Czyżby syndrom sztokholmski?

Kościół kobietą stoi. To kobiety, głównie te starsze, wypełniają nawy kościelne. Szczególnie w dni powszednie. W czasie nabożeństw nieobowiązkowych, w świetle przykazań kościelnych. Sprzątają, dekorują ołtarze. Piorą, prasują, gotują na plebaniach. Wypiekają na kościelne festyny i na biskupie wizytacje. Robią to często za tak zwane bóg zapłać lub za groszowe wynagrodzenie, płacone pod stołem.

Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie kościelnej machiny bez ich udziału. A przecież były i są traktowane jak wyznawcy drugiej kategorii. Począwszy od tego, co wypisywali na ich temat tak zwani ojcowie Kościoła, poprzez masowe oskarżanie o czary i palenie na stosach, traktowanie ich jak osób ubezwłasnowolnionych, którym trzeba dyktować, jak mają żyć, a w razie niesubordynacji odwoływanie się do państwowego aparatu przymusu, aż do kategorycznej odmowy dopuszczenia ich do pełnienia kościelnych funkcji na równi z mężczyznami. W tym ostatnim przypadku przywoływany jest zabawny argument: apostołami byli tylko mężczyźni. Jezus tak chciał. No to bądźmy konsekwentni. Apostołami byli tylko Żydzi: Jezus tak chciał. Jeżeli odpada argument: Jezus tak chciał, to zostaje prosta konstatacja. Skoro funkcyjnymi w Kościele mogą być wyłącznie mężczyźni, to znaczy, że męski penis jest najważniejszym organem duchowym człowieka. Boski Ozyrysie, czy ty to słyszysz?!

Dlaczego kobiety zgadzają się na tak poniżające traktowanie? Bo przecież większość tego, co robią dla Kościoła, dla kleru, nie robią pod przymusem. Robią to z własnej i nieprzymuszonej woli. Gorliwie pikietują, protestują, okładają różańcami. Bronią, o wstydzie, pedofilii, chamów, złodziei w sutannach. Dlaczego?

Kiedy się nad tym ostatnio zastanawiałam, przyszło mi do głowy pytanie: czyżby to był syndrom sztokholmski? Przekazywany jako część wyposażenia kulturowego przez wieki. Z matki na córkę z babki na wnuczkę? Tak bardzo wrośnięty w kulturowe kody, że aż niezauważalny, nierozpoznawalny? Nie znam oczywiście odpowiedzi. Nie słyszałam o żadnych badaniach na ten temat. Mimo to pytanie wydaje mi się warte postawienia. I szukania na nie odpowiedzi.

Syndrom sztokholmski to mechanizm przetrwania; jest walką o życie. Pojawia się w sytuacjach skrajnie traumatycznych, jak podczas porwania, uwięzienia, bycia zakładnikiem, u osób wykorzystanych seksualnie, jeńców wojennych, członków sekty, ale również może pojawić się w związkach miłosnych, opartych na dominacji jednego z partnerów. Skutki syndromu mogą występować długo po zakończeniu kryzysu.

Termin ten wziął nazwę od wydarzeń, które miały miejsce w Sztokholmie w 1973 r. 23 sierpnia 1973 r. dwóch mężczyzn napadło na bank. Wzięli zakładników (trzy kobiety i mężczyznę) i przetrzymywali ich przez sześć dni. Po przybyciu ekipy ratunkowej, zakładnicy nie wykazali najmniejszej woli współpracy, bronili swoich porywaczy, obwiniając za całą sytuację policję. Jakiś czas po uwolnieniu jeden z zakładników założył fundację, której celem było zbieranie funduszy dla prawników porywaczy. Jedna z zakładniczek zaręczyła się z oprawcą. Współpracujący z policją kryminolog i psycholog Nils Bejerot jako pierwszy użył tego terminu. Wkrótce przyjął się on wśród psychologów na całym świecie. Do najbardziej znanych ofiar dotkniętych syndromem sztokholmskim należą Natascha Kampusch i Patty Hearst.

