Dlaczego dzieci bywają okrutne

Przerzucanie się mądrościami na temat: wrodzona dobroć vs wrodzona wredność dziecka, co ostatnio mogliśmy obserwować w kilku blogowych wpisach, świadczy o nieznajomości problemu, jakim jest rozwój człowieka w najwcześniejszych latach – zarówno przed, jak i po urodzeniu. „Dzieci z natury nie są okrutne” – napisał internauta Qba 12 czerwca o godz. 18.51. – „Tak, jak młode wszystkich gatunków, tak i ludzkie młode trenują od szczeniaka dorosłe życie. To rodzice i otoczenie przekazują dzieciom okrutność psychiczną. I to jest do dupy”. Sprzeciwił się temu internauta act, który 13 czerwca o godz. 4:22 poinformował: „Mnie te niewinne istoty ustawiły tak w życiu, że do dziś nie mogę rozwiązać moich wczesnych (i teraźniejszych) dylematów. Piekło to inni – mawiał Sartre. Piekło to dzieci – mówię ja”.

Z tym piekłem – zgoda, tyle że piekło to żadni inni, ani – tym bardziej – dzieci. Odwróciwszy perspektywę, należy raczej powiedzieć, że to dla dziecka od pierwszej chwili po urodzeniu piekłem jest świat, na który wyszło, a właściwie w bólu wyczołgało się z bezpiecznego matczynego łona. Świat przeraźliwie jasny, przeraźliwie hałaśliwy, ogromny i okrutny. Przez dziewięć miesięcy przebywania w wodach płodowych w ciemnym wnętrzu maminego łona, bez ostrych dźwięków, stale karmiony przez pępowinę, płód jest związany z matką tak silnie, jak już nigdy później. Nic to, że jest (bo jest) dla matki pasożytem, obcym ciałem – w bólu zagnieżdżonym w żywej ściance macicy, wyciągającym z organizmu matki wszystko, co potrzebne mu do przeżycia. On nie jest – bo jak może być? – tego świadom. Od pierwszej chwili po urodzeniu, od pierwszego krzyku, dziecko cierpi bez obecności matki. Bez obecności tuż obok, na wyciągnięcie ręki, na każde jego życzenie wyrażane płaczem i krzykiem.

Czymże bowiem innym może swój lęk wyrazić, jak nie krzykiem? Jeszcze nie ma wykształconej świadomości odrębności siebie od otoczenia. Świat to ja, zdaje się mówić. Każdy psycholog zajmujący się badaniem psychiki małego dziecka powie, że dziecko w jego najwcześniejszym etapie rozwoju nie potrafi rozgraniczyć swojego „ja” od świata zewnętrznego. Nie potrafi też odróżnić zjawisk fizycznych od psychicznych. Jest absolutnie egocentryczne. Ten egocentryzm pozostaje poza pojęciem „dobra” i „zła”. Jest immanentną cechą – zrazu noworodka, później niemowlaka.

Ale świat to nie tylko „ja”, świat to także matka. Matka od chwili poczęcia; obojętnie – naturalnego czy sztucznego. Była przez dziewięć długich miesięcy światem dla „ja”, dlaczego tedy po dziewięciu miesiącach tym światem dla „ja” nie jest?

 

„Ja” zaczyna być okrutne

Dziecko – z każdym miesiącem coraz silniej – zyskując świadomość odrębności od reszty, wydziela z tej odrębności matkę. Ona nie jest „oni”, nie może być „oni”, ona jest też „ja”. A „ja” bez niej jest samotne. Samotne i nieszczęśliwe. I właśnie to poczucie samotności i nieszczęścia powoduje, że dziecko wpada w huśtawkę nastrojów tak silną, jak silną już nie będzie żadne inna huśtawka nastrojów, w jakie człowiek – zrazu świadomie dojrzewający, a później dorosły – może wpaść. Człowiek w pierwszym etapie rozwoju, prócz okresu animizmu i – idącego z nim w parze – okresem artyficjalizmu, postawiony jest – by tak to wyrazić – w stan okrucieństwa wyobraźni. Każde normalnie rozwijające się dziecko kilka razy w ciągu dnia potrafi w swojej wyobraźni okrutnie uśmiercić ojca, rodzeństwo i (tak, tak!) matkę. Tę najukochańszą osobę, której akurat nie ma w momencie, gdy dziecko najbardziej jej potrzebuje w swej ogromnej samotności. Jednocześnie potrafi być czułe, oświadczać się rodzicom i rodzeństwu w miłości po kilkanaście razy dziennie i obdarowywać ich w wyobraźni najpiękniejszymi prezentami. W dziecku budzi się poczucie winy z powodu złości, jaką odczuwa, gdy pozbawia się je przyjemności – napisała w książce „Nie ma wiary bez doświadczenia” Marielene Leist, zachodnioniemiecka protestancka psycholożka, filozofka i pedagog. – Poczucie winy wywołuje strach, który przejawia się często jako strach przed matką, a później przed ojcem. W rzeczywistości są to lęki przed własnymi ogromnymi możliwościami, czy też pragnieniami.

