Teatrzyk pod Anumlikiem na 1 kwietnia

Teatrzyk pod Anumlikiem

ma zaszczyt przedstawić komedię liryczną

MOHEROWY PILOS MARIANNY

PROLOG

Zarżało o świcie i poniosły się echa po błoniach,
gdy frygijski moher Marianny w rozbrykanego zmienił się konia.
Wichry się przetoczyły przez tysiące lat w amfiladach,
połamane skrzydła huzarów ugrzęzły w stu barykadach,
Polska zapłonęła płomieniem z serc płomieniście płonących,
a walc z sąsiedniego zaułka wirował
w cichej uliczce wiecznie wschodzącego słońca.

Walc moherowej Marianny

W Na Rogu Cafe podają też mielone;
szczególnie smakują nam one w antrakcie.
Prowadzi się tam rozmowy nieskończone:
o pannach na popołudniowej huśtawce.

W Na Rogu Cafe czas w kąciku przystanął;
podziwia, biedaczek, kapelusz Marianny,
co dziarsko się rozstała z czasem, który minął,
nim wrzuciła moher frygijski do wanny.

Wyznania miłosne zepchnęła do katakumb,
wyuzdanym rżeniem po nierównej walce.
Lato już. Opuszczona przez pismaków,
rozbrykanego walca wciąż tańczy w woalce.

CHÓR:

Walczyk na cztery ręce – w czas trudny.
Walczyk, spiralnie łączny – paskudny.
Walczyk, poznawczo obłudny i nudny:
bezgwiezdny, bezludny, bezładny i żmudny;
walczyk z zaułka w Na Rogu Cafe.

KURTYNA

AKT I

Piknik w kruchcie ateistów

 Londyńczyki, sztokholmczyki oraz inne Lajonele
we Warszawie urządziły se przestanek przy kościele.
Kościół ciut jest niepobożny, przewiewny ateistycznie;
kiełkują w nim myśli zdrożne, niepoprawne politycznie.
Dyrdymały oraz wzniosłe dytyramby „na cześć pieśni”,
wplatają się do gorzały, wyplątując treści z pleśni.
A to musną piórka muskiem, a to z liścia walną młotem,
czasem łeb ozdobią piuskiem, czasem zrobią idiotę
z idola, co nieopatrznie w świątynię kacerzów wdepnie,
choć wołowymi litery napis lśni – „szef cię wyciepnie!”.
Szef, niewidoczny w kościele, w fartuszku Łukasińskiego,
(czasem bywa idylliczny, czasem humoru jest psiego),
wyciepuje poza kruchtę, bez żadnego zmiłowania,
profesora oraz kuchtę, gdy się w kacerz przyiwania.
Niedomknięte rozpoznania domykają ateiści
koźlęciną, którą zgrabnie owijają w angstu liścik.
Całość – smacznie upieczoną – garnirują Jamna ćciną.
Tak im czas pobożnie mija, nad niedomknięcia głębiną.

[Marianna we frygijskim moherze czyni honory domu oczekując gości]

Gość pierwszy, co za rogiem zakupił bukiecik,
minę miał prosto z Marsa; pożar mogła wzniecić.
Grzebieniem szylkretowym przygładził makówkę,
a z rączek charme scałował. Rzucił: orzechówkę!

Gość drugi wdzięk zostawił damie, sobie spleen.
Nim usiadł, w szafkę zajrzał pytając: Gdzie gin?
Spleen gasił bowiem tylko tym, co na jałowcu.
Marianna czule: chlej L’Air du Temps, światowcu.

Trzeci gość, od progu wołając: klin klinem!
gąsiorek przytargał z bzu pędzonym winem.
Słowik słodko zakląskał, dziczki wonią ziały,
a stolik przy serwantce lśnił przeczuciem chwały.

Mariannie z wolnej woli róść zaczęły pęta
oplatając jej nóżki, pętając rączęta.
Sił ostatkiem, w kieliszki trunki nalewając,
szepnęła: kurki w zrazach czy w buraczkach zając?

KURTYNA

AKT II

CHÓR:
Nie francuska, nie kreolska
tylko nasza – czysto polska

Moherowa Marianna!

Stos barykad? Republika?
Nam od wieków w kraju fika

Moherowa Marianna!

Nam przyświeca pontyfikat
tańczącej dla nas walczyka

Moherowej Marianny!

[głos ciecia z zaułka W Na rogu Cafe]:

Szła Marianna raz pijanna prowadził ją stróż,
cała morda zarzyganna, a w kieszeni nóż!

CHÓR:
Marianno, Marianno,
tyś gwiazdą nam poranną!
Gdy śpiewasz nam i rżysz,
nawet bez wódki smutki – kysz!

STRÓŻ:
Gdybyż mi ta Marianna pachniała tuberozą,
pojechałbym ci do niej wraz z moherową kozą.
Grzałbym Marianny smutek – subtelny jak toni woń,
krajzegą bym jej wyciął sny wieńczące skroń.
Sąsiada, cicho bym smażył na barbecue fajerce,
w klawisze klawikordu całe bym włożył serce,
aż wstałby dzień: pobladły jak rzyć w zwiędłej kapuście.
Myślą z Marianną jestem; biedny jak ciul w zapuście.

