Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. To masz i patrz

UFO JEST. Co widać na obrazku. Każdy widzi, jak jest. [Ale to nie koniec widzeń]

Fot. Tanaka

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” – powiedział Jezus uczniom. Tak mówią, że powiedział. Jak już tak mówimy co powiedział Jezus, powiedzmy całą prawdę: Jezus powiedział to na okoliczność wątpiącego ucznia swego, Tomasza. Tomasz jakoś nie bardzo był przekonany, że Jezus to Jezus. Przecież został ukrzyżowany, osiem dni wcześniej, znaczy się nieżywy, już go nie ma, nul, a tu co – znowu Jezus? Semper vivus, in vino veritas i tak dalej? Jezus, który wtedy strasznie dużo mówił, a przez ostatnie 2 tysiące lat ani słowem się już nie odezwał, rzekł Tomaszowi w te słowa: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”.

Tu się człowiekowi poczciwemu zaraz portki trząść zaczynają na straszne podejrzenie: Jezus nie wiedział, co mówi! Jak ktoś się dowiaduje jak jest, przestaje wierzyć. Nie da się wiedzieć i wierzyć w to, co się wie. Wiedza znosi wiarę: wiem, że Jezus ma dziurę w boku, wiem, że Jezus to Jezus, a ponieważ Jezus, to JEST Jezus. A nie, że „Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami”. Całe wyznanie wiary na nic. A co to by było – „wyznanie wiedzy”? Jak to co? – każda klasówka jest wyznaniem wiedzy. Oraz areszt wydobywczy.

Jezus nie odróżniał wiary od wiedzy, a niewierny Tomasz ma błędnego nicka: nie zdecydował się wsadzić ręki do dziurawego boku Jezusa, wybrał wiarę, a nie wiedzę. Czuł bowiem, że jak się dowie, zniszczy w sobie wiarę: wiem, że dwa razy dwa jest cztery. Nie mogę wierzyć, że dwa razy dwa jest cztery, a nawet nie mogę wtedy wierzyć, że dwa razy dwa jest sześćdziesiąt dziewięć. Oprócz tego, że sześćdziesiąt dziewięć jest grzeszne, o czym poucza każdy ksiądz na naukach przedmałżeńskich. Jemu wierzymy.

Z drugiej strony – Jezus tak Tomasza zachęcał, żeby go zniechęcić, a Tomasz lękał się wiedzy i był konformistą: skoro inni apostołowie wolą nie wiedzieć, to co ja się będę wychylał? Tomasz w ten sposób uratował Jezusa i całe chrześcijaństwo: bój się wiedzy, ciesz się wiarą i niewiedzą.

To stara sztuczka pacząca rozumy: weź i sprawdź, ale jak się do sprawdzania weźmiesz, okażesz się nędznym typem małej wiary i kandydatem na zdrajcę. Zostaniesz potępiony przez społeczność już wcześniej należycie na rozumie i woli spaczoną, będziesz czarną owcą. Działa to i dziś, z doskonałym skutkiem: od siedmiu już ponad lat co miesiąc zbliżamy się do Ostatecznej Prawdy i ciągle droga przed nami. Dojść się nie da, ale wiara w dojście brana jest za dojścia dowód. „Pan Jeeezus już się zbliża, już pukaaa do mych drzwi, pobiegnę gooo przywitać, z radości serce drżyyyyyyyy…!” – śpiewa każde przedkomunijne dziecię i przedpogrzebowe – też dziecię. Jezus się nieustająco zbliża, a dziecię nieustająco pobiegnie. Wszystko to przyszłość. Tuż-tuż, ale jeszcze nie teraz. Wiara w wiarę jest mylona z wiarą: „Boże, choć cię nie pojmuję, jednak nad wszystko miłuję” – to najwyższego rzutu wyznanie, które jest wewnętrznie puste: miłować absolutnie coś, co jest absolutnie niepojmowalne. Nie da się wierzyć wprost, można natomiast wierzyć w wiarę i nieustannie o tym gadać. Jezus się w ogóle nie odzywa, więc nieustannie gadają biskupi, wszystko zagadując. Kto siedzi cicho, sam sobie szkodzi, dlatego z Jezusem wygrywa Święty Ojciec Święty. Ale i on się przestał już odzywać, więc wygrywa z nim jeszcze świętszy, który się do Prawdy już całkiem zbliżył. A reszcie – ubliżył. Taka świętość.

