Sąd Ostateczny (i koniec ostateczny prozy w częściach)

Na ławie świadków zasiada Caryca K. Jest to urodziwa kobieta, o nadobnych kształtach, jej głowę zdobi biała jak śnieg peruka. Po zaprzysiężeniu i obietnicy, że świadek będzie mówiła prawdę i tylko prawdę, pierwszy zadaje pytanie mecenas Archie.

– Czy świadek zna obecnego tu na sali Marka S. i czy go rozpoznaje?

– Nie znam, więc nie rozpoznaję.

– A czy świadek wie, że Marek S. dopytywał się o świadka i jej powiązania z mafią trójmiejską? Czy świadek zdaje sobie sprawę, że takie oskarżenie może spowodować dla świadka przykre konsekwencje. Więc proszę odpowiedzieć: miała świadek jakieś powiązania z mafią trójmiasta czy nie? Proszę krótko, tak lub nie.

– Protestuję – przerywa mecenas Belzebub – ani świadek Marek S. nie zna świadka Carycy K., ani świadek caryca K. świadka Marka S. Jest więc oczywiste, że oskarżyciel próbuje skonstruować karkołomny sylogizm, mający taką pierwszą przesłankę, że skoro świadkowie się znali, a przecież świadek Caryca K. zmarła dużo wcześniej, przed odejściem w zaświaty obecnego tu na sali nieboszczyka Marka S., miałoby to implikować, jakoby mój klient Jarosław K. wiedział coś o tej znajomości i nic nie zrobił, aby jej zapobiec. Wysoki Sądzie Ostateczny, czy zadawanie takich pytań nie świadczy o, mówiąc delikatnie, pewnych mankamentach w zakresie podstaw etyki zawodowej mojego szanownego kolegi? Zresztą z tym pytaniem zwracam się bezpośrednio do mecenasa Archie.

Sędzia Jehova D. Lord z grymasem irytacji wzywa obu prawników, by się zbliżyli do stołu. Trzy twarze się stykają.

– Muszę was poinformować, panowie, że wprawdzie dysponujemy pewną ilością czasu, nie mniej jednak pragnąłbym, aby ten proces trwał nie dłużej niż kilka tysięcy lat. Zwracam wam więc uwagę, że przed nami jeszcze przesłuchanie paru tysięcy świadków. Darujcie więc sobie panowie całą sofistykę i krasomówstwo. Mecenasie Belzebub, do pana mam kilka słów na osobności. Oczywiście pan i pana klient macie prawo wyboru taktyki. Nie sądzę jednak, aby wybór obrony z pozycji niewinny należał do najzręczniejszych i najszczęśliwszych. Skoro jednak Wysoki Sąd Ostateczny udzielił obronie prawa do wolnej woli… to proszę bardzo. Ale muszę z naciskiem zaznaczyć, że oskarżony wcale nie znalazł się przypadkiem na ławie oskarżonych. Pan, panie mecenasie usiłuje podważać fakty, a fakty są takie, że w Janowie już nie ma koni, w Puszczy Białowieskiej to nie korniki, ale niejaki Szyszko niszczy drzewa, nie mówiąc o armii, którą Antoni M. goni po jeszcze nie wyciętych lasach. I czy mógłby pan wyjaśnić co miał na myśli Jarosław K. głosząc z drabinki, że białe róże są symbolem nienawiści i głupoty?

– Niech to wytłumaczy sam Jarosław K.

Ten się lekko uśmiecha i skrzeczącym głosem woła: – Cała Polska z was się śmieje!

– …komuniści i złodzieje – dochodzi z sali dla aresztantów głos Joachima B. Wysoki Sąd Ostateczny nakazuje wysłać Joachima B. do kotła, w którym już przebywa Krystyna P.

– Wysoki Sądzie – podejmuje mec. Gabriel, przechadzając się przed ławą przysięgłych – zeznania złożone przez świadków obrony niczego nie wnoszą, co w istotny sposób mogłoby zmienić ocenę rozmiarów przestępstwa popełnionego przez Jarosława K. i jego podwładnych. Przecież bronią go wspólnicy jego przestępstw, ci, na których opierał swój perwersyjny, demoralizujący system, oparty na obietnicy lepszego jutra za 500 złotych. W imię ideologicznych mrzonek oskarżony byłby nawet w stanie obiecać zniesienie prawa grawitacji z nadzieją na latanie (tu uśmiechając się głaska swoje skrzydełka). Nie znajduję żadnych okoliczności łagodzących, które choć częściowo usprawiedliwiałyby czyny oskarżonego. W związku z powyższym domagam się dla oskarżonego Jarosława K. najwyższego wymiaru kary – kończy i wraca na miejsce.

