Mniej znane oblicza wiary

Każdy chyba zna popularne porzekadło „wiara czyni cuda”, kojarzone na ogół wyłącznie z wiarą w Boga. Przynajmniej u mnie tak było, choć z tej wiary dawno się wyleczyłam mimo (a może właśnie z powodu) nachalnej indoktrynacji w dzieciństwie.

Do głębokiej refleksji na temat wiary zmusiły mnie późno, bo już po przekroczeniu czterdziestki, dopiero dwa krótkie zdania synka, wtedy może 10-letniego. Szczęśliwie zdarzyło się to już po odzyskaniu przeze mnie zdolności rozwoju; wcześniej nic bym pewnie nie zrozumiała. Moje dziecko, odkąd zaczęło mówić, miało zwyczaj pytać: mama, kochasz mnie? Za każdym razem zgodnie z prawdą zapewniałam, że oczywiście, że ponad wszystko i ze zdziwieniem rejestrowałam niedowierzanie w jego pięknych, wielkich oczkach. Aż raz po jednej z codziennych banalnych scysji mały wykrzyczał mi wzburzony: to nieprawda, ty mnie wcale nie kochasz! Ścięło mnie z nóg! Bez chwili wahania oddałabym dla niego życie, a on wątpi w moją miłość?! Dlaczego? Niedawne doświadczenie nauczyło mnie, że wystarczy zadać pytanie, otworzyć się wewnętrznie i czekać na odpowiedź, ktora zaraz z głębi duszy przychodzi. Tak było i tym razem. Wkrótce potem przy odrabianiu lekcji, kiedy długo odmawiłam synkowi pomocy w rozwiązaniu jakiegoś bardzo prostego zadania, rzucił mi się na szyję i wyszlochał: mama, jak ja się mogę uczyć, jeśli ty we mnie nie wierzysz?

Dosłownie zaniemówiłam, a podczas najbliższej, bezsennej z nadmiaru myśli nocy dotarło do mnie znaczenie tych niesłychanych słów. Zrozumiałam, że jeśli nie wierzę w dobre intencje i możliwości dziecka, nie ufam, że da sobie radę – odbieram mu wiarę w siebie i uniemożliwiam wykorzystanie wewnętrznego potencjału. Prawda tych słów trafiła mnie prosto w serce. Tylko jak dziecko mnie przejrzało? Jaką drogą odebrało uczucia, których sama nie byłam świadoma? Czy jest możliwa telepatia uczuć? Nigdy się z taką teorią nie spotkałam (poza może powieściami SF), co oczywiście niczego nie dowodziło przy licznych lukach w mojej wiedzy. Natychmiast jednak uwierzyłam, intuicyjnie czułam, że odkryłam coś, czego szukałam przez całe życie: klucz do duszy innej osoby. Teraz należało tę hipotezę sprawdzić w praktyce.

Pierwszy eksperyment przeprowadziłam oczywiście na synku. Od dawna bezskutecznie szukałam pomysłu na poprawę naszych relacji, które od wielu miesięcy się pogarszały, a konflikty o błahostki groziły przerodzeniem w stan permanentny. Byłam święcie przekonana, że dziecku z jakichś tejemniczych powodów największą radość sprawia robienie mi na złość. Teraz pomyślałam, że jego „niegrzeczne”, prowokujące często zachowania są protestem, reakcją na nieświadomie zadawany mu przeze mnie ból i krzywdę. Nagle zobaczyłam wszystko z odmiennej perspektywy, dostrzegłam w synku istotę wrażliwą i rozumną, której nie muszę urabiać ani formować. Postanowiłam przyjąć całkowitą odpowiedzialność za jego zachowanie, zaczęłam poddawać surowej kontroli moje myśli i przekonania.