Bardzo ważne zdanie. Lęk przed własnymi ogromnymi możliwościami i pragnieniami. A te u dziecka są ograniczone wyłącznie jego wyobraźnią, która podpowiada mu różne wizje zadawanych najbliższym tortur. Matce za jej brak, gdy dziecko jej potrzebuje, ojcu za to, że nie pozwala rozebrać na części jego nowego laptopa, brata za to, że zżarł pół tortu, który miał być dla „ja”. Przykłady można mnożyć.

Ten też okres – rodzącego się w wyobraźni okrucieństwa – zbiega się z tym, który Jean Piaget nazywa okresem animizmu, wyróżniwszy jego cztery stadia. W pierwszym – wszystkie rzeczy w imaginacji malca posiadają potencjalnie świadomość. W drugim świadomością obdarzane są rzeczy poruszające się. W trzecim – te, które poruszają się własnej mocy. W czwartym wreszcie – świadomość ograniczona jest wyłącznie do zwierząt. Dzieci pozostają w pierwszym stadium do szóstego, siódmego roku życia. Czwarte osiągają w jedenastym, dwunastym. Badania Piageta nad dziecięcym animizmem potwierdzają jego istnienie we wszystkich częściach świata. Zgodnie z tym magia i animizm, następujące po początkowej, niezróżnicowanej fazie myślenia człowieka dopełniają się wzajemnie w okresie, kiedy jaźń dziecka nie jest jeszcze zdolna odgrodzić się całkowicie od świata zewnętrznego.

Proces ten unaocznia, że świat nierzeczywisty, istniejący jednak realnie w psychice dziecięcej stanowi pożywkę do sadzenia weń literackich fabuł oraz – co nieporównywalnie ważniejsze – że każdy człowiek w początkowej fazie swego rozwoju postrzega świat w kategoriach magicznych, a te przekształcają się z czasem – i pod wpływem ideologów religii, zwanych kapłanami – w myślenie religijne.

W grze imaginacji, połączonej z chwytaniem wrażeń zmysłowych jest silny pierwiastek uosabiający i ożywiający. To znaczy, że dziecko patrzy na przedmioty dla nas martwe jako na ożywione istoty – pisał grubo przed Jeanem Piagetem amerykański pedagog Jack Sully w „Duszy dziecka” jeszcze w XIX wieku. Notabene pierwsze polskie wydania tej książki pochodzi z 1901 roku, co świadczy o zainteresowaniu polskich pedagogów psychologią rozwoju małego dziecka.

 

Nie tylko pedagodzy

Pierwsze 30 lat XX wieku to także przełom w literaturze świadomie adresowanej do małego dziecka. Także w Polsce. Coraz częściej zaczynają się pojawiać utwory bazujące wyłącznie na dziecięcej wyobraźni, coraz częściej katechetyczny dydaktyzm patriotyczny, dominujący w utworach dla dzieci w wieku XIX, ustępować zaczyna pola mądrze pojmowanemu wychowaniu. Ukazują się teoretyczne prace pedagogów i krytyków literatury, a sami pisarze nierzadko łączą z powodzeniem obie te funkcje. Osobowe wzorce bohaterów literackich to nie tylko papierowe postaci z moralizatorskich opowiastek dydaktycznych rodem z kościelnej katechezy podlanej patriotycznym sosem. Na temat literatury dziecięcej głos zabierają najwybitniejsi pisarze tamtego okresu. Recenzentami książek adresowanych do dzieci i młodzieży byli: Sienkiewicz, Dygasiński, Konopnicka, Orzeszkowa i Prus. Powstały nowe czasopisma – adresowane zarówno do dzieci, jak i teoretyczne, które o twórczości tej traktowały.

