Japiszony zamykają się w szafie

Analiza Foucaultem nie wystarcza – oznajmiła moja facebookowa koleżanka podsuwając (nie tylko mi) do przeczytania artykuł z najnowszej „Krytyki Politycznej” odsłaniający nowy mechanizm analizy stosunków społecznych: Ehrenbergiem mianowicie ten mechanizm naoliwiony został.

Społeczeństwo współczesne nie jest już Foucaultowskim społeczeństwem dyscyplinarnym złożonym ze szpitali, domów dla obłąkanych, więzień, koszar i fabryk – omawia w artykule „Społeczeństwo zmęczenia”, filozofię Ehrenberga Byung-Chul Han, filozof kultury i wykładowca na Universität der Künste w Berlinie. – Jego miejsce już od dłuższego czasu zajmuje inne – społeczeństwo klubów fitness, biurowców, banków, lotnisk, centrów handlowych i laboratoriów genetycznych. Społeczeństwo XXI wieku nie jest już więc społeczeństwem dyscypliny, lecz społeczeństwem osiągnięć. Jego mieszkańców nie nazywamy już „podmiotami posłuszeństwa”, lecz podmiotami osiągnięć. To menedżerowie samych siebie. Mury instytucji dyscyplinarnych, które odgradzały normalne od nienormalnego, wydają się dziś anachroniczne. Foucaultowska analityka władzy nie jest w stanie opisać zmian psychologicznych i topologicznych, jakie dokonały się w związku z przejściem od społeczeństwa dyscyplinarnego do społeczeństwa osiągnięć. Używane często pojęcie „społeczeństwa kontroli” również nie oddaje tych zmian; zawiera w sobie wciąż zbyt wiele negatywności.

Społeczność klubów fitness, zarabiająca na chleb, jachty i sportowe samochody pracą w bankach i laboratoriach genetycznych, to inaczej Young Urban Professional – jak się z angielska określa japiszonów. I oni, ci Yupiess się wypalają. Foucaultowskie społeczeństwo dyscyplinarne, które według Byung-Chul Hana, poprzez swoją „negatywność” generuje szaleńców i przestępców, zmienia się na naszych oczach w społeczeństwo osiągnięć, które – również poprzez „negatywność” (własną i odrębną) – produkuje ludzi z depresją i nieudaczników.

Alain Ehrenberg – bo do niego w końcu doszliśmy – depresję, głównie japiszonów – wrysowuje w ich niedostosowanie do zmieniającego się procesu: przejścia od społeczeństwa dyscyplinarnego do społeczeństwa osiągnięć. Ehrenberg przedstawił tę myśl (w Das erschöpfte Selbst. Depression und Gesellschaft in de Gegenwart) tak oto: Kariera depresji rozpoczyna się wówczas, kiedy dyscyplinarny model sterowania zachowaniem, który w autorytarny sposób – metodą zakazów – przypisywał odpowiednie role klasom społecznym i obydwu płciom, ustępuje na rzecz normy, która nakłania każdego do powzięcia osobistej inicjatywy: zobowiązuje nas do bycia sobą (…). Człowiek w depresji jest nie w formie, jest wyczerpany wysiłkiem stawania się sobą [tłumaczenie Michała Sutowskiego].

„Wyczerpanie wysiłkiem stawania się sobą”. Czy już czegoś takiego nie słyszeliśmy? Nie przerabialiśmy? Ba, czy nie daliśmy temu przemądremu stwierdzeniu odpowiedniego dla rzeczy słowa?

Daliśmy, a raczej dawaliśmy – choć zawsze ciut inne, w zależności od czasu i zewnętrznych uwarunkowań oraz ról, jakie w różnych epokach odgrywały płcie i klasy społeczne. Pierwsze z tych określeń, jakie mi się pod klawiaturę nawija, to

antynatalizm.

