Prezydent Lech Karol Świerczewski

Jako że sierpień to miesiąc peregrynacji i świętych nawiedzeń – czyli tak zwanej trzeźwości, pojawił się nad Wisłą święty gruziński, a Gruzini mają w świętości dorobek: Mikhail Saakaszwili. Postać szczególna, czyli słusznie nas nawiedzająca i w państwowej sprawie: eks-prezydent Gruzji, ścigany listem gończym przez państwo i pozbawiony gruzińskiego paszportu, wzięty został, za zasługi, przez drogiego przyjaciela – Poroszenkę, prezydenta Ukrainy, na gubernatora Odessy. Po jakichś dwóch latach tej gubernatorskiej przyjaźni, Poroszenko pozbawił stanowiska i paszportu Saakaszwilego, więc dzielny Gruzin pojawił się nad Wisłą. Jak – nie wiadomo, bo teoretycznie nie posiada żadnego paszportu i jest bezpaństwowcem. Ale przecież sierpień to miesiąc cudowny i nie takie cuda się w Polsce widuje w kałużach oraz na co którym drzewie.

Przyjechał Saakaszwili zaoferować swoje komiwojażerskie usługi: ostrzę noże i nożyczki oraz dopieszczam władzę pisoidalną za drobną – niech będzie jak w Odessie – opłatą. Odnalazł się w miejscu adekwatnym jak na bezpaszportowe przekraczanie granicy i list gończy: w Pałacu Prezydenckim. Jak się już znalazł, to wyznał cała prawdę – jak to było z prezydentem Kaczyńskim, roku pamiętnego, bo dwa tysiące ósmego. A było tak, jak po kolei zeznawał:

Był dla mnie jak ojciec. Wszystkie te lata, przez które mnie przeprowadził, uformowały mnie jako polityka. Był autorem niezależności energetycznej.

Po naszkicowaniu tła, złakniony ojca Gruzin, i tak samo niezłomny jak gospodarz Pałacu, przechodzi do szczegółów pierwszego planu. Odnotujmy słowa prawdomównego męża z należytą starannością:

Rosjanie bardzo się zdziwili i zaczęli strzelać blisko naszych głów. Niektóre z kul były specjalnymi, ze światłem, więc można było widzieć, gdzie one latają.
Lech Kaczyński był ze mną w samochodzie, moja ochrona była ze mną, odwrotnie było z prezydentem Kaczyńskim.
Zobaczyłem go
stojącego, gdy kule latały wokół jego głowy.
Krzyknąłem, by coś zrobić, a on
miał wysoko podniesioną głowę, dumę na twarzy.
Tacy politycy właściwie nie istnieją. Nie mogę sobie wyobrazić drugiej takiej osoby.
Gdy później pytano prezydenta Kaczyńskiego, odparł spokojnie, że Rosjanie do nas strzelali.

Po przedstawieniu pierwszego planu i dziejących się dziejów, naocznie świadkujący Saakaszwili przechodzi do wniosków ze sceny nawiedzenia Gruzji przez Kaczyńskiego:

To był moment, w którym narody powinny być dumne ze swojego lidera, a nie poniżać go i pokazywać w złym świetle.

Na koniec, były prezydent Gruzji, a więc postać arcypoważna, przedstawia skutki nawiedzenia:

Stał się narodowym bohaterem Gruzji. W wielu rodzinach pijemy jego zdrowie.

***
Spójrzmy teraz na całe wydarzenie okiem nieco bardziej postronnym, okiem człowieka umiejącego docenić i pojąć dramat oraz mającego pewną wrażliwość i zdolności twórcze. Okiem niewariata. Może nawet filmowca. Oto więc „Opowieść o Prawdziwym Człowieku”. Z Kaczyńskim w roli tytułowej. Na miarę naszych czasów, rzecz jasna.

Widzimy zatem sekwencję scen, dla uchwycenia subtelności i wagi każdego momentu rozwijanych w zwolnionym tempie, jak sceny z filmu „Miasto ’44” Jana Komasy.