Wyznawcy tak mają: niby wierzą i nic więcej im nie trzeba, ale ciągle muszą sobie produkować dowody na to, w co wierzą. Nie potrafią wierzyć w Jezusa bez krzyżyka i portretu, na którym widać, że to elegancki, przystojny i błękitnooki blond celebryta. Niby w jego ojca wierzą, ale żeby wierzyć muszą czytać, że się przechadzał po raju, że machał rączką, że osobiście ciskał głazami rozkwaszając na miazgę tego i owego, a najwięcej – dzieci, które są milusińskie, nasze i które wszystkie bardzo kochamy. Co się poznaje po każdym biskupie i jego Chazanie: dziecko poczęte i tak dalej – nie oddamy ani guzika.

Że co, że wyznawcy Allaha nie muszą mieć ani obrazków ani dowodów? Wolne żarty: obfitość tekstów i inskrypcji pisanych wielkimi, ozdobnymi i rozmalowanymi literami, śpiewy pięć razy na dzień, przepych świątyń, pałaców, ogrodów, dywanów i urządzeń wszelakich; wielkie i małe zwycięstwa nad niewiernymi – to dowody na istnienie rzeczonego. Każdy islamista-terrorysta, odpalając RPG-7 w kierunku niewiernego czołgu, śmigłowca albo kobiety z dzieckiem głośno wrzeszczy: Allah akbar! Ma dowód, jak nasi: Pan Bóg kule nosi!

To jest bardzo ciekawe: w Fatimie, roku pamiętnego – i wybitnie sejmowego – 1917, Słońce fikało na niebie koziołki, odstawiało esy-floresy i salto mortale. Widziało to ze 100 tysięcy ludzi. Czyli wiedzieli jak jest: Matka Boża jest, Jezus jest i Ojciec jest – dowód na istnienie bezpardonowy. Ponieważ Pan Bóg kule nosi, to nie doniósł żadnego aparatu fotograficznego – mimo że Maryja zapowiedziała przedstawienie z solidnym wyprzedzeniem, ani kamery, które już wtedy obficie pokazywały świat i jaki on jest. Pierwsza wojna światowa była pierwszym takim wielkim wydarzeniem w dziejach obficie na zdjęciach i filmie zarejestrowanym. Ale nie Maryja i jej fikające słoneczko. Z tą samą Maryją w 1920 roku było tak samo: fruwała i przerażała, a tysiące siedziały i patrzyły na to przedstawienie. Wiemy jak było, bo tak mówią. Ale nie wiemy, jak było, bo nie ma zdjęcia, a każdy porządny prawnik wie, że najtrudniejszy jest dowód ze świadka. Od dzisiaj wszyscy prawnicy są porządni, pozostali siedzą. W każdym razie nie tam, gdzie siedzieli dotąd.

Teraz każdy robi sobie słitfocie i od razu wiadomo: Jezus on, czy szatan. Istnienie smartfonów psuje każdy dobrze zaplanowany cud, co znaczy, że smartfon to kultura śmierci. Chyba że używa go biskup. Cudowne będzie to, że jak się jaki cud znowu zdarzy, to nie będzie przy tym żadnego smartfonu biskupa, fotoreportera parafialnego, ani nawet Paris Hilton. Będą się zbliżać, ale niewystarczająco. Ale głód dowodu zostanie zaspokojony: ksiądz przyniesie, po kolędzie, śliczny i adekwatny obrazek.

Żeby, w tej trudnej sytuacji, poinformować PT Publiczność Światową, jak JEST, dowód na istnienie UFO powyżej się przedstawia. Ale zaraz, jakie UFO? Patrzysz i widzisz jak jest: to nie żadne tam, panie, UFO, ale Najwyższy, we własnej osobie, wisi i świeci niczym odpowiednia żarówka. Jest dowód, nie do obalenia!

Tanaka