Sofokles w „Edypie w Kolonie”, tak „wyczerpanie wysiłkiem stawania się sobą” ujmuje – wkładając ową myśl w słowa chóru: Nie urodzić się, człowieku, to najwyższe, największe słowo. A jeśliś ujrzał światło dzienne, to za najlepsze miej odejść najszybciej tam, skąd przyszedłeś.

Od czasów Sofoklesa po dziś dzień, setki pisarzy, filozofów i twórców Kościołów oraz sekt w różny sposób akcentowało swój antynatalizm. Buddyzm, różne odmiany manicheizmu, egzystencjalizm – by wymienić te najważniejsze – podbite były także materią „wyczerpywania się wysiłkiem stawania się sobą”. Na polskim podwórku najpełniej wyraził to Mieczysław Jastrun w „Wolności wyboru”: Czy byt w całym wszechświecie musi być połączony z nieustannym ryzykiem, czy musi być jak mieszkanie z wymówieniem o każdej porze, czy nie można pomyśleć egzystencji opartej na bardziej trwałych podstawach, mniej ograniczonej, mającej wiedzę o wiele mądrzej pomyślanego wyboru? – pyta Jastrun. – Tego rodzaju myśli istoty rozumnej opierają się na potocznej logice myślenia, nie uwzględniają możliwości innej, że bytu nie należy w ogóle rozważać w kategoriach logiki i konieczności, ale może być rozważany w kategoriach absurdu, braku logiki i wrogiej konieczności. Trudność pogodzenia się ze śmiercią nie musi wynikać z przywiązania do życia, z niedosytu tak wielkiego, że istota, raz powołana do istnienia, pragnęłaby żyć wiecznie lub nie rodzić się wcale. To zresztą nie jest bynajmniej pozbawione sensu, przeciwnie, wydaje się bardziej sensowne niż całe to ogromne przygotowanie do krótkiego życia. Istota rozumna – tak może się nam wydawać – powinna mieć prawo wyboru śmierci, ale nie powinna podlegać zdeterminowanemu wyrokowi śmierci, nie powinna być skazańcem.

Katarzy (a wraz z nimi Bogomile, Albigensi i całe tabuny dualistów), uważając, że skoro jesteśmy dziećmi gorszego boga – demiurga znaczy – możemy spokojnie zejść z tego świata nie przyjmując pokarmów. Nie wszyscy jednak nadawali się na „perfektów” (perfecti to doskonali u Katarów) i nie każdy na takie samounicestwienie się decydował. Większość starała się jednak przeżyć to, co bez ich woli ich rodzice im zafundowali.

Przeżywali więc (i przeżywają), aż do wypalenia się. Jedni silniej, bo aż w „dwubiegunówkę” wpadając i kończąc w psychiatryku albo na stryczku przez samego siebie zadzierzgniętym na szyi, inni wyłączając się z aktywności, a jeszcze inni lądując w szafie, jak japońscy

hikikomori.

W połowie lat 80. dr Tamaki Saito, psychiatra z Tokio, terminem hikikomori określił zjawisko wycofania. Uznał, że ma do czynienia nie z problemem psychiatrycznym, lecz społecznym i masowym. Syndrom wycofania atakuje bowiem co roku miliony ludzi i to nie tylko w Japonii, ale na całym świecie.

Różnica między japońskimi hikikimori, a opisanymi przez Ehrenberga japiszonami nieprzystosowanym do wzięcia odpowiedzialności za siebie i zdania się na swoją inicjatywę, bez nakazów i zakazów społeczeństwa dyscyplinarnego, jest taka, że japońscy wycofańcy to młodzież licealna, która nie jest w stanie podołać wyścigowi szczurów, jaki im funduje system edukacji przygotowującej do kariery za wszelką cenę, a europejscy Yupiess to ludzie (już) sukcesu. Bankowcy, menedżerowie, projektanci marsjańskich łazików, sprzedawcy oper mydlanych w Hollywood, producenci tych oper wreszcie. I jedni, i drudzy nie są zdolni do przekroczenia samych siebie. Ci od Ehrenberga jednak sami sobie gotują swój los, ci od Tamaki Saito poddani są presji otoczenia.

