zmierza Polska? Tym samym co od setek lat: ku produkcji fantazmatów zastępujących rzeczywistość. By się znowu obudzić w środku kolejnej, własnowolnie i z wielkim nakładem sił sprokurowanej katastrofy. Jak się katastrofa znowu zdarzy, będzie to samo, co znamy: jęki i zawodzenia, przekleństwa i pretensje. Do wszystkich naokoło, ale nie do siebie. No i będą przemodlenia, konieczne następne popisy niebiańskich akrobacji w wykonaniu Maryi, męczennicy i święci. I miliony ofiar, w skrzywienia wpędzanych od dziecka i od skrzywień rodaków cierpiących raz kolejny.

Tak się dzieje, gdy rządzi nie rzeczywistość, rozeznanie faktów, racjonalne cele i zdrowe sojusze, lecz mroki wyparć, kompulsje, nerwice i cała psychologiczna głębia skrzywionej polskiej duszy.

Z perspektywy Hamburga, Frankfurtu, Paryża, Amsterdamu, Kopenhagi czy Sztokholmu nie bardzo będzie wtedy widać uzasadnienie do innej reakcji niż taka, że na myśl o Polsce człowiekowi robi się niedobrze. Komu zaś jest niedobrze, ten się odcina od czynników wywołujących mdłości.

Tanaka