Opinią publiczną wstrząsnęły słowa Nataschy Kampusch o jej prześladowcy: Ten człowiek był częścią mojego życia i dlatego w pewnym sensie go opłakuję. Istota syndromu sztokholmskiego polega na nawiązaniu toksycznych relacji pomiędzy ofiarą a prześladowcą. Wyraża się to poprzez: pozytywne uczucia ofiary wobec sprawcy, zrozumienie przez ofiarę motywów i zachowań sprawcy, podzielanie jego poglądów, pozytywne uczucia sprawcy względem ofiary, pomocne zachowania ofiary wobec sprawcy, negatywne uczucia ofiary wobec rodziny, przyjaciół, autorytetów próbujących ją ratować, niezdolność zaangażowania się w zachowania, które mogłyby doprowadzić do jej uwolnienia od sprawcy.

Podłożem dla toksycznych relacji, ich nawiązania, rozwoju i trwania są ściśle określone warunki. Sprowadzające się do takiej sytuacji ofiary, w której: spostrzega, że jej przeżycie zależy od dobrej woli sprawcy, nie widzi możliwości ucieczki, dostrzega drobne uprzejmości ze strony sprawcy, jest izolowana od perspektyw odmiennych od perspektywy sprawcy.

Psycholodzy analizujący syndrom sztokholmski uważają, że za jego powstanie odpowiada zjawisko dysonansu poznawczego. Teoria dysonansu poznawczego odpowiada na pytania, jak i dlaczego ludzie zmieniają swoje poglądy, opinie, odczucia. Dysonans poznawczy to nieprzyjemny stan organizmu. Stąd samoistna potrzeba usunięcia go. Dysonans poznawczy pojawia się, gdy człowiek ma przed sobą dwie informacje poznawcze, kolidujące ze sobą. W sytuacjach traumatycznych na początku pojawią się uczucia negatywne wobec sprawcy. W miarę trwania sytuacji ofiara doświadcza niewielkich przejawów dobroci ze strony sprawcy. Powoduje to, że ofiara zaczyna odczuwać pozytywne emocje. Żeby pozbyć się dysonansu, zaczyna spostrzegać sprawcę nie jako wroga, ale jako przyjaciela, walczącego w słusznej sprawie. Dochodzi do tego dlatego, że nasza psychika bardzo źle znosi jakiekolwiek formy dysonansu poznawczego.

Osobiście zwróciłabym też uwagę na mechanizm autoprezentacji nazywany „pławienie się w cudzej chwale”. Z czasem ofiara całkowicie zdana na łaskę prześladowcy zaczyna go postrzegać jako osobę niemal wszechmocną. Identyfikując się z nią, podnosi, we własnym mniemaniu, własną samoocenę. Widzi samą siebie w lepszym świetle. Dlatego próby pomocy odbiera jako pozbawiające ją własnej wartości.

W wiekach średnich, wtedy kiedy Krk zaczął zapuszczać korzenie na naszych ziemiach, walka o życie miała swój bardzo konkretny wymiar. Wymiar zdobywania pożywienia gwarantującego przetrwanie. Śmierć głodowa nie była niczym szczególnym. To dotyczyło wszystkich. Kobiet, mężczyzn, dzieci. Wszyscy narażeni byli na grozę epidemii, żywiołów, wojen. Nie bez powodu modlono się „od powodzi, głodu, ognia i wojny zachowaj nas”. Kobiety były dodatkowo narażone na utratę życia w czasie powikłanej ciąży, porodów i w czasie połogu. Poczucie nieustannego zagrożenia, niepewności sprzyjało poszukiwaniu źródeł nadziei na lepszy los. I to zapotrzebowanie zdawał się zaspokajać kościół. Obiecując życie wieczne. Raj. Pod warunkiem całkowitego podporządkowania się jego władzy. W przeciwnym razie groziło piekło. Gorsze od tego, co znały z życia tu i teraz. To od księdza miało zależeć, czy ciąg dalszy będzie rajem czy horrorem. To on wydawał upragnione przepustki do nieba. Wielki Władca. Łaskawy, świadczący drobne uprzejmości od rozgrzeszenia i odpustów począwszy po możliwość oglądania obrazów, słuchania muzyki, uczestnictwa w jedynym dostępnym teatrum nabożeństw spowitych w kadzidlane dymy i zapachy. Ich świat kończył się najczęściej na progu domu, miedzy pola. Nie miały dostępu do wiedzy.