Powoli i nieubłaganie inne treści zaczęły górować nad patriotyczno-religijnymi. Fantazja, dowcip, przygoda, igraszka słowna, a także absurd są coraz częściej na usługach pisarzy tworzących najwybitniejsze dzieła tego okresu. Wtedy to powstają „Klechty sezamowe” i „Przygody Sindbada Żeglarza” Leśmiana, a nieco później „Król Maciuś I” Korczaka. Pod koniec tego okresu – najszczęśliwszego chyba w całej historii polskiej literatury dla najmłodszych – wydane zostają pierwsze wiersze dla dzieci Brzechwy i Tuwima. Wtedy też Irena Tuwim tłumaczy w genialny sposób książki A. A Milne: Winnie-the-Pooh (pierwsze polskie wydanie to 1926 rok), nazywając ją „Kubuś Puchatek” oraz (wydaną w Polsce w 1928 roku) „Chatkę Puchatka”, czyli The House at Pooh Corner.

Przywołana już przeze mnie Marielene Leist napisała: Poczucie winy wywołuje strach, który przejawia się często jako strach przed matką, a później przed ojcem. W rzeczywistości są to lęki przed własnymi ogromnymi możliwościami, czy też pragnieniami.

W swym rozwoju filogenetycznym nasz gatunek wykształcił mechanizmy, które potrafiły (w każdym rzazie usiłowały) neutralizować ogromne napięcia powstające w kilkuletnich głowach. Są nimi baśnie i legendy, adresowane głównie do dzieci, a przekazywane z pokolenia na pokolenie. Pisał o tym najobszerniej Bruno Bettelheim w książce „Cudowne i pożyteczne”. Baśnie bowiem uwzględniają trzy podstawowe cechy, jakimi powinna charakteryzować się literatura dla dzieci: zaspokajają naturalną potrzebę cudowności, potrzebę bezpieczeństwa i chęć utożsamienia się z pozytywnym bohaterem, który niszczy zło. Dla rozważań o „okrucieństwie” (wrodzonym bądź nabytym) dzieci szczególnie istotna jest trzecia funkcja. Lęk przed samym sobą, przed uświadomionymi możliwościami okrucieństwa, musi zostać rozładowany. Zatem dobro, które w baśni zwycięża nad złem, to jasna strona naszego jestestwa, rozprawiająca się z jego ciemną stroną. Przykład jednak musi być na miarę tych lęków.

 

Konfesjonał zastępuje terapię

XIX wiek, jakkolwiek ważny dla polskiej literatury adresowanej do dorosłego czytelnika, dla pisarstwa dziecięcego był wiekiem złym. Patriotyczne treści zostały na wskroś przesiąknięte natrętnym dydaktyzmem podanym w oprawie prymitywnej religijności. Taka była konieczność – można by powiedzieć; smutna cena, jaką przyszło zapłacić za niepoddawanie się wynarodowieniu. Ów konfesyjny patriotyzm stanowił pożywkę dla pisarstwa Bełzy, Jachowicza, Niemcewicza, Tańskiej-Hoffmanowej, Konopnickiej czy Kraszewskiego, by wymienić najbardziej znanych autorów tego stulecia, piszących z pełną świadomością dla najmłodszego odbiorcy.

Tymczasem w całym niemal świecie w tym czasie zaczyna się odkrywać specyficzne psychologiczne uwarunkowania wieku dziecięcego, naturalną potrzebę dziecięcego fantazjowania oraz – równie naturalne skłonności do myślenia określanego przez jednych jako magiczne, przez innych zaś – jako religijne.

W Polsce wychowanie dziecka w duchu patriotyczno-religijnym długo jeszcze będzie przez pedagogów zadaniem numer jeden. Stąd też wszelkie wartości, jakie wpajane były w tym czasie dziecku poprzez literaturę, były wartościami wyłącznie religijno-patriotycznymi. Obok tak pojętej twórczości istniał także rynek – nieźle prosperujący – różnego rodzaju groszowych powieścideł: podróżniczych, awanturniczych, sensacyjnych i metafizyczno-okultystycznych, które z jakimikolwiek wartościami nic wspólnego nie miały. Historia zatoczyła koło i dziś rynek wydawniczy (i czytelnictwo) dla dzieci przypomina ten z drugiej połowy XIX wieku.

