Nienawiść państwowa, wiara państwowa

Obiegła Polskę i pół świata relacja filmowa z Sejmu. Kaczyński wykrzyczał z mównicy pod adresem opozycji: „Wiem, że boicie się prawdy!”. I dalej: „nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego brata!”. I wreszcie: „Zniszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami!”. Powiedzieć „wykrzyczał” to nic nie powiedzieć. Widzieliśmy te płonące nienawiścią oczy i nienawiścią zabijające, widzieliśmy – co – usta? Nie – nazwijmy to należycie, zgodnie z nomenklaturą już państwową – mordę wypróżniającą głowę z ciśnienia nie do utrzymania, widzieliśmy te ręce młócące powietrze, głodne tłuczenia w te opozycyjne mordy zdrajców i morderców, zobaczyliśmy takiego Kaczyńskiego, jakim się stał. Zajrzeliśmy mu na dno duszy. Zobaczyliśmy tego, kto jest – najdosłowniej – fundamentem oficjalnej Polski. Państwa i jego emanacji.

To, co wyszło z Kaczyńskiego to państwo polskie. Nie mniej: taka konstytucja, takie ustawy i normy; taki obyczaj, kultura, wiara i jej religia; takie łamanie sumień, segregacja i plugawienie ludzi, zdrady, mord, prokuratura, sądy, areszt wydobywczy i wiele, wiele więcej – to dziś państwo polskie. Innego nie ma, jeśli nie żyjemy bajką. Powtórzę: nie łudźmy się – innego nie ma. Wszyscy bowiem mamy udział w odurzeniu: „27 lat wolności!”. Wszyscy mamy udział w tym, że ani państwo polskie, ani polski obywatel nie byli obecni, nie działali, puszczali płazem, łudzili się, pozwalali, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, by zło, poznane już sporo lat temu, stawało się coraz większe, by wszystko i wszystkich wreszcie zaczęło dusić i topić. Daliśmy sobie narzucić gangsterkę i kradzież języka. Nie mówiliśmy wprost, że nazwał nas i Duda i Kaczyński „najgorszym sortem”, ale lizusowsko i prawie serdecznie ledwo „gorszym sortem”. Przystaliśmy i na „Polskę w ruinie” i na „wstawanie z kolan”, „dobrą zmianę” i na „suwerenność”. Na suwerenność w kłamstwie i nienawiści.

Kaczyński wyryczał te słowa do opozycji? Otóż nie! Wyryczał je do Suwerena. Do nas. To ten Suweren wybrał do parlamentu posłów opozycji. Ale i ten sam Suweren wybrał Kaczyńskiego po to, żeby wyryczał te słowa z mównicy, by nimi żył i nimi ryczał, kaził, przeklinał, palił każdego dnia. Oto wartość Suwerena.

Kaczyński i pisoidyzm wyrośli na ścisłej symbiozie z Kościołem. Jeden wspierał drugiego, jeden się z drugim zgadza, obaj sycą się sobą wzajemnie i robią z sobą biznesy. Oto moralność Kościoła, oto jego wartość.

Dał Kaczyński wgląd w dno własnej duszy. Krył się, wreszcie przyszła pora. Rozdziawił się najszerzej jak mógł: macie i patrzcie, oto szczera dusza moja! Oto Prawda!

Mówią, że Kaczyński to cynik, że cynicznie grał śmiercią własnego brata. Znacznie rzadziej mówiono, że żyje z nienawiści. Lękamy się zajrzeć i zobaczyć, jak jest. Obawiamy się, że jak ujrzymy zło, to ono nas zakazi. To lęk i to atawizm. Oraz kunktatorstwo: czego nie nazwiemy, tego nie ma. Wolimy, żeby było miło. Ale to źli doradcy: zobaczone, ale nienazwane zło rozlało się po całej Polsce każąc wszystko i wszystkich.

Dzisiaj dał Kaczyński dowód na staranną, konsekwentną i jakże nienawiściorodną robotę Macierewicza, który go utwierdzał w pewności, że zamordowaliśmy – tak to wina kolektywna! – Lecha Kaczyńskiego, że mamy mordy zdrajców, żeśmy mordercy i kanalie. Kaczyński zdefiniował Macierewicza. Ale Kaczyński przecież wywrzaskiwał siebie co miesiąc, a my to zlekceważyliśmy. Daliśmy się uwieść pozorom: on cierpi, po bracie. Dajmy mu spokój. Mamy taki spokój, jak i wstawanie z kolan, dobrą zmianę i cywilizację miłości – wszystko odwrotnie. Pomyliliśmy bowiem porządki: na gruncie prywatnym mógł i może sobie Kaczyński opłakiwać stratę brata w nieskończoność. Robienie z tego polityki, zasady państwa, jego kultury i esencji oraz łączenie w jedność nie do rozdzielenia z kłamliwym oskarżeniem o mord – to zbrodnia przeciw państwu i przeciw ludziom. To w istocie pokrewne zbrodni przeciwko ludzkości, z jedną, niepewną, różnicą: na razie mało krwi. Przypomnijmy sobie jednak areszty wydobywcze, przypomnijmy sobie, jak się nazywała akcja policyjno-prokuratorska przeciw lekarzowi: akcja Mengele. Przypomnimy sobie krew Barbary Blidy, którą w geście obłudy zmyliśmy z rąk pisoidów. Na to wszystko się zgodziliśmy. „My – Naród” – jak mówimy.

Można dyskutować: ile w Kaczyńskim cynizmu, a ile palącej nienawiści płynącej z głębokiego osobowego skrzywienia. Na jedno i drugie dość jest argumentów. Dziś Kaczyński dokonał rozstrzygnięcia, choć się po nim tego nie spodziewano.

Kaczyński dał też dowód na to, że Polska to jego nienawiść. Jego i jego legionów. Nie zapomnijmy, nie pomylmy się i nie łudźmy się: oni to oficjalna Polska. Jeśli gdzieś indziej istnieje cokolwiek z Polski, cokolwiek z obywatelstwa, porządności, rozumności; jeśli istnieje dwóch albo trzech niezakażonych wyznawców czegoś dobrego, pora od dawna najwyższa i racja życia: trzeba działać. Do czystego skutku. Zatrzymać się w pół drogi to znaczy ostatecznie przegrać. Raz to zrobiliśmy. I stąd dzisiejsze skutki.

Tanaka