Pierwsze efekty zauważyłam po kilku tygodniach. Na początku dziecko było zdezorientowane, jakby nie mogło uwierzyć, że dotychczasowa tresura należy do przeszłości. Ale jak już uwierzyło… Niedługo później z zamkniętego, odpowiadającego monolasylabami na pytania chłopca zrobiła się prawdziwa gaduła, stał się pewny siebie, zaczął domagać mojego czasu i uwagi. Musiałam przyznać synkowi prawo do odmowy (co przyszło mi chyba najtrudniej) i nauczyć się akceptować jego krytykę. Wkrótce napięcia należały do przeszłości, zastąpione przez harmonię i szczere rozmowy na luzie na najbardziej intymne tematy. „Bo tym masz większe doświadczenie” – słyszałam i zaczynały się pytania. Po paru latach 16-letni już syn chciał mi przyznać Nagrodę Nobla w dziedzinie wychowania. Później przeprowadziłam jeszcze wiele eksperymantów w najbliższym otoczeniu, nikogo o tym nie informując i zwykle relacje zmieniały się pozytywnie. Niestety, nie zawsze. Bywają ludzie przed impulsami z zewnątrz odgrodzeni murem tak grubym, że niewiele do nich dociera.

Po latach potwierdziło się, że moja metoda działa także na odległość, nie trzeba nawet znać się osobiście. Udało mi się w ciągu kilku miesięcy nie tylko odwieść od zamiaru samobójstwa po zdradzie męża kobietę, której nie była w stanie pomóc profesjonalna terapia, ale także przyczynić do odzyskania przez nią wewnętrznej siły i wiary w siebie. Fascynujące dla mnie było tempo i rozmach zmian, kiedy już zdecydowała się zrobić pierwszy krok ku życiu i słońcu. Moja wiara znowu uczyniła „cud”. Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że takie „cuda” zdarzają się od zawsze na całym świecie, nawet wśród analfabetów, co dowodzi, że jest w stanie czynić je każdy, kto wierzy w dobro w drugim człowieku.

Myślę, że w wierze rozumianej jako zaufanie tkwi pozytywny potencjał wprost nieograniczony, ponieważ jest to (obok miłości) jedyne dobro, które pomnaża się w miarę rozdawania i wraca do dawcy zwielokrotnione, wzbogacone o wdzięczność, dając satysfakcję i poczucie spełnienia. Ta funkcja zaufania wydaje się być – o dziwo – mało znana, także wśród ludzi wykształconych.

Pracując na dole społecznej piramidy rzadko miewałam okazję do kontaktów z przedstawicielami niemieckich elit, ale czasem się to zdarzało na szkoleniach związkowych z ramienia Betriebsrat, czyli rady zakładowej, której członkiem byłam przez 14 lat. Pamiętam rozmowę o nadrzędnych wartościach w sferze duchowej, zgłoszono miłość, prawdę, wolność. Jako jedyna wymieniłam zaufanie, na co pani dr psychologii i pan profesor socjologii jak na komendę orzekli kategorycznie: jest ono ważne tylko dla ciebie. Zaufanie jako potrzeba indywidualna? Byłam w szoku, bo dla mnie zaufanie należy – obok miłości i prawdy – do uniwersalnych potrzeb każdego człowieka (wolność już niekoniecznie). Nie da się chyba zaprzeczyć, że największa wzajemna miłość tylko tak długo uszczęśliwia i daje poczucie spełnienia, jak długo towarzyszy jej zaufanie. Jeśli ktoś ma wątpliwości, proponuję wyobrazić sobie, co stanie się z miłością i przyjaźnią, kiedy ukochaną osobą nakryje in flagranti we własnej sypialni w ramionach przyjaciółki czy przyjaciela. Wszędzie tam, gdzie powszechna miłość jest niemożliwa do osiągnięcia i właściwie zbyteczna – między obcymi sobie ludźmi w zakładach pracy, szkole czy innych instytucjach, a także między narodami – to właśnie zaufanie lub jego brak decydują o dobrych relacjach bądź konfliktach.

Niestety, wiara czyni nie tylko cuda, posiada również złowrogie oblicze – przekonanie. Historia dostarcza wielu dowodów na to, jak łatwo normalni ludzie pod wpływem propagandy zamieniają się w bestie i gotowi są mordować innych w imię religii czy ideologii. Wyznawca islamu zabijając w bestialski sposób własną siostrę podejrzaną o utratę dziewictwa odczuwa dumę przekonany, że tego wymaga od niego honor rodu. Przekonaniem da się wytłumaczyć stanowisko palestyńskiej matki z widzianego przeze mnie dawno temu reportażu, która czuła się złą muzułmanką, ponieważ żaden z jej pięciu synów nie oddał jeszcze życia w świętej wojnie. Moim zdaniem właśnie przekonania są głównym motorem wszelkich świadomych ludzkich poczynań, zarówno dobrych, jak i złych.