Podmiot osiągnięć jest wolny od zewnętrznej instancji panowania, która zmuszałaby go do pracy czy wyzyskiwała w sposób bezpośredni. Jest panem i władcą samego siebie. W tym sensie nie jest podporządkowany, ewentualnie samemu sobie. Tym właśnie różni się od podmiotu posłuszeństwa – pisze Byung-Chul Han. – Upadek instancji panowania nie prowadzi jednak do wolności, powoduje raczej stopienie się wolności i przymusu. Wówczas podmiot osiągnięć ulega wolności przymuszającej czy raczej wolnemu przymusowi maksymalizacji osiągnięć. Nadmiar pracy i osiągnięć przeradza się w samowyzysk. Jest on bardziej wydajny niż wyzysk zewnętrzny, gdyż łączy się z poczuciem wolności. Wyzyskujący jest jednocześnie wyzyskiwanym, a więc sprawca i ofiara nie dają się już od siebie odróżnić. Ta autoreferencyjność generuje paradoksalną wolność, która na gruncie immanentnych jej struktur przymusu zamienia się w przemoc. Choroby psychiczne społeczeństwa osiągnięć to właśnie patologiczne manifestacje tej paradoksalnej wolności.

 

* * *

Zostawmy na boku problemy zachodnich samo się zatrudniających wyzyskiwaczy samych siebie – bez względu na płeć wyzyskiwanego oraz klasę społeczną, z której się wywodzą – i spójrzmy na prawdziwie wykluczonych. Wykluczonych przez system, hierarchię, płeć, stosunki społeczne i pozostawanie w uścisku takich staroci kulturowych jak feudalna zależność pracowników od pracodawców oraz parafian od proboszczów, co jest udziałem tysięcy wykluczonych w kraju nad Wisłą.

Aby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do pierwszych lat naszej tzw. transformacji. Do wypierania ze świadomości decydentów (od wójtów i burmistrzów dopiero co wybranych w pierwszych wolnych od kilku dziesiątków lat wyborach, do wojewodów i ministrów, z premierem na czele) tego, że poza peletonem tych, „którzy swój los wzięli w swoje ręce”, pozostali ci, którzy los swój wiązali zawsze z jakąś władzą: dyrektorem fabryki, brygadzistą, szefem PGR-u czy naczelnikiem gminy – o proboszczach nie zapominając. W tym miejscu proponuję zastąpić analizę społecznych przemian narzędziami Ehrenberga, analizą Girarda.

René Girard, historyk, krytyk literacki, antropolog i filozof, wprowadził do powszechnego użytku pojęcia takie jak „kozioł ofiarny” oraz „mimetyczny łańcuch zbrodni wywołany mordem/grzechem założycielskim”. Roztrząsać znaczenia pojęcia „kozioł ofiarny” nie zamierzam, zakorzeniło się ono w naszej kulturze (nie tylko dzięki Girardowi) wystarczająco silnie. Pojęcie drugie zaś, a szczególnie tę część, która określona została przez Girarda mianem „grzechu założycielskiego”, jak ulał pasuje do naszych rozważań o wykluczonych po 1989 roku.

