Wiara w sztukę i sztuka wiary

Jedną z form obrony przed skończonością życia jest uwielbienie „boskości”. W życiu codziennym objawia się to m.in. jako podziw dla osobników lepiej wyposażonych i dobrze wpisuje się w fenomen życia, bowiem dla osobnika obdarzonego samoświadomością problem „celowości” życia jest ciągle nierozwiązany. Choć uznajemy, z konieczności, potrzebę działań racjonalnych, takich jak zdobywanie pożywienia czy odzienia, to w tzw. międzyczasie oddajemy się działalności wysoce nieracjonalnej i przypisujemy jej coraz większe znaczenie.

Stworzyliśmy pojęcie „sztuki” nie dbając o jego definicję. Dzięki temu możemy wielbić wszystko: „Gwiezdne wojny”, Picassa, Madonnę (w tym Czarną), Mickiewicza itd., itp. Jak sztuka, to sztuka. Niejaki Johann Nepomuk Nestroy (1801–62) rzekł był: „Sztuka jest wtedy, gdy się nie potrafi, bowiem nie sztuka, kiedy się potrafi” (przekład mój). Skoro wszelka działalność kulturalna jest nieproduktywna (w sensie materialnego zabezpieczenia życia), to powodzi nam się nieźle, jeżeli możemy sobie na nią masowo pozwolić. Jak napisał nieodżałowany Młynarski: „chleba dosyć, ale rośnie popyt na igrzyska”.

Trzymając się ewolucji możemy przyjąć, że sporadycznie pojawiają się wśród nas osobniki wyposażone ponad przeciętność. Jeżeli celowo lub przypadkowo zapewnimy im możliwość rozwoju i wykorzystania ich szczególnego talentu, otrzymamy zdolnego twórcę i – przy odrobinie szczęścia – zachowamy jego dzieła dla potomności. Do tego jednak, oprócz szczęścia, potrzebne są walory ekonomiczne, czyli: kto ma, ten ma. Czy pan Kulczyk mógłby sobie pozwolić na zatrudnienie pana Michała Anioła? Nie wiem. Obaj już odeszli. Ale dyktatorzy, w tym kk, mogą. I po nich najwięcej pozostaje.

Skoro pojawił się Einstein, Beethoven czy Chagall, to może nasze dziecko też…? Mój znajomy (świetny informatyk) katował swego syna nauką gry na skrzypcach. Bo, skoro Einstein grywał… Syn odziedziczył po ojcu pamięć. Po matce („robiła” w sztuce) nic. I robi pieniądze. Też sztuka.

Przemieszczając się za czasów PRL przez Śląsk Górny podziwiałem różne kopalnie. W tym kopalnie piłki. Jak to jest, że pan Lewandowski, niewątpliwie wspaniały kopacz, otrzymuje za swą działalność pieniądze niewspółmierne z uposażeniem górnika dołowego? Tu objawia się cud wiary w (jednak, może) boskie działanie. No bo jak to możliwe: ja nie mogę, a on może? Cud! Jeżeli konstruktor zbudował most, po którym codziennie przekracza rzekę tysiące pojazdów i pieszych, to dostał za to zapłatę i to by było na tyle. Jeżeli aktor zagrał w filmie, to dostaje za to gażę oraz tantiemy. Jeżeli film jest słabo oglądany, to tantiemy i tak są wypłacane. Jeżeli most nie spełni oczekiwań, to co czeka inżyniera?

Oczywiście każdy z nas jest inny. Mamy zatem różne możliwości fizjologiczne. Społeczność (z rodziną włącznie) decyduje, czy te możliwości wykorzystamy. Jeszcze w szkole średniej mieliśmy porzekadło: „Zostawmy ładne dziewczyny głupcom”. Ile w tym było zazdrości? Nie ważne. Mit „blondynki/a”, czyli osoby na tyle dobrze wyposażonej przez naturę, że nic więcej nie musi, funkcjonuje powszechnie. Tu narzuca się pytanie: może powinniśmy uczyć dzieci patrzeć na wnętrze, a nie na „tapetę”? Może powinniśmy uczyć dzieci uczenia się i siebie? Tak, by każdy dorosły znał swe aktualne możliwości. I by każdy dorosły wiedział, że inni też wiedzą i nie warto oszukiwać.

Przedrostek „naj” implikuje istnienie jednego elementu w zbiorze, który spełnia kryterium. Jak to ładnie określił Loriot: „Skoro wygrywa pierwszy, to po co biegną pozostali?”. Pomimo iż „naj” odnosi się do jednej sceny, do jednej frazy, do jednej piosenki, przenosimy je na cały film, tekst czy zespół. Dlaczego tolerujemy „vicenaj”? Oraz „vice-vicenaj”? Dlaczego milczymy wstydliwie, gdy słyszymy: „Nie znasz się na sztuce”?

Tu pora na pojęcie „mody”. Jest to nieodparta konieczność posiadania tego, co mają inni. Nawet wtedy, gdy jest to kompletnie pozbawione sensu. Moda jest zjawiskiem powszechnym i obejmuje wszystkie dziedziny działalności człowieka. Ponieważ w każdej dziedzinie można rywalizować, wszędzie pojawiają się najlepsi (księga rekordów Guinnessa) i rzesze naśladowców. Im więcej tych ostatnich, tym większe zyski osiągają „organizatorzy”, tym więcej reklamują, tym więcej naśladowców, tym większa moda.

Szczególnie podatna na modę jest sztuka. Wszelka sztuka. Każdy z nas próbował swych sił w różnych dziedzinach i wie, że po przejściu okresu nauki wchodzi się w okres odtwórczy. A jeżeli jest bardzo uparty może dojść do okresu twórczego. I tu zaczynają się bardzo kręte schody, każde dzieło ma bowiem zupełnie inną wartość dla twórcy niż dla oglądacza/nabywcy. Pamiętamy, że chodzi o wartości niemierzalne. Artysta np. malarz musi być przede wszystkim dobrym rzemieślnikiem. Gdy wypracuje swój styl, produkuje kolejne malowidła różniące się głównie treścią. Obiektywnie rzecz biorąc, powiela siebie. Jeżeli zbierzemy wszystkie jego dzieła wykonane w tym samym stylu, to stwierdzimy, że dobre jest jedno, góra dwa. Reszta jest – z konieczności – gorsza. Mając jednak wymówkę w postaci subiektywnego odbioru, możemy spokojnie wielbić wszystkie jego dzieła. Tym bardziej jeśli je nabyliśmy.

Mamy zatem cywilizację, w której gloryfikujemy przyrodzone własności osobnicze, a na wypracowane patrzymy z pobłażaniem. Dajemy tym samym wiarę wierze i na nic się zdają zapewnienia o „pochwale rozumu”. Blondyn/ka ma się świetnie.

Qba