Czy można je winić za to, że korzystały z dostępnych mechanizmów przetrwania? Że weszły w uzależnienie, jakim jest syndrom sztokholmski, i że przekazywały je, w zatrutym wianie, swoim córkom, wnuczkom, prawnuczkom? Nie miały innych możliwości. Były na to skazane. Dodatkowo, w przypadku kobiet polskich historia ułożyła się tak, że toksyczne relacje z Kościołem mogły trwać. Najpierw klęska kontrreformacji, potem rozbiory. Neurotyczna, poległa matka-ojczyzna, nie tylko nie dawała, jak na matkę przystało, oparcia i osłony, ale wiecznie żądała przelewania krwi za nią. Narodziła się więc, zobowiązana do nieustannych poświęceń, Matka-Polka. Jej mąż był na polu walki albo na zesłaniu. Nie chroniły jej żadne instytucje państwowe. Pomocy szukała w chętnym do, nie bezinteresownej, pomocy Kościele. Potem wojny, realny socjalizm, zacofanie edukacyjne, kulturowe.

Czy życie kobiet, zwłaszcza naszych prababek, babek, matek, a i dzisiaj wielu kobiet żyjących obok nas, nie wpisywało i nie wpisuje się w praktycznie wszystkie formy traum wymienionych w definicji syndromu sztokholmskiego? Kobiety były i są zakładniczkami patriarchalnych, kościelnych wizji świata. I ich roli w tym świecie. Jeszcze dzisiaj wielu mężczyzn, a może i kobiet, nie przyjmuje do wiadomości, że można być zgwałconą przez własnego męża. Małe, zamknięte środowiska rządzą się prawami przypominającymi prawa obowiązujące w sektach. W związkach miłosnych ciągle jeszcze oczekuje się, że to do mężczyzny będzie należała rola lidera. Niezależność ekonomiczną uzyskały kobiety stosunkowo niedawno. Kiedy panowie wyruszyli na wojny światowe, potrzebny był ktoś, kto im będzie produkował wojenne zabawki. I wszelkie inne dobra potrzebne również do życia, nie tylko do mordowania. Kobiety weszły na ich miejsca do fabryk. I nie pozwoliły się z nich wypędzić. Ale nawet teraz, na tych samych stanowiskach, nie uzyskują dochodów równych dochodom mężczyzn. I to nie tylko w Polsce.

Czy nie odnajdujemy cech syndromu sztokholmskiego w obrazie rodzin, przyjaciół, znajomych molestowanych dzieci, którzy zamiast ich bronić, odwracają się od nich w okrutny sposób? I gorliwie bronią prześladowców. Czy nie pobrzmiewa w tym echo usprawiedliwień, wymówek i wykrętów: to tylko człowiek?

Czy biorąc pod uwagę fakt, że psycholodzy objaśniają powstawanie syndromu sztokholmskiego zjawiskiem dysonansu poznawczego, może dziwić uporczywe trwanie w uzależnieniu polskich kobiet od Kościoła? Wychodzenie z niego może się okazać tak samo trudne, jak wychodzenie z każdego innego uzależnienia. Ewentualne wsparcie i pomoc szczątkowa i wątpliwa. Na rzecz trwania w uzależnieniu działa cała machina, w tym finansowa, Krk. Teraz wspomagana przez instytucje państwowe. A większość otoczenia uważa patologię za wzór normy.

Na ile teza o dotknięciu kobiet syndromem sztokholmskim w ich relacjach z Krk jest prawdziwa? A jeżeli jest prawdziwa, to czy i jak można pomóc polskim kobietom wyzwolić się z tych toksycznych relacji?

Jagoda