To bowiem, co dla jednych było szansą na samorealizację – poprzez handel, produkcję, uprawę ziemi pod truskawki, hodowlę świń i indyków, innymi słowy: przejściem z państwowego na własne – dla innych stało się przekleństwem. Wypadnięciem z utartych od lat kolein, którymi poruszali się jak automaty ci, co nie chcieli i nie umieli brać swego losu w swoje ręce, przyniosło – dla tysięcy, ba, setek tysięcy ludzi wyrzucenie na bruk z zamykanych, nierentownych fabryk-gigantów oraz (na zielną trawkę) pracowników PGR-ów – poczucie odrzucenia/wykluczenia. Niektórzy się dostosowali, wielu, bardzo wielu nie potrafiło. Nasz, rodzimy, nadwiślański „grzech założycielski” pierwszych lat ostatniej dekady ubiegłego wieku (i tysiąclecia), nosi imię – brak rzeczywistej pomocy dla wykluczonych. Nie odpraw w wysokości kilku czy nawet kilkunastu pensji, nie propozycji udziału w spółkach pracowniczych, ale długofalowego programu dostosowania się tych, którzy nie są przebojowi, do nowych – znanych w ówczesnej Europie – warunków. Zgodnie z zasadą: zwracaj zawsze uwagę na najsłabszego w grupie. U nas ci najsłabsi zostawali najczęściej „zostawiani w śniegu”.

Przykładów nie będę podawał, pisano już na ten temat wielokrotnie, okres pierwszych lat transformacji poddawano analizie socjologicznej, ekonomicznej, psychologicznej i historycznej. W piersi (własne i cudze) bili się ówcześni decydenci – z premierami i ministrami włącznie. Ale mleko się rozlało i nikt z powrotem do butelki go nie wleje. I to skisłe mleko pozostawiono obecnie nam wszystkim do wypicia.

Okres „kiśnięcia mleka” można by – za Girardem – nazwać okresem grzechu założycielskiego polskiej transformacji. W sposób niemal klasycznie Girardowski doszło do zaistnienia tego, co francuski antropolog nazywa zjawiskiem mimetycznym, czyli mechanizmem stanowiącym siłę napędową działań ludzkich prowadzącym niemal zawsze do kryzysu społecznego. Zjawiska mimetyczne (czyli – trywializując – pożądanie żony oraz rzeczy bliźniego swego), zauważa Girard, są fundamentem życia społecznego. Ponieważ jednak co jakiś czas kulturowe środki prewencyjne (kodeksy postępowań i zachowań stanowiące zespół norm prawnych) zawodzą, do głosu dochodzi „mimesis konfliktogenna”, która wymyka się spod kontroli i dochodzi do kryzysu objawiającego się konfliktami pomiędzy „społecznością sytych” a „społecznością głodnych” (w naszym przypadku – wykluczonych).

Aby doszło do mimetycznego kryzysu, który niejednokrotnie kończy się uruchomieniem mimetycznego łańcucha zbrodni, niezbędne jest sacrum. Jak pisze Girard w książce „Sacrum i przemoc”: Sacrum jest hipotezą ludzkiego umysłu, który widzi, że przekraczają go zewnętrzne – jak mu się wydaje moce. Ta wyobrażona moc dla jakichś nieznanych mu racji, czyni co chce z całą wspólnotą. Do obudzonej przez sacrum świadomości mocy pochodzącej z zewnątrz dochodzi zazwyczaj mechanizm rytualizacji zachowań „społeczności głodnych”. Rytuały – według Girarda – najpierw kreują sytuację kryzysu mimetycznego, tym samym uprzedzając to, co mogłoby się wydarzyć, a następnie reżyserują jej rozwiązanie poprzez złożenie ofiary lub substytutu ofiary.

Krok po kroku doszliśmy – od grzechu wykluczenia ze „społeczności sytych” w pierwszych latach polskiej transformacji „społeczności głodnych” – do substytutu ofiary, która poddana została rytuałowi sakralizacji. Doszliśmy do

sekty smoleńskiej.

Z rytuałem łączy się mit, który utrwala w świadomości społeczeństwa obraz kryzysu mimetycznego, przechodząc w chwili mordu założycielskiego w religię. Sakralizuje ofiarę jako założyciela sekty, której odtąd będzie – jako mit – służył. Jak pisze Girard we wspomnianej już książce „Sacrum i przemoc”: W prymitywnej religii i w tragedii mamy tę samą, podstawową zasadę, zawsze jednak ukrytą. Porządek, pokój i urodzaj opierają się na różnicach kulturowych. Ale to nie różnice, tylko ich zanik powodują szaloną rywalizację, walkę do końca między członkami tej samej rodziny lub tej samej społeczności.

