Kochajcie Trumpa: wiezie Dudzie brudne wiano

Donald Trump wycofał się z porozumienia paryskiego w sprawie klimatu. Bo on jest odpowiedzialny człowiek: chroni Amerykę, co znowu będzie wielka – czyli wstaje z kolan, chroni firmy i Amerykanina, co się nazywa taxpayer. Nie będzie Paris Accord bruździć Ameryce. Jak nie będzie, jak będzie: Ameryka nie uchroni się przed zmianą klimatu i jej skutkami, choć będzie je spychać na innych. USA, jako ciągle największa gospodarka świata, produkują najwięcej śmieci i gazów cieplarnianych zaraz po Chinach. Przy czym Chiny są głównym trucicielem dlatego, że świat z Chin importuje to, czego nie chce lub nie może robić u siebie, w ten sposób każdy importer ma swój udział w zanieczyszczeniach tam wytwarzanych, a niewinność jest pozorna.

Z kolei per capita, USA są drugim największym producentem CO2 na świecie, zaraz po Kanadzie. Kanada – jak widać – jest podobnie rozrzutna, ale jest też krajem ludnościowo dziewięciokrotnie mniejszym niż USA. Mniejszym nawet od Polski. Amerykanin, jeżdżąc swoim autem po swojej Ameryce, zużywa siedem razy więcej paliwa niż Europejczyk który jeździ po Europie. Skumulowana wielkość produkcji CO2, w latach 1990–2011 wskazuje, że USA zajmują pierwsze miejsce na świecie, z 16 proc. udziału globalnego. Chiny produkują 15 proc., UE (w obecnym kształcie) 12 proc. Wedle podziału sektorowego, największymi trucicielami jest branża wytwarzania energii i transport.

Węgiel to polska racja stanu – oświadczył Duda Andrzej, kandydat na prezydenta, co zna polskie problemy. Został prezydentem, więc się w wiedzy wzmocnił: „węgiel jest naszym podstawowym surowcem. Nie zastąpi go żadna energia wiatrowa, inna energia, bo to się Polsce nie opłaca” – powtórzył, po raz kolejny, tym razem w kopalni węgla „Bogdanka” parę miesięcy temu. Co to znaczy „nie opłaca się”, wedle jakich punktów odniesienia, celów i wartości było to liczone? Duda Andrzej tyle mówi, zwłaszcza tak mówi, że nie ma miejsca na większe wątpliwości: nie wie, co mówi.

Kompleks energetyczny Bełchatów to największy truciciel i producent gazów cieplarnianych w Europie. Na czarnej liście WWF i Climate Action Network 30 największych producentów CO2, są jeszcze trzy polskie elektrownie. Polska odpowiada za 15 proc. europejskiej produkcji gazu cieplarnianego, tyle samo co Brytania, mająca znacznie więcej ludności i pięć razy większy GDP. Francja, mająca gospodarkę i ludność o podobnej wielkości jak Brytania, mniej truje niż Polska. Niemcy produkują ponad dwa razy więcej CO2 niż Polska, ale mają dwa razy więcej ludności i siedem razy większy GDP. O Skandynawach nie ma co dyskutować: morze wokół Kopenhagi całe w śmigłach, tyle tam wiatraków. Bałtyk jest podzielony na sektory krajowe, w których możliwe jest budowanie wielkich farm wiatraków. Swój sektor ma też Polska. Ale do jego wykorzystania do czystej produkcji energii, z odnawialnego źródła, dalej jest niż kiedykolwiek w przeszłości. W Danii realizuje się też pilotażowe projekty uzyskiwania energii z ruchu fal morskich, ale nie w Polsce.

