Wiara nasza codzienna

Wiara jest nieodłącznie związana z wiedzą. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić wszystkich zasłyszanych/przeczytanych informacji, zatem mamy do wyboru albo je odrzucić, albo w nie uwierzyć. Rozwiązanie pierwsze prowadzi do znacznego spowolnienia postępu, rozwiązanie drugie do wszelkich możliwych wypaczeń. Potrzebny był kompromis, najlepiej z mechanizmem kontrolnym. Tak powstały hierarchie zawodowe z własnymi stopniami umiejętności, a tym samym wiarygodności. Funkcjonują do dziś i dbają – z różnym skutkiem – o wysoką pozycję przydzielanych wewnętrznie tytułów. Dla podkreślenia ich wagi, przekazano wręczanie ich wyższym władzom państwowym. I podziwiamy uroczystości, podczas których tytuł profesora wręcza magister. I coraz częściej władza uzurpuje sobie prawo do decydowania, kto jest godzien tego tytułu.

Naturalnym dążeniem człowieka jest uzyskanie bezpiecznej pozycji dla siebie i najbliższych. Większość z nas szuka jej w grupach zawodowych. Ponieważ większe szanse ma kandydat z wyższym stopniem naukowym, nastąpił rozwój masowego szkolnictwa wyższego i – związane z tym – obniżenie jakości nauczania, a tym samym wartości tytułu.

Dzięki rozwojowi technologii i techniki nastąpił ogromny wzrost efektywności produkcji. Z jednej strony spowodowało to zmniejszenie zapotrzebowania na siłę roboczą, a z drugiej powstanie znacznych nadwyżek finansowych. I tak się jakoś stało, że zaczęliśmy wymyślać stanowiska pracy, a nawet całkiem duże obszary działalności całkowicie niepotrzebnej i nieprodukcyjnej. Charakteryzują się one m.in. niemożliwością dokonania rozsądnego opisu stanowiska pracy czy też zakresu obowiązków służbowych. I nie jest to specjalnie dziwne, stanowiska te służą bowiem tylko i wyłącznie zaspokojeniu potrzeb fizycznych (wysokie uposażenie) i psychicznych (stanowisko kierownicze) przy zerowych wymaganiach i takiejż odpowiedzialności.

Sytuacja taka jest powszechna również w koncernach prywatnych. Osoby piastujące takie stanowiska wykazują na ogół wyjątkową ignorancję i – niestety nie rzadko – arogancję. A ponieważ stoją dość wysoko w hierarchii, wyrządzane szkody są odpowiednio duże. Niestety, obfitość informacji, usług, praw, nakazów, zakazów itd., powoduje, że coraz mniejsze szanse mamy, by zastanowić się nad celowością funkcjonowania poszczególnych działów czy całych instytucji. A przecież nie można wierzyć bezkrytycznie w systemy stworzone przez ludzi – one zawsze wyrodnieją. Nawet w obszarze tak oczywistym jak regulacja ruchu drogowego pojawia się coraz więcej różnych pojazdów uprzywilejowanych.

Wiara jako remedium na strach powoduje, że przypisujemy tytułom i stanowiskom „cudowne” właściwości: człowiek z tytułem czy na stanowisku jest od nas lepszy/mądrzejszy.

Nawet ten, którego znamy od urodzenia, z chwilą utytułowania czy ustanowiskowienia staje się godniejszy szacunku. Mało kto dopuszcza do siebie myśl, że najczęściej to tylko „wysiedziana” czy „wychodzona” kariera wewnątrz jakiejś hierarchii. Okazywany stanowisku czy tytułowi respekt wzmacnia oczywiście ego nosiciela. I tak to się samonapędza, aż o rządzie w demokratycznym państwie nikt nie mówi inaczej niż „władza”, choć to tylko najemni zarządcy. W zasadzie nie istnieje żaden powód, by publicznie tytułować kogokolwiek wewnętrznym tytułem (profesor, biskup, major), chyba że ten ktoś wstydzi się swego nazwiska i chowa się za tytuł. Ewentualnym wyjątkiem mogłoby być najwyższe stanowisko państwowe, czyli prezydent. Bo już premier czy minister, to tylko pomniejsi urzędnicy.

Tytułomania ma wiele wspólnego z nieudacznictwem społecznym, czyli trudnością znalezienia się w hierarchicznym wyścigu szczurów. Ci nieudacznicy mogliby być wspaniałymi fachowcami w jakiejś praktycznej dziedzinie, ale presja społecznej kariery nie daje im szansy. Grupa szczególnych nieudaczników zdegenerowała politykę, rozwalając przy okazji systemy społeczne z demokracją na czele. Cóż można poradzić? Moje doświadczenia pokazują, że precyzyjne opisanie stanowiska daje korzyść wszystkim zainteresowanym i dlatego funkcjonuje. I nikt nie może mieć prawa zmiany opisu bez zgody wszystkich zainteresowanych. Nawet jeżeli wybrany został w demokratycznych wyborach. Zwłaszcza gdy kilkakrotnie zmienił partię.

 

Na koniec refleksja aktualna mową wiązaną:

Raz myśl mnie naszła raczej mało patriotyczna:
Czy dyktatura może być demokratyczna?
Bo gdy w wyborach ktoś wystawia wariata,
To już nie jest kampania. To już jest krucjata.
Tu się nasuwa wniosek dosyć nienachalny,
Że dziś każdy kandydat jest niewybieralny.
Zatem twierdzę, choć wiem, że nie uniknę sporu,
Że wybory będą, gdy nie będzie wyboru.
Więc czekam, wiedząc, co nas łączy, a co dzieli,
Aż wspólnota celu będzie wspólnotą celi.
A póki co, moja prośba bardzo gorąca:
Skoro nie umie pomóc, to niech się nie wtrąca.A
także: niech nie burzy, skoro nie buduje,
Bowiem nie zrozumie, dopóki nie spróbuje.
Śmieszny jest bowiem władca, który na to liczy,
Że jego wielkość wzrośnie ze wzrostem stolicy.

Qba