Tyle René Girard. Czas na Jarosława Kaczyńskiego i szamana smoleńskiej religii Antoniego Macierewicza, którym wypadek lotniczy 10 kwietnia 2010 roku o godz. 8:41 naszego czasu wprowadził do ich sposobu widzenia świata „sacrum wykraczające poza zewnętrzne dla nich moce”.

I na nic zda się logiczne tłumaczenie wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku, że wypadek pod Smoleńskiem był „tylko” katastrofą samolotową – fakt, tragiczną – spowodowaną splotem okoliczności tromtadracko bałaganiarskich à la polonaise. Katastrofa smoleńska była, musiała być zamachem na najwyższego rangą przedstawiciela „społeczności głodnych”, którą perfidnie przeprowadzili przedstawiciele „społeczności sytych”, przy pomocy obcego, wrogiego nam mocarstwa. Za pomocą trotylu, bomby paliwowo powietrznej (niepotrzebne skreślić) oraz mgły smoleńskiej. Fakty pokazują, że było inaczej? Tym gorzej dla faktów.

Rytuały odprawiane w każdą miesięcznicę smoleńskiej katastrofy pod Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie dostarczają już coraz mniej paliwa dla wahających się, czy uznać, że prezydent Kaczyński wraz z 95 osobami zginął w wyniku zamachu. Ostatni (z 12 maja br.) sondaż przeprowadzony na okoliczność miesięcznic pokazał, że 74 proc. Polaków uważa, że PiS powinien przestać organizować miesięcznice, 14 proc. jest za ich organizacją, a 12 proc. badanych jest niezdecydowanych. Wiara w sam zamach także dramatycznie wśród Polaków topnieje. Od czego jednak szamani, aby mit założycielski „dobrej zmiany” podtrzymać.

Szamani z „Gazety Polskiej”, mający w całej Polsce swoich zastępców – wiceszamanów – stanowiących ideologiczny trzon smoleńskiej sekty w postaci Klubów Gazety Polskiej, postanowili po ostatniej miesięcznicy – w dniu 10 maja br. – pójść na całość. Na konfrontację, znaczy. Pretekstem stała się przepychanka pomiędzy uczestnikami rytualnych modłów pod Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie, a Obywatelami RP, których nie dało się zatrzasnąć w paragrafie zakazującym im – Obywatelom RP – kontrmanifestacji, który to paragraf uchylił warszawski sąd. Mimo oddzielającego obie manifestacje kordonu policji, w tłum smoleńskich sekciarzy wmieszało się kilka osób z białymi różami w rękach. Jarosław Kaczyński, gdy białoróżowców z poziomu swojej drabinki dostrzegł, nazwał ich nienawistnikami, a same białe róże symbolem nienawiści i głupoty. W przepychance róże zostały zdeptane, a jeden ze smoleńczyków oberwał ponoć w papę. Czy uderzył go Obywatel RP, czy jest to wymysł smoleńczyka – opinie są różne. Sam moment uderzenia nie został nagrany przez żadną „komórkę”, mamy zatem słowo przeciwko słowu. Poszkodowany to znany (i dotychczas ceniony) działacz opozycji z okresu „Solidarności” i stanu wojennego, będący jednocześnie honorowym konsulem Czeczenii Adam Borowski, który jest także – co ważne – przewodniczącym warszawskiego Klubu Gazety Polskiej. Nic lepszego niż ów „plaskacz” na buzię tak zacnej persony, plaśnięty przez nienawistnika z białą obywatelską różą, dla smoleńskiej sekty nie mógł się trafić. Kolejny święty do panteonu świętych smoleńczyków.