Wrócę do Wielkiej Brytanii. W latach 80. i na początku 90. zlikwidowano w Brytanii większą część kopalń węgla kamiennego. Było ich tam tyle, ile w Polsce. Wielka część w Walii. Zrobiła to Margaret Thatcher, w sposób bezpardonowy, często nie przebierając w środkach. Dzisiaj, w ostatnich kilku latach, zrealizowano tam wielki projekt infrastrukturalny. Miał związek z olimpiadą, ale tylko podróżny. Jego istotą jest dostarczenie Brytyjczykom czystej, „zielonej” energii i stworzenie zupełnie nowego systemu, elementu zmiany paradygmatu niemal cywilizacyjnego. To London Array. Farma wiatrowa na Morzu Północnym, złożona ze 175 wiatraków, każdy ma generator o mocy 3,6 MW. Całość projektu zasila około pół miliona gospodarstw domowych w czystą energię. Pół miliona gospodarstw domowych jest w Warszawie. Może mniej.

Dzięki temu, do ziemskiej atmosfery trafia prawie milion ton dwutlenku węgla mniej i 29 tys. ton dwutlenku siarki mniej. Kto może sobie wyobrazić, co to znaczy: milion ton (szkodliwego) gazu mniej?

Przedsięwzięcie tej skali to coś mającego znamiona skoku cywilizacyjnego: niezwykle zaawansowane badania, laboratoria, wynalazki, nowe techniki i technologie (technologia to nie technika, co jest nieustannie mylone; technika to: co?, technologia: jak?). Tysiące ludzi, niezwykłe umiejętności, ogrom opracowań i wynalazków również pośrednio prowadzących do celu, a rozprzestrzeniających się nowościami na całą gospodarkę i zmieniających mentalność. To konieczność strategicznego planowania na wiele dziesięcioleci do przodu, wieloletnich zobowiązań, zmian prawa, nowych norm, bardzo zaawansowanych montaży finansowych, i wielostronnej, partnerskiej, międzynarodowej współpracy wiążącej ludzi i firmy – małe i wielkie – na lata i czyniących wszystkich stronnikami sukcesu. To fantastyczne, nowoczesne i satysfakcjonujące miejsca pracy. Z bezpieczeństwem jako regułą absolutną. Tam, przy takich pracach, nie ginie niemal nikt, w Polsce, jak pamiętam statystyki sprzed kilkunastu lat, a z pewnością nie doszło do drastycznej poprawy, co roku w związku z wydobyciem, transportem i przetworzeniem węgla dochodzi do około dwustu wypadków śmiertelnych. Życie w Polsce jest tanie. Choć mówią, że drogie.

Duński armator największej floty kontenerowców na świecie MAERSK jest mistrzem oszczędnego gospodarowania paliwem, co ma za punkt honoru i biznesowego zysku. Wiele miast Skandynawii odzyskuje energię ze śmieci i odpadów i z powrotem wprowadza ją do obiegu, oszczędzając w ten sposób środowisko naturalne. Podobnie jest z zanieczyszczoną wodą: bytową, przemysłową i opadową – wraca do wytwórców i użytkowników miasta w czystej postaci. W kopenhaskim porcie można pływać i ludzie chętnie to robią, taka jest czysta. Priorytetem staje się taka konfiguracja miejsc zurbanizowanych, by człowiek mógł spełniać wszelkie swoje życiowe potrzeby związane z zamieszkaniem i pracą jak najwygodniej, sprawniej, zużywając na to jak najmniej energii i czasu, jak najmniej ingerując w środowisko.

Nie bardzo jest co porównywać: polska gospodarka truje znacznie bardziej. Polska myśl zaś znajduje lustro w stanie gospodarki.

Polska wynalazczość, innowacyjność i wdrożenia (sic!) w najnowocześniejszych dziedzinach, a energetyka i ochrona środowiska stają się jedną z lokomotyw rozwoju, to dramat. Przywołam znowu słowa Dudy Andrzeja: „inna energia niż węglowa się Polsce nie opłaca”. Oto, co mówi świeży raport Bloomberga, opublikowany w „New Energy Outlook”: w ciągu najbliższych 25 lat na inwestycje w alternatywne źródła energii zostanie przeznaczone 7,8 bln USD. Dla jasności: nie chodzi o billion, czyli amerykański miliard, lecz bilion, czyli bilion: 7800 mld dolarów amerykańskich. Znowu zapytam: kto jest w stanie sobie wyobrazić wielkość tej kwoty? Ale przecież nie o samą kwotę chodzi, ale o to, co ona przyniesie. Polska, pod rządami PiS oświadcza, że nie jest zainteresowana ani jednym dolarem z tej sumy. Mamy wszak węgiel: brunatny i kamienny. Które, poza wszystkim, mają to do siebie, że się wyczerpują.