Scena pierwsza: Jest cisza, jest spokój. Kaczyński postanawia jechać tam, gdzie nie ma spokoju. Ochrona polska i ochrona gruzińska akceptują bez szemrania decyzję Kaczyńskiego. Saakaszwili jest pełen podziwu. Jadą. Po drodze prezydent Kaczyński z prezydentem Saakaszwili dyskutują, czy jadą w miejsce dostatecznie niebezpieczne. Bo w niedostatecznie niebezpiecznie Kaczyński nie chce jechać. To poniżej jego godności i rozmiaru prezydentury. Ochrona milczy. Saakaszwili wskazuje Kaczyńskiemu miejsce ekstremalnie ekstremalne.

Scena druga: Dojeżdżają. Rosjanie się zdziwili, że dojechali tam, gdzie niebezpiecznie, więc żeby zapewnić niebezpieczeństwo w odpowiednim dla rozmiaru Kaczyńskiego kalibrze, zaczęli strzelać. Kule świszczą, gęsto od nich w powietrzu tak, jak od komarów na Syberii latem: ust nie da się otworzyć, żeby zupy z komarów nie wciągnąć. Kule słychać i kule widać, bo świecą; niebo od nich jasne jak latem o północy za kręgiem polarnym.

Scena trzecia: Ochrona prezydenta Saakaszwilego obala go na ziemię i zasłania ciałami. Fachowo. Bo kule lecą. Kaczyński robi odwrotnie: unosi się wyżej, wystawia głowę na długiej szyi ku nadlatującym kulom, podnosi się na palcach, pięty odrywa od ziemi, miękkie dłonie puszczają dach auta, stopy odrywają się od podłoża z lekkością właściwą dziecięciu bożemu i unoszą się nad ziemią. Długie i szczupłe acz mocne ręce, na kształt skrzydeł orła białego i gestu papieskiego rozwierają się szeroko, ku ludziom całej Ziemi, tej Ziemi. Gestem tym zdaje się niemo przywoływać kule jak święty Franciszek ptaszki: ku mnie lećcie, ku mnie! Ochrona oniemiała. Klęka i ręce składa w modlitwie. Saakaszwili spod ciał ochroniarzy próbuje coś wykrzyknąć, ale na widok dumy na twarzy Kaczyńskiego, zawstydzony i również oniemiały z podziwu, milknie. Twarz Kaczyńskiego promienieje serdecznym uśmiechem dobrego ojca i prezydenta wszystkich ludzi.

Scena czwarta: Kaczyński przemieszcza się tam, gdzie fruwa najwięcej kul. Terminator by poległ, on nic sobie z kul nie robi. Duma na twarzy, radosna powaga i skupienie. Widzenie i przewidzenie. Unosi się i przemieszcza, szyja wyciągnięta, kule garnie serdecznie ku sobie. Jak rybak połów ze znanego wszystkim jeziora. On się kulom nie kłania. Kule się go nie imają, przeciwnie – jemu się kłaniają, pełne szacunku, a ich świst przemienia się w melorecytację pacierza: Ojczyznę wolną pobłogosław panie! I dalej: od głodu, powietrza i wojny zachowaj nas panie! Wokół każdej kuli rozświetla się aureola. Rosyjscy strzelcy są zdumieni. Więcej, także oniemiali, a nawet przerażeni, jak w 1920 r. pod Warszawą. Klękają i żegnają się na sposób katolicki, co jest oznaka niezwykłej, duchowej przemiany. Maryja zwycięża i Kaczyński Lech z nią w parze zwycięża! Z kręgu cienia wyłaniają się nasi oficerowie z Katynia, w galowych mundurach i śpieszą oddać hołd Kaczyńskiemu.

Scena piąta, finałowa: Saakaszwili, wydobywając się spod ciał oniemiałych i modlących się ochroniarzy, unosi rękę ku niebu, robi znak Pański i nareszcie odzyskawszy głos woła rozgłośnie, ku puszczom, górom i chutorom: Stałeś się bohaterem narodowym Gruzji! W wielu domach będziemy pić za ciebie wino! Kaczyński, odzyskując dostojnie kontakt z podłożem, odpowiada skromnie: „Nic to Basiu, to tylko Ruscy strzelali”. Światła powoli przygasają, scena cichnie, a widzowie pogrążają się w zadumie na widok tego, co ujrzeli, i rozważają w duchu, co by to miało znaczyć?

Koniec. Napisy i tak dalej.

