SĄD OSTATECZNY (w częściach prozą, II)

Odprowadzany triumfalnym spojrzeniem Gabriela, Luc D. Belzebub wraca na swoje miejsce.

– Czy świadek zauważyła, że oskarżony Jarosław K. podzielił Polaków na dwa sorty, że temu, jak to się wyraził, drugiemu sortowi, nie przyznawał prawa do bycia prawdziwym Polakiem, kiedy to wykrzykiwał z drabinki „Cała Polska z was się śmieje!”?

– Komuniści i złodzieje! – rozległ się donośny krzyk powołanego na świadka obrony Joachima B.

– Sąd Ostateczny nakazuje świadkowi Joachimowi B. natychmiastowe opuszczenie sali i skazuje go na grzywnę. Świadek zostanie w odpowiednim czasie wezwany na przesłuchanie.

– Joachim, nie przejmuj się! – to inny świadek obrony Krystyna P., zajęta spożywaniem sałatki śledziowej, ujęła się za swym kolegą – ten czarny koleś nie ma żadnej legitymacji do wydawania wyroków i karania świadków. Jego togą mogę se, wiesz co, podetrzeć?

– Wysoki Sąd Ostateczny skazuje świadka Krystynę P. za obrazę Sądu i Pana Boga Jehov. D. Lord, na 5-letni pobyt w gorącej smole. Proszę wyprowadzić i przekazać posłankę w ręce Mariusza B. Lucyfera.

– Tak więc – mecenas Gabriel ponownie zwraca się do Jadwigi S. – zauroczenie Jarosławem K. częściowo ustąpiło. Czy na tę zmianę składały się takie czynniki, jak nieludzka praca umysłowa, pewne niedożywienie (niejadalna żywność), niedoznawanie ciepła ze strony najbliższej osoby…? Czy świadek mógłby to szczegółowo wyjaśnić?

– Czy mecenas Gabriel mógłby sprecyzować, co ma na myśli, mówiąc „niejadalna żywność”? Jest to określenie raczej mgliste – ironizuje Belzebub.

– Proszę bardzo. Czy świadek mogłaby nam opisać to, czym była karmiona w ostatnich latach?

– Po prostu tego nie dało się jeść. W tych sklepach było dużo niejadalnej kiełbasy, jak za Tuska, zagraniczne sery, jakbyśmy nie potrafili sami wyprodukować lepszych serów. Była to antypolska działalność i nic się nie zmieniło, mimo że Tusk wyjechał. Mnie się to po prostu nie podobało i nie smakowało.

– Jeśli mecenas Belzebub przepada za fałszowaną kiełbasa i francuskimi serami, to być może będzie się nadal upierał przy mglistości określenia „niejadalna żywność”.

Śmiech na sali. Obrońca nieporuszony wymienia jakieś uwagi z oskarżonym, który uśmiechnięty, ze splecionymi rączkami wysłuchuje go jednym uchem, po czym Belzebub wstaje: – Mój klient kategorycznie oświadcza, że świadek Jadwiga S. była karmiona zdrową polską kiełbasą, zaś francuski sery i karakale należą do smutnej epoki Polski w ruinie, z której to ruiny szybko się Polska podniosła. Takie były dyrektywy, które oskarżony wysyłał do wszystkich dyrektorów i prezesów państwowych spółek. – Kłamstwo, co za bezczelność!

Wrzawa, harmider są nie do opanowania. Sędzia bezskutecznie używa młotka, wreszcie przekrzykując hałas oznajmia: – Zawieszam przesłuchanie świadków do godziny 15. Ławnicy są proszeni o udanie się do sali obrad.

Na sali wraca spokój, ludzie wstają i wychodzą dyskutując.

W tym czasie na Ziemi minęło 500 lat.

 

Sala obrad ławników

– Za wcześnie na wyrobienie sobie zdania, niemniej jednak jakieś wnioski można już wsnuć – Bruce Chang próbuje zainicjować jakąś wymianę myśli, Venus Washington, gruba Murzynka podejmuje temat: – Sami powiedzcie, jaki cel miałby Jarosław K., aby sprzedawać fałszowaną kiełbasę, przecież to zupełnie nie ma sensu. Wyobraźcie sobie, że na przykład u nas prezydent, albo ktoś tam, wpadłby na taki pomysł. Po pierwsze, przestałby być prezydentem, a po drugie znalazłby się w więzieniu albo u fucking świrów.

– Tak – zamyśla się Tommy Gump, dobrany do składu ławy z klucza jako homoseksualista – cóż nie wszystko wiemy, nie wszystko rozumiemy, tylko to, co dla nas oczywiste, wydaje się nam rozsądne. Ale przecież istnieją inne kultury, inne cywilizacje, wyposażone we właściwe im ryty. Czy my potrafimy zrozumieć ducha kultury znad rzeki Wisły i pojąć, dlaczego tam się zabija konie, prześladuje sędziów, wycina drzewa, bada parówkami lotnicze katastrofy, wynosi się pod niebiosa młodzieńców w brunatnych koszulach, którzy biją każdego opalonego osobnika naszego gatunku? Wiem, że Venus Washington nie czułaby się komfortowo w kraju prezesa Jarosława K. Ale czy my mamy prawo oceniać, potępiać tak oryginalną cywilizację? Tak samo trudno byłoby wytłumaczyć komuś nienależącemu do naszej kultury, naszego kręgu cywilizacyjnego, dlaczego promuje się u nas osoby mniej kompetentne, przyjmuje na uniwersytety mniej zdolnych, tylko dlatego że mają bardziej kolorową skórę, odbiegającą od europejskiego standardu. Jest to ryt naszej kultury, my to rozumiemy, innych może dziwić. Dlatego bądźmy tolerancyjni wobec inności. A swoją drogą, ten Jarosław K. to całkiem, całkiem… W innych okolicznościach, to kto wie.. – zamyśla się.