Więcej jeszcze: Bloomberg twierdzi, że w horyzoncie 2040 r. węgiel jako źródło energii i napędu gospodarek stanie się definitywnym przegranym. Nad Wisłą słyszymy marzenia PiS, że będzie rządził jeszcze w pobliżu tej daty. Może i po niej – obywatele Rzeczpospolitej?

Problem Polski prawie nie jest problemem gospodarczym. To ciężki problem, choroba mentalna. Polska ma swoją „chrześcijańską tradycję od 1050 lat!”. Ona nas szczęśliwie niesie przez dzieje i poniesie dalej: na śmietnik historii. Zamiast 7800 mld USD, będzie w Polsce 500 zł na drugie dziecko. A skąd będzie, gdy węgiel będzie niesprzedawalny w perspektywie pokolenia i uczyni z nas żałosny skansen obłożony sankcjami za dewastację świata?

Owszem, w Polsce można zrobić stalowy tubus wieży wiatraka, można zrobić platformę techniczną, można zrobić i śmigło. Nie można zrobić całości, nie można tego wymyślić i stosować. Możemy być podwykonawcą wobec podwykonawców, ale nasza szansa bycia liderem jest dokładnie zerowa. Mniej nawet, ujemna, bo gdyby ktoś z Polski to zaproponował Duńczykom, Anglikom, Niemcom, Francuzom, Amerykanom popukają się w czoło: są granice akceptowalnych wygłupów. Tak, Francuzi: co oświadczyła Szydło Beata, gdy odrzucona została oferta Airbusa na śmigłowce transportowe Caracal? – Polska nie chce być krajem montowni! Ma wielkie ambicje. W ramach wielkich ambicji dokonano zniszczenia tego skromnego sektora produkcji energii z wiatru, jaki zdążył zakiełkować. Od 2005 r. można było używać „zielonych” świadectw energetycznych, pozwalających się rozwijać temu sektorowi. Agencja Rynku Energii podała dane za 2016 r. Wskazują one, że 70 proc. przedsiębiorców rynku farm wiatrowych Polsce przyniosło w minionym roku straty w wysokości średnio kilkunastu milionów złotych każdy. W sumie działalność w branży wiatraków dała straty rzędu 3 mld zł. Kurs prawny i mentalny, jaki został przyjęty właśnie w Polsce jest przeciwny niskoemisyjnym i zróżnicowanym źródłom energii oraz zasadzie życia jakościowego, a równocześnie minimalistycznego. Cytowany wyżej raport Bloomberga podaje, że cena uzyskiwania energii z wiatru oraz ze słońca nieustanie maleje, co czyni ją coraz bardziej konkurencyjną w rozumieniu czysto biznesowym, bez dodatkowego wymiaru społecznego, klimatycznego i cywilizacyjnego.

Podobno, już całkiem niedługo – jak oświadczył wicepremier Morawiecki – po Polsce będzie jeździć milion samochodów elektrycznych. Nie będzie, to sny o potędze i życie mniemane. Jak się jest zanurzonym w kwasie takiej mentalności, jest to niemożliwe. Premier Morawiecki powtarza za Wałęsą (choć on agent „Bolek”): Polska jak Japonia. Tak, w Japonii auto elektryczne to prawie norma, w tamtej mentalności mieści się to doskonale, w Polsce to bajka o żelaznym wilku. Rodzi to poważniejsze obawy niż to, że Wałęsa to „Bolek”: czy premier Morawiecki ma pojęcie o gospodarce. Czy rozumie, co mówi?