Wystarczy wejść do pierwszej lepszej księgarni sprzedającej literaturę adresowaną do dziecka, aby się przekonać, że te wartościowe pozycje kończą się na końcówce ubiegłego wieku. Tuwim, Brzechwa, Kulmowa, Kern, Woroszylski odchodzą powoli w zapomnienie, a ich miejsce zajmuje badziewie rodem z Disneylandu oraz opowiastki o małym Jezusie, który kocha dzieci, i jego matce Maryi. Ostatnią książką, która respektowała naturalne potrzeby dziecka do zabawy (także słownej), fantazji i magii, jaka w Polsce została napisana i wydana, jest – według piszącego te słowa – „Bromba i inni” Macieja Wojtyszki oraz dwie jej następczynie, z „Tajemnicą szyfru Marabuta” i „Brombą i filozofią” włącznie. Reszta jest albo wtórna wobec takich mistrzów jak Brzechwa, Tuwim czy Kulmowa, albo naiwnie dydaktyczna, gdzie dydaktyzm splata się z (pisanymi najczęściej przez księży) opowiastkami o horrendalnych przeżyciach dziecka, które nie może uporać się z grzechem okłamania mamy „w temacie” – zjadłem bratu ciasteczko.

Wrócę jeszcze raz do lęku dziecka przez własną wyobraźnią, która zabija mamuśkę w momencie, gdy jej nie ma przy maluchu, oraz ojca, który mamuśkę dziecku odbiera. Do tego, co Leist nazwała lękiem przed własnymi ogromnymi możliwościami i pragnieniami.

We wszystkich baśniach świat od wieków funkcjonował jako obowiązkowy określony zestaw motywów i wątków, które ludowa (i nie tylko – wystarczy zapoznać się z „Pańczatantrą”) tradycja zawiązywała różnie, ale których symbolika pozostawała niezmienna. Układała się ona w klucz otwierający w dziecięcej psychice te akurat drzwi, przez które znajdowała ujście nagromadzona agresja, stres i inne niepokoje stające się udziałem każdego człowieka w momencie zyskiwania samoświadomości.

Symboliczne znaczenie poszczególnych wątków w najbardziej znanych baśniach odczytał i przetłumaczył wspomniany już Bruno Bettelheim w książce „Cudowne i pożyteczne”. Ukazał on jednocześnie rolą, jaką odgrywają one w łagodzeniu napięć bezustannie powstających w kilkuletniej psychice.

Austriacko-amerykański psycholog ogromny nacisk położył na możliwe „czyste” przedstawienie tych motywów w literackich adaptacjach baśni. Jego niepokój dotyczył przede wszystkim łagodzenia zbyt drastycznych – zdaniem współczesnych autorów i redaktorów książek – wątków oraz wprowadzania wyłącznie szczęśliwych rozwiązań fabularnych w miejsce tych, które kończyły się śmiercią bądź cierpieniem bohaterów.

Skutki takiego „prasowania” bajek widać dziś na każdym kroku także w polskiej literaturze. Zalewa nas infantylna paplanina, pełna milusieńkich straszydeł, „hecnych” czarnoksiężników i łagodnych smoków, niańkowatych czarownic i kumplowatych diabłów. Im więcej rzeczywistego okrucieństwa straszy dziecko z ekranu telewizora i wyświetlacza komputerowego, tym więcej infantylnego blablania zanudza z kart książek.

Preferowanie wyłącznie zabawy jest szkodliwe dla dzieci, gdyż zwalnia z dziecięcej świadomości istnienia bólu i cierpienia innego niż własne oraz pozostawia sam na sam z jeszcze mocniejszym poczuciem dezintegracji.

W baśniach smoki porywają rzeczywiste panienki, a dzielni rycerze naprawdę rozprawiają się z gadami. Wilki naprawdę oszukują, są podstępne, okrutne i pożerają prawdziwe dziewuszki w czerwonych kapturkach, a dobrzy myśliwi te panienki ratują. Tygrysy, niedźwiedzie i żmije są prawdziwe i złe, trolle i gnomy wciągają w mroczne otchłanie, a upiory i strzygi straszą. Lecz półki dzisiejszych domów wydawniczych zapełnione są stworzeniami przypominającymi bardziej pluszowe zabawki, a budzące powszechną odrazę pająki, glisty i dżdżownice – milusińskimi zwierzątkami do pogłaskania. Mętlik jest tak ogromny, że trudno dziś odróżnić dzieła wartościowe od chłamu.

A konfesjonał? Służy wyłącznie do zadawania przedkomunijnym ośmiolatkom pytań o nieczyste myśli na temat szkolnej koleżanki, przy czym przesłuchujący ośmiolatka ksiądz za te myśli grozi piekłem.

anumlik