„Apel o potępienie działalności »Obywateli RP«!”, który zainicjowała w kilka dni po tym wydarzeniu (15 maja br.) „Gazeta Polska” przyniósł kilkaset podpisów potępienia. Potępiający to działacze Klubów Gazety Polskiej oraz powiązani z PiS-em politycy i dziennikarze. Znalazłem w podpisach nazwiska osób, których o takie „potępienie” bez żadnych podstaw do potępienia bym nie posądzał. Pytanie, jakie się nasuwa, jest jedno. Cui bono? I do czego to „potępienie” przygotowuje? Czy aby nie do fizycznego (za pomocą „środków odosobnienia”) wyeliminowania z jakichkolwiek form protestu tych kilku, kilkunastu osób, które dotychczas spokojnie wyrażały swoje zdanie o „dobrej zmianie” oraz sekcie smoleńskiej?

W apelu możemy przeczytać, że: Grupa osób występująca pod sztandarem „Obywatele RP” po raz kolejny w ostatnich dniach dopuściła się ataku na legalne zgromadzenie, jakie 10 dnia każdego miesiąca ma miejsce przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Uczestnicy miesięcznicy upamiętniającej ofiary katastrofy smoleńskiej byli lżeni, pobity został Adam Borowski, legendarny opozycjonista z czasów PRL, szef warszawskiego „Klubu Gazety Polskiej”.

Obserwowałem kilka zgromadzeń sekty smoleńskiej oraz legalnych kontrzgromadzeń Obywateli RP. Oddzielonych od siebie kordonem policji. Ani razu nie dostrzegłem ataku, agresji ani lżenia ze strony Obywateli RP. Smoleńczycy wykrzykiwali za to pod adresem Obywateli obelżywe hasła co miesiąc. Rzucali w nich kamieniami, pluli na nich i usiłowali wyrywać z ich rąk transparenty z cytatami słów Lecha Kaczyńskiego, w których to cytatach wyrażone było poparcie Prezydenta RP do demokracji, prawa i Trybunału Konstytucyjnego. Podczas jednej z takich zadym pocięli (od tyłu) czymś ostrym płaszcze i kurtki Obywateli RP. Policja na te agresywne działania smoleńczyków nie reagowała. Zareagowała po ustnej skardze Adama Borowskiego, że został uderzony w twarz przez jednego z „napastników” drugiej strony. Zareagowała błyskawicznie, aresztując „podejrzanego” i pakując go na kilkanaście godzin do „dołka”, w komisariacie na Wilczej. W kilka dni po tym incydencie, w „Gazecie Polskiej” ukazał się apel: do środowisk opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej oraz do dziennikarzy i publicystów, a także osób mających wpływ na kształt opinii publicznej o jednoznaczne potępienie zachowań osób, przedstawiających się jako środowisko „Obywatele RP”.

Czy poza potępieniem wyrażonym imieniem i nazwiskiem członkowie smoleńskiej sekty oczekują czegoś więcej? Czy – mówiąc otwartym tekstem – zerwane zostanie następne ogniwo „mimetycznego łańcucha”, o którym pisał René Girard? Mieć należy nadzieję, że nie.

 

 * * *

Czy antypisowska opozycja to Yupiess, w rozumieniu Alaina Ehrenberga? To pytanie prześladuje mnie od chwili, kiedy przeczytałem w „Krytyce Politycznej” artykuł Byung-Chul Hana. Czy w Polsce w ogóle da się odnaleźć ludzi, którzy mają problemy z przejściem od społeczeństwa dyscyplinarnego do społeczeństwa osiągnięć? – mówiąc językiem niemieckiego publicysty. Czy raczej nie powinniśmy mówić o ludziach, którzy mają problemy z przechodzeniem od społeczeństwa jakiej takiej normalności, do społeczeństwa obozów pracy i więzień dla niepokornych? Ot, takich jak Obywatele RP. Trawestując tytuł mojego felietonu, zadam pytanie inne: Czy polskie japiszony nie powinny obawiać się zatrzaśnięcia w szafie zamykanej od zewnątrz, nie od środka? Zamknięcia nie z ich woli dokonanego?

anumlik