Spacer to zdrowie

Wiedziałam, że coś się dzieje, ale były inne ważne sprawy. Dziecko w wakacje, praca, co kiedy robimy, czy uda nam się wywalczyć czas na urlop. Ze zgiełku codzienności wyrwał mnie wywiad z rzecznikiem SN. Nie pamiętam, w jakiej telewizji (tzn. na pewno nie w TVPiS) i kto z nim rozmawiał. Rzecznik mówił rzeczy straszne bardzo spokojnym tonem. Nie było powodu, bym mu nie wierzyła – przecież widzę szczątki Trybunału Konstytucyjnego. Rzecznik powiedział m.in., że nie liczy na ludzi, którzy wyjdą na ulice w sprawie tak abstrakcyjnej jak Sąd Najwyższy, więc to, co się dopiero wydarzy, już jest faktem.

A później zaczęła się jatka w Sejmie. Obserwowałam ją z rosnącym zdumieniem. Bezpardonowy, arogancki żywioł na pięści, jakiego nie powstydziliby się kibole. „Zdradzieckie mordy”; Pawłowicz obiecująca pacyfikację mediów tuż po tym, jak przejmą sądy; bezczelność i bezwstyd Piotrowicza; kpiny z procedur. Zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli PiS w takim stylu weźmie to, czego chce, czeka nas przyszłość równie bajeczna jak życie pod jednym dachem z radnym Piaseckim. Krótko mówiąc, poczułam nóż na gardle. I złość porównywalną do tej z października ubiegłego roku, gdy katoliccy fundamentaliści chcieli nam zgotować przymus rodzenia dzieci gwałcicieli.

Chciałam jechać do Warszawy sama, ale obawiała się o mnie rodzina. Poszukałam rozwiązania na portalu społecznościowym. Chętnych do wyjazdu z mojej okolicy było więcej. Pojechaliśmy busem na demonstrację 20 lipca pod Pałac Prezydencki i później pod Sejm.

Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, ilu ludzi przyszło na Krakowskie Przedmieście. Staliśmy blisko sceny, tłum wokół gęstniał. Siwe głowy były w zdecydowanej mniejszości. Zaśpiewaliśmy hymn, po nim popłynęła ze sceny „Warszawianka”. Część ludzi ją śpiewała, większość nie. Padło podejrzenie, że młodsi nie znają słów. Może i nie znali, a może w trakcie śpiewania te bagnety i wrogowie nie mogły im przejść przez gardło. Jakie bagnety, jacy wrogowie? Jest 2017 r. Nie bijemy się o niepodległość, nikt nas nie okupuje. To nie są żadni wrogowie, tylko nasi rodacy. No, dobra, nie lubimy się, ale to wcale nie znaczy, że mamy ochotę nawoływać do nadziewania się na bagnety. Skąd zresztą mielibyśmy je wziąć? Od grup rekonstrukcyjnych?

Jako pierwszy przemawiał prof. Strzembosz i to było dla mnie wielkie przeżycie. Nie pamiętam dokładnie, kto był po nim. Gdy zapowiedziano Ryszarda Petru, dziewczyna, która stała za mną, powiedziała do koleżanki: E, nie lubię go.

Ja też nie, tam jest fajna taka dziewczyna, eee…, jak ona się nazywa… Gihowicz…

Tłum był na tyle gęsty, że niektórzy zaczęli mieć dość i drążyli korytarze w rzeszy ludzi do wyjścia. Wciągaliśmy powietrze w płuca, by się przecisnęli. Nad naszymi głowami zobaczyliśmy rower.

Ej, zobaczcie, jakiś gościu przyjechał tu na rowerze.

Gościu brnął i tłumaczył: Przepraszam, przepraszam, wcale nie chciałem tu być, tak wyszło.

Też tak miałam – głos w tłumie – też nie chciałam być, a akurat trafiłam.

Za pechowym rowerzystą sunął wielbiciel siłowni: Ale zaje***cie dużo ludzi.

„No pięknie – pomyślałam – narodowcy wmieszali się w tłum”. I musiałam odszczekać, bo za miłośnikiem siłowni ciągnęli młodzi ludzie oflagowani na błękitno z gwiazdkami.

Godzina 21.00 wprowadziła pewien niepokój. Demonstranci sądzili, że spod Pałacu ruszymy pod Sejm. Nic takiego się nie stało. Przemowy na scenie trwały w najlepsze. Ludzie sięgnęli po świeczki i zapalniczki, podpalali je sobie nawzajem i nawoływali do ostrożności: uważajcie na włosy. Jeśli chcecie wyjść, zgaście świeczki i podpalcie je w bezpiecznym miejscu. W końcu zaczęto skandować: Idziemy pod Sejm! Idziemy pod Sejm!, ale nie spotkało się z reakcją ze sceny.

Kto tam teraz jest? Arłukowicz? – pytała niewysoka pani, która nie widziała sceny i dobrze nie słyszała.

No tak, teraz to się każdy z nich będzie lansował… Taką okazję mieliby przegapić?

Ok. 21.30 też miałam już dość. Ruszyłam do wyjścia w boczną uliczkę. Przez następnych kilka godzin wędrowałam ze świeczką między Sejmem i Pałacem Prezydenckim, a później wróciłam do domu.

***

Po protestach pojawiło się pytanie, co zrobić z energią tłumu, by jej nie zmarnować. Uważam, że nie ma co wymyślać na siłę sztucznych tworów, ludzie sami sobie znajdą ujście dla swojej energii. Nie sądzę też, by dali się znów uśpić. PiS w zeszłym roku uderzył w kobiety i od tej pory jesteśmy czujne. Teraz PiS uderzył w nas wszystkich. Brudziński w Radiu Maryja twierdzi, że zajmą się aborcją, ale muszą poczekać na uspokojoną sytuację w kraju. Tylko, że moim zdaniem oni nie będą już mieli uspokojonej sytuacji. Mają obywateli, którzy co prawda poszli do domów, ale bardzo pilnie będą się im stamtąd przyglądać.

Nie zgadzam się też z twierdzeniem, że jak tylko wymienimy liderów partii opozycyjnych, to wygrana leży na talerzu. Myślę, że ludzie raczej oczekują nowej jakości w polityce. Mają dosyć nieustającej wojny, szczucia na siebie nawzajem, dosyć podziałów na lepszych, gorszych, pisiorów, lemingów, Januszów itd. Mają dosyć władzy, która się z nimi nie liczy, która dba tylko o swoje interesy, czy to było PO czy teraz PiS. Mają dosyć prostactwa, chamstwa, pogardy i pychy. Oczekują, by partie polityczne były podobne do ruchów miejskich. By miały zdolność współpracy ze sobą w imię dobra wspólnego, by politycy potrafili zrezygnować ze swoich ambicji, gdy jest to niezbędne. Nie wspominając już nawet o takiej oczywistości, jaką jest kultura osobista i uprzejmość. Dużo pracy przed nami.

I na koniec chciałabym wszystkim podziękować za to, że spotkaliśmy się na spacerach ze świeczką. Jakiś czas temu zastanawiałam się, jakie wartości są dla Polaków istotne. Wykrzyczeliśmy je w ubiegłych tygodniach: Wolność! Równość! Demokracja! Jeszcze nigdy nie czułam się tak dumna z tego, że jestem Polką. Dziękuję!

Jiba