Schizofrenia, sny o końcu świata

Wybrałem dla Was fragment książki „Duch nie spadł z nieba” Hoimara von Ditfurtha*. Myślę, że rozważania na temat schizofrenii mogą być pomocne w zrozumieniu przyczyn pojawiania się religijności i szaleństwa, jakie ogarnęło nasz kraj. Chciałem się podzielić z wami moja fascynacją, jaką od lat żywię dla Ditfurtha.

Świat międzymózgowia charakteryzuje się tym, że jest światem, w którym nie istnieje nic, co byłoby nieważne dla podmiotu. Każda cząstka, każda treść tej rzeczywistości jest absolutnie bez reszty ześrodkowana na podmiocie. „Centryzm podmiotowy” psa, który w czasie burzy skowycząc kuli się pod kanapą, ponieważ mniema, że burza dotyczy jego. Małe dziecko odczuwa podobnie, gdy z tego samego powodu zaczyna płakać przy głośnej kłótni w sąsiednim pokoju. Stać się dorosłym znaczy między innym także nauczyć się, że większość tego, co się dzieje wokoło, nie obchodzi nas i jest dla nas nieważna.

Międzymózgowie jako archaiczna część mózgu dominuje w czasie snu. Osobom i rzeczom wyłaniającym się w rzeczywistości snów brakuje tej obiektywnej stałości, którą na jawie odczuwamy jako oczywistą. Dopóki śnimy, nie dziwi nas ani trochę, że osoby w jednej chwili zmieniają identyczność, że osobowości znanych nam ludzi stapiają się ze sobą, przeobrażają nagle w obce. I typową cechą tego świata jest także to, że wszystko, co się dzieje, do nas się odnosi i na nas jest wycelowane. Że w każdej chwili z całą pewnością czujemy, iż pojazd na dalekim horyzoncie albo nieznany człowiek w oknie obcego domu zostanie włączony w to, co nas w następnej chwili spotka.

Świat międzymózgowia nie jest naszym dzisiejszym światem, lecz jego archaicznym szczeblem wstępnym.

Rzeczy i osoby występujące w naszych snach pochodzą oczywiście od optycznych wspomnień naszej świadomości na jawie, są jak gdyby pobrane z magazynu rekwizytów półkul mózgowych. Natomiast reguły gry, prawa rządzące przebiegiem wydarzeń – pochodzą z innego świata. Ze świata, który znajduje się w niewyobrażalnie dla nas dalekiej przeszłości. Czy wymaga wyjaśnienia fakt, że w naszych snach tak często ogarnia nas lęk? Jakżeż moglibyśmy czuć się „jak w domu” w rzeczywistości, która od milionów lat już nie jest nasza?

Sen ma coś ze skoku w czasie. Gdy półkule mózgowe śpią, cofa on naszą psyche realnie i bezpośrednio do owej epoki, jaką przetrwać musieli nasi protoplaści… międzymózgowie reprezentuje żyjącą skamieniałość.

Nawet najstraszniejszy koszmar senny przynajmniej prędko przemija. Niestety tak nie jest w wypadku owej choroby psychicznej zwanej przez psychiatrów schizofrenią. Osobliwość tego zaburzenia psychicznego wskazuje na to, że jest ono prawdopodobnie skutkiem zakłócenia normalnego porządku hierarchii w naszym układzie nerwowym. Można więc w chorobie tej dopatrywać się analogii do zjawiska marzeń sennych.

Schizofrenia nie jest, mimo etymologii „rozszczepieniem jaźni”. Termin „schizofrenia” został ukuty na początku XX wieku na podstawie pewnej już dawno przestarzałej teorii psychologicznej. Należy go więc rozumieć jako relikt historii.