Mec. Belzebub powoli wstaje, chwilę przechadza się w milczeniu, po czym z udanym ożywieniem rozpoczyna:

– Kary? Jakiej kary? Przecież oskarżony Jarosław K. już nie żyje! Więc w jaki sposób miałoby się wobec niego stosować karę najwyższą? Czyżby mój szanowny kolega pragnął sięgnąć do dawnych, już raczej anachronicznych sankcji, takich jak smażenie w smole, hiszpański but, koło do łamania, żelazną dziewicę, obcowanie z ohydnymi stworami, zmuszanie do jedzenia pająków, węży, robaków, a może mąk Tantala? A jeśli, to pytam: jaki związek istniałby między tymi „karami” a czynami, których autorstwo przypisuje się mojemu klientowi. Czemu miałyby one służyć? Chyba tylko zaspokojeniu niskiej żądzy zemsty. Oskarżony Jarosław K. nawet by nie rozumiał tego, za co skazuje się go na owe piekielne męki. Czy wolno karać kogokolwiek bez wyjaśnienia powodów zadawanej kary? I to tak, aby karany do głębi pojął jej sens? I dlatego obrona wnioskuje, aby obecny tu na sali Jarosław K. został uniewinniony.

– Protestuję! – mec. Gabriel zrywa się z miejsca – mecenas Belzebub odwraca kolejność rzeczy, sugerując, że przestępcy należy najpierw unaocznić rozmiar zbrodni, aby go dopiero potem ukarać. A przecież to kara jest narzędziem, której głównym zadaniem jest unaocznienie przestępcy rozmiarów jego przestępstwa. W więzieniu przestępca ma czas na zastanowienie się nad popełnionymi przez niego czynami; jest to czas, który pozwala rozwinąć się jego sumieniu, gdyż dopiero wyrzuty sumienia stanowią adekwatną karę i jedynie one dają szansę na poprawę i ewentualne zadośćuczynienie w stosunku do ofiar przestępstwa.

– Nie wiem, jak to sobie kol. Gabriel wyobraża. Żąda on niemożliwości. Chce, aby u mojego klienta rozwinęła się ta rzecz… to jak on nazywa… sumienie, którego mój klient nigdy nie posiadł w najmniejszym stopniu. Czy komuś, kto nigdy nie miał słuchu, można przy pomocy jakichś kar czy sankcji „rozwinąć” muzykalność?

– W takim razie – przerywa oskarżyciel Gabriel, zwracając się do Jehova D. Lorda – żądam, aby ów brak uzupełnić, wyposażyć Jarosława K. w sumienie, w umiejętność rozróżniania dobra od zła, poczucie grzechu i tak wyposażonego jeszcze raz skonfrontować z popełnianymi przez niego zbrodniami.

– Protestuję! Czy wolno karać kogokolwiek za czyny popełnione przez kogoś innego? Przecież mój klient wyposażony w sumienie nie będzie już tym samym człowiekiem, będzie kimś, kto nigdy nie byłby w stanie popełnić tych wszystkich przypisywanych mu przez mojego szanownego kolegę przestępstw. Byłoby to po prostu zwykłym znęcaniem się nad biednym, niewinnym człowiekiem.

Po za tym, o ile wiem cokolwiek na temat sumienia, zakładam, że występuje ono u poszczególnych ludzi w różnym natężeniu, a skala tego natężenia, jeśli się nie mylę, jeszcze nie opracowano. Jaką „dawkę” sumienia pragnąłby kolega zaaplikować mojemu klientowi, założywszy, że obecnie jego sumienie oscyluje wokół zera w skali Gabriela? Jakie natężenie sumienia – że się tak wyrażę – satysfakcjonowałoby mojego kolegę. Może maksymalne „10”!?. No cóż, przypuszczam, że przy takim obciążeniu, mój klient spaliłby się ze wstydu, może nawet zwariował, jak jego podwładny Antoni M. Jaką miałby z tego satysfakcję mec. Gabriel? Chyba że właśnie chodzi mu o to, by mój klient, dotychczas przy zdrowych zmysłach, oszalał. Wysoki Sądzie Ostateczny, proponuję, aby traktować mojego klienta tak, jak się traktuje klęski żywiołowe, a zniszczenia, jakie zostawił po sobie, jako konsekwencje tej klęski Czy Wysoki Sąd Ostateczny zamierzałby również wyposażać te klęski żywiołowe jak pożar, powódź, huragan w sumienie? Absurd, proszę Wysokiego Sądu Ostatecznego. Jeśli ktoś tu jest winny, to na pewno nie trzęsienie ziemi, ale ten, kto je spowodował albo do niego dopuścił. Kto dopuścił do tego, że mój klient miał nieszczęśliwe dzieciństwo?

Na ekranie pojawia się scena, jak mały Jacek z Plackiem kradną Księżyc.

– Że tak go uformowała rodzina, szkoła, mały wzrost, skrzekliwy głos, malutkie oczka? – kontynuuje obrońca. – Skąd miał wiedzieć, że nie należy być złośliwym, nie obrażać koleżanek i kolegów, nie pluć na nich, szanować ludzi, którzy maja inne zdanie. No kto – pytam – kto jest winny?! – zadaje to pytanie Belzebub, patrząc wymownie na Jehovę D. Lorda.

Jehov D. Lord jest wyraźnie zmieszany. Salę ogarnia zamęt. Przysięgli coś sobie szepczą, patrząc z zaciekawieniem na Jehovę. – Protestuję! – ostatni raz woła mec. Gabriel jakimś takim słabym głosem, a Jehov D. Lord wstaje i ogłasza:

– Zawieszam rozprawę do następnego bliżej nieokreślonego terminu. Przysięgli są proszeni o powrót do sali obrad i czekanie na decyzję Wysokiego Sądu Ostatecznego.

W tym czasie na Ziemi minęło 10 tysięcy lat.

Lewy