 

Po powrocie do rzeczywistości stwierdzamy zatem, że:

Dowiedzieliśmy się od oficjalnego, prezydenckiego świadka naocznego – Saakaszwilego, że polski prezydent w 2008 r. zademonstrował skrajną skłonność samobójczą. Z miejsca bezpiecznego postanowił iść pod kule i się im nie kłaniać. Generał Karol Świerczewski „Walter”, bohater kulom się niekłaniający mu wzorem. Czujemy, o co chodzi: Świerczewski był na banknotach w PRL oraz porządnie zaopatrzony w pomniki, patronaty oraz konkursy dla młodzieży starszej i czynowników partyjnych, Kaczyński będzie na banknotach słusznej Polski – tych z największym nominałem, wraz z całą resztą przynależności.

Dowiedzieliśmy się, że polska ochrona polskiego prezydenta mu na to pozwoliła: on idzie między kule, a oni grają w bule. Ochrona gruzińska powaliła na ziemię prezydenta Gruzji w celu ochronienia go przed gradem kul, a polska ochrona robiła sobie słitfocie z leżącym w błocie Saakaszwilim. Kaczyński sobie w tym czasie gdzieś poszedł. Między kule.

Dowiedzieliśmy się też, że Kaczyński pod kulami podniósł głowę i zademonstrował dumę na twarzy. Podnoszenie głowy między latającymi kulami jest dowodem powagi prezydenta Polski, którego obowiązkiem jest dbanie o integralność urzędu, czyli przeżywalność Pierwszej Osoby w Państwie. Robi to wsadzając głowę między kule.

Saakaszwili oświadczył, że tacy politycy właściwie nie istnieją i że narody powinny być dumne z takiego lidera. Kaczyński został bohaterem i za niego piją wino w Gruzji.

W związku z okolicznościami i miejscem wyznania Saakaszwilego należy przyjąć za pewnik, że osoby zgromadzone wokół głównego odbiorcy zeznania byłego prezydenta Gruzji – prezydenta Dudy Andrzeja, przyjęły słowa Saakaszwilego z głębokim szacunkiem, uznaniem, podziwem dla Kaczyńskiego oraz w postawie modlitewnej. Po czym wypiły wino za najwybitniejszego przywódcę świata. Duda Andrzej, w porozumieniu z prostym posłem z ławy, w tej sytuacji nieodwołalnie stwierdzili, że nie wolno pokazywać Kaczyńskiego w złym świetle. Duda zaś, jako kolejny duchowy syn Kaczyńskiego, rozumie już, na czym polega wielkość prezydentury. Ma wzór do naśladowania.

Wszelkie organy państwa, które wiedziały o tych faktach drastycznego złamania prawa, procedur bezpieczeństwa i ochrony prezydenta, zasad i rozsądku, zarówno wcześniej, jak i później, powzięły wiedzę obecnie i uznają to za nie tylko normalne, prawidłowe, ale i za zbawienne.

W tej sytuacji nie ma organów państwa o co pytać. Pytania kieruję więc do P.T. Publiczności Światowej, która przebywa na wakacjach i spodziewa się rozrywki, oraz do podopiecznych placówek lecznictwa zamkniętego należycie zaopatrzonych w odpowiednie kaftany:

Czy jest w Polsce jakaś miara szajby? Czy wariactwo, kupczenie i żerowanie ma granice? Czy psychiatria doszła już do ustalenia granic, do jakich może się posunąć nadwiślańskie szaleństwo, czy to dopiero preludium, początek skali zaledwie? Czy łgarstwo, zakłamanie do szczętu, utrata kontaktu z rzeczywistością i wzmożone lewitacje to jeszcze pobożne wyjątki czy już nowa, państwowa rzeczywistość pełną gębą, do której niewariaci i niecynicy już nie mają wstępu?

Jest taka, bardzo znana, właściwie kultowa scena w filmie „Maratończyk” Johna Schlesingera: hitlerowski zbrodniarz grany przez Lawrence’a Oliviera, przy pomocy narzędzi dentystycznych torturuje, grzebiąc mu na żywca w nerwie, tytułowego maratończyka – Dustina Hoffmana, natrętnie się go dopytując: ale czy jest bezpiecznie, ale czy jest bezpiecznie?!

Powiedzieć o dzisiejszej Polsce, że nie jest bezpiecznie, to nic nie powiedzieć.

Tanaka