Nieusuwalnie słabo w tej sytuacji radzimy też sobie z tym, co w miastach i krajach wielu państw świata od dawna jest przedmiotem działania systemowego: zrównoważonym rozwojem, w którym więcej się daje niż bierze. Więcej zostawia dla naszych następców, niż samemu zużywa, oraz intensywnie pracuje nad tym, by naprawić to, co zostało zepsute. Co zostało zepsute? To pierwsze, pozornie proste pytanie, przerasta zdolność pojmowania większości. Wiatraki nie będą psuć nam widoku. Zdobić będzie dalej wieża kopalniana, plac składowy, zwałowisko, hałdy; hala pieców, wywrotnice, taśmociągi i kominy; wielkie maszyny wycinające w ziemi parokilometrowej rozległości dziury, dewastując w ten sposób środowisko na wiele kilometrów poza samymi kopalniami. Oraz tysiące kilometrów torów, bocznic, rozjazdów, zajmujące setki kilometrów kwadratowych, często w środku miast, by węgiel mógł być dalej naszą dumną racją stanu. Będą też zdobić palące się opony, gdy górnicy znowu wyjdą na ulice dalej głaskani i mamieni zarazem przez rząd tym, że „dostaną”. Nie wychodzą – jeszcze – czarne parasolki, protestować przeciw temu, żeby dotować przemysł (echo Trumpa: taxpayer nadwiślański), który sami rządzący, działając w ten sposób, stawiają poza nawiasem normalnych reguł gospodarczych.

Nie ma się co dziwić i nie może być inaczej: skoro węgiel jest racją życia Polaka, Polak musi truć: świat i siebie. Świadomość środowiskowa jest bardzo niska: miliony aut ze szrotów i ukochany stary diesel Polaka, albo i nowy – z usuniętym celowo filtrem cząstek stałych. Smog zawieszony w miastach i charakterystyczny, kwaśny smród palonego węgla, byle jakiego i wszystkiego co popadnie: papy, mebli, plastików, lakierów; opona też się nada, taka sama co u górnika. Puszcza Białowieska nie jest po to, żeby była, ale żeby była zaśmiecona. A teraz – żeby jej nie było. Ale przecież będzie istnieć dalej – jako duma mniemana, co przecież jest esencją polskiej Tradycji: mniemania co do rzeczy i byty wirtualne. Jak Polak chce, tak będzie. Unia nie ma prawa zmuszać! Niech jednak nie jęczy, gdy go dotkną skutki. To, oczywiście, próżny apel, choć logiczny: jęki i pomstowania będą i to bardziej wzmożone. Nie po to jest się głupcem i ślepcem, żeby siedzieć cicho i własne szaleństwa znosić z godnością, na własny rachunek, oraz czegoś się uczyć. Rządzi zasada samobójczej chytrości: aby dziś mieć korzyść, aby ja, aby taniej i cwaniej. To zupełne przeciwieństwo zrównoważonego rozwoju. Przeciwieństwo – cóż za zwietrzałe i ośmieszone przez Polaków w Polsce pojęcie – solidarności.

Trump secesjonista, rozbijający porozumienie klimatyczne w Paryżu, z tak wielkim trudem wypracowane, wśród wielu przeciwności i przy wielkim wkładzie dyplomacji francuskiej, do czego powrót przez wiele lat może się nie udać, jest nie tylko twarzą afrontu Ameryki wobec Francji i wszystkich tych, co podpisy w dobrej wierze złożyli. Podnosi bowiem klimatyczny problem globalny na jeszcze wyższy i niebezpieczniejszy poziom. Polska – jak widać – musi być dalej lichą, bo – znowu – mniemaną kopią Ameryki: krzyczy, że Paryż ją krzywdzi, Bruksela krzywdzi i wszyscy dookoła krzywdzą i nie będzie nam nikt ograniczał używania węgla. I co jeszcze gorsze – przestawiał nam myślenia na zupełnie inne tory. Bronimy świętości, w czym jesteśmy mistrzem świata i galaktyki.