Nie podejmę się oczywiście odpowiedzi na pytanie, komu człowiek zawdzięcza posiadanie duszy – bogom, ewolucji czy może przybyszom z kosmosu, ale skoro zostaliśmy w nią wyposażeni, to powinniśmy otrzymać także „instrukcję obsługi” życia wewnętrznego, prostą i zrozumiałą dla każdego. Po 25 latach spędzonych w labiryncie duszy na badaniu uczuciowych zależności jestem przekonana, że także w tej dziedzinie wszyscy podlegamy prawom natury, działającym jak prawa fizyki, identycznie na świadomych i nieświadomych. Jestem zdania, że dziecko przychodzi na świat z zakodowanym w duszy niczym na komputerowym dysku programem na dobre, szczęśliwe, pożyteczne także dla innych życie. Nieszczęście polega na tym, że ów pozytywny program łatwo można wymienić z zewnątrz na destrukcyjny. Rodzice stosując tradycyjny system wychowawczy często nieświadomie i w najlepszych intencjach krzywdzą swoje dzieci, uzależniając swoją akceptacje od posłuszeństwa. Posługując się wiarą/zaufaniem jako kluczem można także wielu dorosłych dowolnie „zaprogramować” – wystarczy posiadać autorytet i władzę przy braku moralnych skrupułów.

Dziecko tylko wtedy będzie w stanie wyrosnąć na prawego, silnego, szlachetnego i dojrzałego, odpornego na manipulacje człowieka, jeśli otrzyma oprócz miłości rodziców także wiarę w jego wartość, absolutnie niezbędną do zbudowania poczucia własnej wartości, które zdaje się być cenniejsze od życia. Liczne przykłady pokazują, że osoby pozbawione poczucia własnej wartości dla jej zdobycia (czy chociaż namiastki, wynikającej np. z przynależności do plemienia) gotowe są spełnić wszystkie rozkazy przełożonych, z poświęceniem życia włącznie. Przychodzi mi na myśl często wspominana przez prof. Wiktora Osiatyńskiego historia jednej z członkiń zbrodniczej rodziny Mansona, która na życzenie guru zamordowała oprócz żony Polańskiego kilka innych osób i robiła dla niego wszystko za to, że jako pierwszy w życiu dał jej bezwarunkową akceptację, poczucie: taka jaka jesteś, jesteś OK, nic nie musisz w sobie zmieniać.

Co mogłoby poprawić ten nasz świat, zawrócić go z drogi ku samounicestwieniu? Może należałoby całkowicie zmienić paradygmat i zamiast zajmować się głównie indywiduum, przedmiotem zainteresowania uczynić relacje między ludźmi, bo tu kryją się, moim zdaniem, przyczyny największych dramatów. Gdyby powszechna stała się świadomość odpowiedzialności za własną sferę emocjonalną i wpływ na uczucia innych ludzi, wtedy – dopiero wtedy – pojawiłaby się szansa na poprawę.

Ale kto miałby dokonać takiej rewolucji? Raczej nie religie, bo trudno oczekiwać, że nagle zrewidują swoje dogmaty i zrozumieją, iż dobra nie da się wymusić złem, czyli represjami i strachem przed nimi. Poza tym utrzymywanie mas w duchowej ciemnocie i przekonaniu, że bez przewodnika pogubią się w labiryncie własnej duszy, leży w ich żywotnym interesie. Wydaje mi się rzeczą wątpliwą, żeby impuls do zmian wyszedł od przedstawicieli elit, także zainteresowanych chyba utrzymaniem status quo.

Najchętniej sama przyczyniłabym się do rozpętania takiej rewolucji, gdybym wiedziała, jak to zrobić.

gaala