Jakkolwiek zaburzenia, które psychiatra ujmuje nadrzędnym pojęciem: schizofrenia, są wielorakie, a zewnętrznie nawet częściowo ze sobą sprzeczne, wspólne jest im swoiste, bardzo charakterystyczne zakłócenie stosunku do otoczenia. Jedni pacjenci miewają halucynacje, inni – nie. Jedni są niespokojni i podnieceni, inni przeciwnie, zastygają w niemym osłupieniu. Ale zawsze, gdy udaje się czegoś od nich dowiedzieć o tym, co przeżywają, okazuje się, że świat nabrał zupełnie nowego znaczenia, zmienionego w jakiś niesamowity sposób.

Charakterystyczne jest, że pacjentom bardzo trudno opisać tę zmianę, jest ona bowiem niewidoczna. Wszystko wygląda tak jak przedtem, a jednak zmieniło się w jakiś niesamowity sposób. Przybrało znaczenie odmienne, nieuchwytne, ale celujące bezpośrednio w pacjenta. Nagle wszystko zdaje się mu zagrażać, wszystko się doń odnosi: samolot na dalekim niebie, na wpół otwarte skrzydło okienne, przypadkowy gest przechodnia na ulicy. Zwłaszcza w początkach choroby pacjenci opisują z wszystkimi szczegółami tego rodzaju zupełnie nieważne zdarzenia, wstrząśnięci i w lęku, co jest wyraźnie sprzeczne z absolutną (dla nas) błahością treści ich relacji. Owa zmiana, tak trudna do opisania, w którą człowiek zdrowy właściwie nie może się wczuć, dotyczy także twarzy bliźnich. Pojawiają się one jak maski, których prawdziwego wyrazu pacjent nagle nie rozumie. Obce twarze raptem nabierają znaczenia, stają się pozornie znane, obcy ludzie jak gdyby chcieli choremu przekazać jakieś znaki mimiczne, a próba odgadnięcia ich sensu doprowadza do rozpaczy. W końcu nie ma już niczego, co nie byłoby w niego wycelowane, co by w jakiś (zwykle zagrażający sposób nie miało jego „na myśli”). Prawdopodobnie zaburzenia schizofreniczne są skutkiem nieprawidłowej dominacji wpływów pochodzących z międzymózgowia, analogicznie do okoliczności naszych marzeń sennych. W przypadku snów odwrócenie władających naszym mózgiem struktur czynnościowych jest normalne o tyle, że periodycznie ogarniająca nas bezświadomość snu jest rzeczą normalną. Część mózgu, która – jak półkule mózgowe w czasie snu – przejściowo nie postrzega przynależnej jej dominacji, odstępuje poszerzone pole działania podporządkowanym, starszym odcinkom układu nerwowego.

Podobnie dzieje się w przypadku schizofrenii. Tylko że odwrócenie hierarchii w mózgu pacjenta nie jest wywołane snem, lecz występuje na jawie jako wynik nieznanych nam dotąd procesów. Wydaje się, że to, co pacjenci przeżywają i relacjonują, jest dokładnym opisem sytuacji, która musiałaby powstać, gdyby posiadacz półkul mózgowych został przeniesiony wstecz do archaicznego świata międzymózgowia: brak jakichkolwiek treści, które byłyby nieważne, takie uszeregowanie perspektywiczne, w jakim wszystko wydaje się skierowane na przeżywającego, utrata identyczności bliźnich, wyrażająca się zarówno pozorną znajomością obcych twarzy, jak i nierozumieniem maski i mimiki bliskich. Mówiąc ogólnie: wyłanianie się archaicznych i magicznych form stosunku do świata.

Nie wymaga uzasadnienia, że człowiek współczesny, dotknięty nieszczęściem schizofrenii, zepchnięty w archaiczny świat swoich ewolucyjnych praprzodków, nie może się w nim czuć jak u siebie. W pierwszych stadiach choroby (zanim pojawią się procesy pewnej adaptacji, nigdy w pełni udane próby przetworzenia nowej sytuacji i przystosowania się do niej) pacjenci opisują często to, czego doznają, jako koniec świata. Ta metafora oddaje stan faktyczny z podziwu godną precyzją.

Lewy

* Tekst wg wyd. z 1979 r., w przekładzie Anny Danuty Tauszyńskiej.