– Ciekawe jak to długo potrwa – odzywa się Susan Cage (dobrana z klucza „przeciętna kobieta”), sekretarka w wielkiej spółce marketingowej. – Zarówno obrona, jak i oskarżenie dysponują tysiącami świadków. Dobrze choć, że dzięki sędziemu Lordowi dysponujemy nieograniczonym czasem.

– No tak, nie musisz się stresować – Barbara Kunicky uśmiecha się przymilnie do Susan. – Masz rację Susan, spoko, spoko. Powiedz Tommy – zwraca się do swego absolutnego nierywala,

– gdybyś miał do wyboru demonicznego Lucka albo angelicznego Archie?

W tym czasie na Ziemi minęło 200 lat.

 

Sala sądowa

W ławie świadków siedzi Beata M. Odbywa się procedura zaprzysiężenia. Świadek B. zza swych rogowych okularów strzyże oczami raz w lewo, raz wprawo. Kiedy powtarza formułę „prawdę i tylko prawdę” żaden uśmiech, żaden grymas nie pojawia się na tej nieruchomej twarzy, tylko oczy jej latają raz w lewo, raz w prawo.

Tym razem pytania zadaje obrońca Luc D. Belzebub.

– Pani Beato – zwraca się do świadka, skubiąc sobie szarmancko wyczesany ogon. – Jakie jest pani zdanie na temat obecnego tu Jarosława K. Czy pani go rozpoznaje?

– Tak, rozpoznaję.

– Więc niech pani coś o nim powie.

– Pan Jarosław to człowiek uczciwy jak kryształ, nigdy nie oszukał, nigdy nie kłamał. To inni kłamią, obrażają pana Jarosława, a on spokojnie im odpowiada, nie używając brzydkich słów.

– Dziękuję – przerywa mecenas Luc – nie mam więcej pytań do świadka.

Zrywa się z miejsca mecenas Archie. – Ale ja miałbym kilka pytań do świadka Beaty M.

Świadek niespokojnie się odwraca, strzyże oczami na wszystkie strony.

– Sąd zgadza się na przesłuchanie świadka przez stronę skarżącą.

– Świadek powiedziała, że Jarosław K nigdy nikogo nie oszukał. A co świadek sądzi o tym, że Jarosław K. obiecał, że nie zostanie premierem, jak jego brat zostanie prezydentem, a jednak został. Czy świadek nie sądzi, że jednak oszukał?

– Protestuję! – przerwał Luc. – Mecenas Archie nie ma prawa sugerować świadkowie tego, czy mój klient oszukał, czy też nie. Mój kolega z palestry posuwa się stanowczo za daleko.

– Wysoki Sąd Ostateczny prosi oskarżenie o to, by się nie posuwał za daleko w sugerowaniu ocen świadkowi.

– Dobrze, więc zadam pytanie tak: co świadek sądzi o tym, że Jarosław K. najpierw powiedział, że czegoś nie zrobi, a potem to zrobił?

– Myślę – zaczęła spokojnie, z namysłem świadek Beata – że każdemu człowiekowi zdarza się coś obiecać, a potem zmienić zdanie… tylko krowa nie zmienia zdania… hy, hy, hy.

– Ale zmiana zdania to nie to samo co niedotrzymanie obietnicy. Jak bym ja obiecał pani w czymś pomóc, a potem nie pomógł, to jakby to pani oceniła?

– Ja pana pomocy nie potrzebuję!

– No dobrze, przejdźmy do czegoś innego. Świadek powiada, że oskarżony Jarosław K. nigdy nie obrażał innych ludzi. Czy nazywanie innych gorszym sortem, mordercami, zdrajcami, złodziejami, którzy jak mają pieniądze, to skądś je mają, nie jest obrażaniem?

– Nie jest, bo rzeczywiście skądś je mają.

– Czy świadek nie sądzi, że udziela wykrętne odpowiedzi, za co Wysoki Sąd może świadka ukarać?

– Ja się tego czarnego kolesia nie obawiam.

Mecenas Belzebub gwałtownie zrywa się na nogi: – Niech Wysoki Sąd wybaczy świadkowi tę wypowiedź, to osoba trochę niedorozwinięta i mało okrzesana.

– 5 lat w gotującej smole – pada sentencja wypowiedziana głosem podirytowanym – za kolesia. Wyprowadzić i oddać w ręce Lucyfera.

– Proszę Wysokiego Sądu Ostatecznego o niebranie pod uwagę skandalicznego zachowania się świadka. Nie chciałbym, aby to zachowanie, tak nieprzystojne, rzutowało na opinię o moim kliencie, znanym z kultury osobistej, wrażliwości, delikatności i wykwintnego języka.

– He, he, wykwintnego języka – ironicznie mruknął mecenas Archie.

Cdn.

Lewy