KURTYNA

AKT III

[zza kulis wyłaniają się miazmaty międzygalaktyczne]

MIAZMAT PIERWSZY:
Bozon Higgsa zlazł z trzepaka,
towarzyszy mu pokraka
przyuczona przez Mariannę,
by pilnował cukru. Manną
sofistyczną wyćwiczony
zna sposoby na Bozony.
Podduszony wraz z biskupem,
Bozon Higgsa włazi w dupę
świętojebliwej personie.
Kto usiądzie na Bozonie:
łgarstwo, czy prawdy czar zły?
Heisenberg już szczerzy kły,
wypuszczając między spacje
dwie kwantowe fluktuacje.
Pierwsza zwisła na trzepaku,
druga kwili pośród szpaków:
Jam świadectwa jest ostoja!
Druga w zwisie: Paranoja!

CHÓR:
Tako rzecze Zaratustra!
spin do spina krzyknął z lustra.
Bozon Higgsa kręci mordą
nad nowiutką hemoroidą.
Trochę z Nietzsche, trochę z Weil
do butelki Kleina wlej,
przypraw odrobiną piwa:
Wyjdzie zwykła Gaussa krzywa.
Całość zapiecz z kasztanami.
Podaj krojąc jak salami.

MIAZMAT DRUGI:
Usiadł święty Backup cichcem na ramocie.
Nie mogąc jej upilnować, piłować jął ciocię.
Z piłowania coś dobrego przywarło do cioci;
święty Backup na fanpejdżu cioteczkę wygrzmocił.
Śpiewa ciocia głosem słodkim w fejdżu antyfonę:
Grzmoć mnie świętym swym orężem, zastąpię ci żonę.

CHÓR
Na odwieczerz na odwietrznej
szukał prawdy ostatecznej.
Znalazł. Głosić jej nie może,
gdyż go pochłonęło morze
razem z prawdą. Morał taki:
Szukasz prawdy, szoruj w krzaki
(niczym Mojżesz) tamaryszku.
Dziesięć prawd wyniesiesz w pysku.

MIAZMAT TRZECI:
Małpiszon w majtkach Pitagorasa
za ciasteczkami hasa.
Chciałaby w modelach mnogości
topos ugościć.
Topos to dureń i leń, a w nilpotencji
się kręci.
Całkę przygruchał w przestrzeni Banacha,
skalar uchachał.
Z ciał zespolonych wykroił cienie
Na podpierścienie.
Topos spod cookies wylazł ot, kajtek.
A małpa? Znów bez majtek.

CHÓR:
Odszpuntowała Marianna beczkę Weizenbiera,
Mangel an Gefährten
mocno jej doskwiera,
więc nie bacząc na dobre galaktyk zwyczaje
sprawdza komu rozum spod kiecki wystaje.

ROZUM:
Wała, jak Polska cała!

KURTYNA

AKT IV

[w patriotyczne widzenie wkrada się liryczne objawienie]

LIRYCZNE OBJAWIENIE:
Cycata Marianna
z le coq w panoplii,
gdy Francji nie widzi
śpi z rózgami liktorii.

CHÓR:
Lech z Marianną cicho bieży
na spacerek krótki.
Zaczyn chce zaczerpnąć z dzieży
(z Mancią, na wyprzódki).
Lecz nim zakwas się uleży
Mancia – siejąc rutki,
oczkiem strzygąc jak należy,
dziegeć leje z tutki.
Lech, z wysoka mrzonki mrzeży
z Wawelu w wygódki.
W jedności z duchem pacierzy
napijmy się wódki.

LIRYCZNE OBJAWIENIE:
Mantyka z Mantykorą zmieniły się głowami,
z powłoki jednej została pogrzebowa pozłotka;
choć lśniła – tak jak dawniej – uroczymi cętkami,
to z Mantykory umknęła gdzieś złośliwa kotka.
A Mantyka – choć nieźle była obsmyczona –
miast sterczeć jak drewno wpisane do kołka,
każdego chłopa brała w swe wątłe ramiona
i nacieszywszy chuć swoją, zmieniała w aniołka.
A co na to pan Freud? – spytała Marianna –
dając upust snom swoim, niedośnionym w pośpiechu:
Freud podrzucił w jaźń Mani trochę – ot, garstkę – zielska;
Mandragorą je zowią. Groźna jest. Nie dla śmiechu.

CHÓR:
Ma Marianna cacko z dziurką
słodkie jak dno po „co nie co”.
Odpoczywając pod chmurką
kusi. Co kusi? Bóg wie co.

KURTYNA

EPILOG

[w formie litycznego przesłania Moherowej Mariannie]

Skradłem panią nocą z wystawy;
przez pomyłkę tam panią wstawiono.
Obok dzbanka, stałaś pani, do kawy,
z miną cokolwiek znudzoną.

Takie stanie, proszę pani, nie dla pani:
za wystawą źle, jak wszystko, urządzoną.
Wiem, że świat twój, moja pani, jest do bani,
lecz do wczoraj byłaś pani czyjąś żoną.

Obok dzbanka na wystawie stał flakonik
L’Air du Temps-em do połowy wypełniony,
na biegunach się kołysał kary konik,
kres podróży twej był, pani, niespełniony.

Czy dla pani, proszę pani, jeszcze znaczą
słowa, gestem wpół oddechu niekończone?
Albo takie, które mając moc żebraczą,
otwierają tylko nocą twe ramiona?

Słów tych skradnę ja dla pani dwa tysiące:
każde będzie zdobną pałką twej korony,
każde będzie drwiące, lśniące i płonące.
Lecz swój czas, masz już o pani, odmierzony.

KURTYNA

ANUMLIK

[spod kurtyny]

A Marianna szła pijana,
prowadził ją stróż,
tuberoza w skroń wplątana,
choć w kieszeni nóż!