Duchowość ateisty

Co to jest ta duchowość? I dlaczego przypisują ją sobie ludzie wierzący, a odmawiają jej ateistom? Czym różni się inteligentna maszyna, która wygrała w szachy z człowiekiem, od tego człowieka? Zakładamy, że nie ma ona duchowości. Duchowość (spiritualite) to cały zestaw owych modalności (stanów ducha) jak: zachwyt, miłość, zauroczenie, rozkosz, miłość, erotyzm, marzenie; jak i te negatywne jak: lęk, nienawiść, zazdrość, niechęć, nuda, czyli wszystkie te stany, których nie obejmuje intelekt. Są one zmienne płynne, zarówno u poszczególnego człowieka, jak też zmieniają się historycznie; inne są obecnie, a inaczej były wyrażane kiedyś.

Człowiek dzieli się swymi nastrojami z innymi ludźmi, to co subiektywne pragnie wyrazić w jakiś intersubiektywny sposób (artyści), z nadzieją uzyskania obiektywności. Rodzą się metafory, mity, religie (pretendujące do obiektywności) ujmujące w interpersonalne ramy subiektywne odczucia poszczególnych jednostek. Konstruuje się wehikuł, który ma być wspólnym mianownikiem subiektywnych odczuć. Ta w początkowej fazie żywa konstrukcja w miarę upływu czasu kostnieje, wynaturza się, wręcz zmienia się w instytucję opresyjną, arogancką.

Sformalizowana w kościele duchowość staje się martwa; to, co było żywe w średniowieczu, co inspirowało ludzi do budowania wspaniałych katedr, a później Bacha do komponowania Pasji, stało się puste, pozbawione owych autentycznych treści.

Te dawne, zmyślone przez semickich pasterzy mity, to pomieszanie pseudowiedzy o świecie z ówczesną duchowością jest dziś kompletnym anachronizmem. Ów wehikuł przestał funkcjonować, przestał jeździć. Chrześcijaństwo i jego najbardziej zdegenerowana forma, jaką jest katolicyzm, nie dostarcza współczesnemu, inteligentnemu człowiekowi żadnej autentycznej duchowości. Zamiast gotyckich katedr tworzy nędzne podróbki w stylu Lichenia czy Świątyni Opatrzności. Oferuje pusty rytuał, teatr dla prostaczków pełen ozdobnych gestów, specyficznej „ubogaconej” mowy. Kościół z jego archaiczną strukturą, cynicznymi lub ograniczonymi hierarchami, butnymi proboszczami i tłumem zapędzonych do kościoła przez tradycję młodych katolików, którzy swoją obecność na mszy odfajkowują przestępując z nogi na nogę przed kościołem. Ot, cała katolicka duchowość.

Gdzie tę duchowość znajdujemy?

W poezji, muzyce, przyrodzie, nauce, w życiu rodzinnym, nawet w sporcie, w przyjaźni, miłości. W tych wszystkich niesformalizowanych działaniach, gdzie człowiek łączy się z drugim człowiekiem bez tego nachalnego „przekażcie sobie znak pokoju”, bez wpychającego się tłumacza, pośrednika, tak zwanego duchownego. Owa nieuchwytna jak mgła duchowość pojawia się i jest przekazywana dobrowolnie. Każdy przymus sprawia, że zmienia się ona w martwą, sformalizowaną rutynę, zamiast mgły mamy kawałek styropianu. A owa tajemniczość, niepewność towarzysząca mgle-duchowości jest tu sztucznie spreparowana, czy to przy pomocy paralogizmu, że trzy jest tym samym co jeden, czy ubogacona dziwolągami w rodzaju dziewicy, co porodziła. Szczególnie ciekawskie, zakute łby-niedowiarki wali się pałą „tajemnicy wiary”. Tajemnica jest tu zadekretowana, nie pojawia się jako fascynująca niespodzianka. Po prostu nie próbuj zrozumieć, bo nie dasz rady! Starannie opakowana w złotko, doprawiona takimi korzennymi przyprawami, jak muzyka organowa, kadzidło, dzwoneczki, hieratyczny język, dziwaczne stroje, nakrycia głów mają stworzyć jakąś inność, duchowe sacrum i na wielu to działa jak słaby narkotyk. Stosowana pod przymusem, szantażem kija i marchewki, groźbą wiecznego potępienia albo obietnicą zbawienia jest nie tylko atrapą duchowości, ale jest wręcz niemoralna.

Owszem religie niegdyś spełniały ważną rolę w kształtowaniu cywilizacji, posiadały autentyczną duchowość w czasach, kiedy wiedzę o świecie, a raczej niewiedzę, zastępowały mity jako teorie, które jakoś tłumaczyły tamtemu człowiekowi, czym jest świat i jakie jest jego miejsce w tym świecie, dawały mu jakiś sens i ulgę. Dla współczesnego, wykształconego człowieka tamten sens powinien być dziś bezsensem, dla człowieka, który wie, że Ziemia nie jest płaska. A jednak w wyniku jakiejś przedziwnej inercji niektórzy dalej uczestniczą w tych gusłach. Bo to, że uprawia je kler, można zrozumieć, w końcu jest to taki sam biznes jak u McDonalda, tyle że zamiast hamburgera oferowanym produktem jest Jezus w stajence albo wieczna dziewica.

Przepędzany przez naukę z różnych zakamarków świata Bóg szuka kolejnego miejsca zamieszkania. Jak dla McDonalda ważne jest, żeby ludzie uwierzyli, że jego hamburgery mają boski smak, tak dla Kościoła ważne jest, żeby ludzie uwierzyli, że Boga wprawdzie nie ma w niebie, jak zauważył Gagarin, ale istnieje gdzie indziej. Jest to potrawa preparowana dla wyrafinowanych, wykształconych podniebień, nie dla prostego ludu, który i tak wie, że Matka Boska urodziła się w Częstochowie. Dlatego ksiądz profesor Heller wypatruje Boga w matematyce, szuka się go w bozonach, w cząsteczkach Higgsa. Czyli, jak to się mówi, tonący brzytwy się chwyta.

Owszem świat jest pełen tajemnic: Czy coś było przed Big Bangiem? Dlaczego powstały gwiazdy? Dlaczego z wodoru powstały w gwiazdach inne pierwiastki ? Dlaczego tlen łączy się z wodorem tworząc wodę? Dlaczego powstało życie? Dlaczego powstała inteligentna istota, która zadaje te wszystkie pytania „dlaczego”?

I będzie je sobie zadawać dopóty, dopóki będzie istnieć, gdyż nauka zawsze będzie przekraczać kolejne horyzonty. I nic tu religii nie pomoże to pasożytowanie na owej „niedoskonałości” nauki, jej nieustannym dążeniu do wciąż nieosiągalnej absolutnej prawdy i przeciwstawianiu nauce pretensji do „bycia w prawdzie”. To niekończące się dążenie do prawdy, do poznania jest ostatecznym zwornikiem duchowym, jak te zworniki w katedrach gotyckich.

Wstąpiłbym do takiego kościoła, w którym znajduje się na ołtarzu, jako jedyny symbol, tylko wielki znak zapytania.

Lewy