Polska, dodawszy wkład do niszczenia środowiska, krzyczy jednocześnie wniebogłosy, że atakuje ją uchodźca, co chce wleźć do Polski ze swoją arabską i afrykańską nędzą i zarazić ja islamem, pasożytami, gwałtem i terrorem. Dewastując klimat, dewastujemy te kraje, które i dziś cierpią najbardziej. Kraje gorące i suche będą pustynnieć jeszcze bardziej, a ludzie tam mieszkający będą jeszcze bardziej zdesperowani, by uciec od nędzy, głodu i śmierci. A tam, gdzie są obecne te zjawiska, zawsze obecna jest też przemoc. Zdecydowana większość ludności świata mieszka na terenach najbardziej zagrożonych w razie zmian klimatu: nad morzami, które już się podnoszą i których temperatura rośnie; w dolinach rzek, na terenach zalewowych lub suchych. Pokrywa lodowa Arktyki znika w zastraszającym tempie, giną endemiczne gatunki. Podobne zjawisko obserwuje się wokół bieguna południowego oraz w tropikach: giną rafy koralowe. Morza będą się podnosić jeszcze szybciej, kraje Pacyfiku, leżące na poziomie morza, na rafach, będą znikać, a pustynie się powiększać. Dewastujemy brutalnie Amazonię i inne lasy tropikalne świata. Wzrost średnich temperatur oznacza uwalnianie się coraz większych ilości metanu z okolic arktycznych, w Kanadzie, na Alasce, na Syberii – wcześniej, w miarę bezpiecznie, uwięzionego w wiecznej zmarzlinie.

Zalewamy miasta betonem: więcej ulic, więcej estakad, więcej murów, asfaltu i twardego podłoża. Mniej zieleni, mniej kwiatów i ziół. 60 proc. gatunków małych owadów, zapylających rośliny – podstawę piramidy pożywienia wszelkich gatunków, zostało w ciągu ostatnich 20 lat w Europie – zgodnie z danymi unijnymi – wytrzebione. Tereny zurbanizowane stają się monokulturowe pod względem bioróżnorodności. Owad nie ma czego zapylać, nie ma co jeść i gdzie się schronić. Ginie. Woda opadowa nie ma gdzie wsiąkać w podłoże, musi być kanalizowana i wpuszczana do cieków wodnych, co z kolei – widzimy w zabałaganionej infrastrukturalnie Polsce – natychmiast podnosi ryzyko powodzi, w miastach i poza miastami. Brak nam spójnego prawa i brak spójnych systemów. Najbardziej – rozumu. Popadamy w szaleństwo, bezmyślni w ciepłym tłumie. Lemingi to nie zwolennicy PO. To już wyznawcy PiS: rozstrzeliwać bażanty, ciąć drzewa, gdzie się chce, ciąć ostatnią polską puszczę i zabetonować Rospudę – co zrobiłby tamten minister dewastacji środowiska, gdyby nie przytomni i nieliczni obywatele, zrobi ten sam – dziś, a jutro rzecz będzie dokonana. Trzymać się węgla za wszelką cenę, żyć zgodnie z tzw. tradycją (oto tradycja: węgiel kamienny w kominku u Chrobrego). Biec radośnie ku zagładzie – oto polska racja stanu, której strażnikiem jest prezydent. Taki entuzjasta racji.

Ludzie będą więc uciekać od zniszczonego środowiska i od jego skutków: wojny i wewnętrznego terroru. My zaś – Polacy, czyli katolicy, będziemy ich jeszcze głośniej przeklinać i jeszcze bardziej widowiskowo nimi gardzić. Taki oficjalny kurs. Zaoferujemy w końcu „korytarze humanitarne”, o ile w ogóle będą. To żadne rozwiązanie globalne, a wyłącznie coś na chwilę, pozór rozwiązania dla garstki. To jest patriotyzm, racja stanu, to dawanie odporu, to dbanie o człowieka – jak w Auschwitz nędzną mową – i to jest katolicyzm: kochamy bliźniego swego. Najlepiej martwego.

Tanaka

Źródła danych statystycznych i technicznych, poza wymienionymi w tekście: World Resources Institute, United States Environmental Protection Agency, 4Coffshore, London Array, Businessinsider, „Gazeta Wyborcza”, money.pl, własne.