Czy tożsamość europejska jest elitarna?

„Magazyn Świąteczny GW” czytuję sobie podczas śniadań, raptem przez 15 minut, do niektórych tekstów docieram po pewnym czasie.  Artykuł Ziemowita Szczerka z „GW” 11–12 lutego 2017 (http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21357903,angela-merkel-juz-nie-pocaluje-kaczynskiego-w-reke-nawet.html)  przeczytałam dwa dni temu. Cytuję fragmenty, które nie dają mi spokoju.

  1. „Tożsamość europejska, o ile zaistniała, raczej też jest elitarna. To tożsamość ludzi kręcących się przy Brukseli, złotych dzieci utrzymujących paneuropejskie kontakty. Słynne mieszane małżeństwa. Tożsamość erazmusowa, bo Europa miesza studentów, integruje. Ale inni Europejczycy korzystający na unijnych wolnościach, imigranci, są już po prostu imigrantami. Nie dumnymi Europejczykami. Którzy wszędzie niby jak w domu. Tak, tożsamość europejska, jeśli zaistniała, to tożsamość elity. To ją odróżniało od radzieckiej czy jugosłowiańskiej. Tam dla wielu to była tożsamość bazowa. Ludowa”.

 

  1. „Bo europejska tożsamość nie utworzyła się u dołu. Bułgarskie sprzątaczki we Włoszech nie czują się dumnymi Europejkami. Pewnie by chciały, ale wiedzą, że to by była jednostronna deklaracja. Polscy kolesie i panny ze zmywaków, budowlańcy i hydraulicy w Wielkiej Brytanii. Rumuni we Włoszech i we Francji. Łotysze i Litwini. Słowacy. Mówią po swojemu, nie po włosku, francusku, nie w ogólnoeuropejskim angielskim. Znają oczywiście te języki, ale to nie są ich języki. Mogliby do nich ewentualnie aspirować, i to wiedzą”.

***

Przez parę lat byłam imigrantką. Wyjechałam, bo nadarzyła się okazja, a ja czułam, że w Warszawie nie mam już nic więcej do roboty. Ile lat można pracować na umowę o dzieło podpisywaną co miesiąc?

Nie nazwałabym siebie wtedy złotym dzieckiem. Złote dzieci nie kroją warzyw na sałatki przez kilkanaście godzin i nie pokonują piechotą ok. 28 km w drodze do pracy i z pracy. Fakt, to nie była oferta, która skłoniła mnie do wyjazdu, ale co z tego?  Z biegiem czasu było coraz łatwiej i ciekawiej. Pożyczyłam rower, przeniosłam się do centrum miasta, zaprzyjaźniłam się z urzędem pracy, który pełnił inną rolę niż w Polsce.

Gdy z jakiegoś powodu miałam dosyć swojego zajęcia, szłam do urzędu pracy i przebierałam w ofertach. Przestałam martwić się o pieniądze. Miałam czas, by rozejrzeć się wokół siebie, krzepnąć w nowej kulturze i poznawać ludzi. A paleta narodowości była niezwykle barwna. Poznawałam tubylców, imigrantów legalnych i nielegalnych. Europejczyków, Azjatów i Afrykanów. Kelnerów, sprzedawców, sprzątaczy, budowlańców, personel firemek obsługujących turystów. Wszyscy przyjechali z różnych powodów, głównie dla pieniędzy, ale nie tylko. Uciekali przed przeszłością, szukali świętego spokoju, bo ich wybory życiowe nie były akceptowane w ojczyźnie albo nie wiedzieli, co ze sobą zrobić.

Moja koleżanka, Polka, nazwała ten kraj wyspą rozbitków i miała dużo racji. Kwitło życie towarzyskie. Zapraszaliśmy się na imprezy i częstowaliśmy naszą kuchnią. Nie zapomnę miny Tajwanki, która spróbowała białego barszczu. Cypryjczyk też nie był tą zupą oczarowany.

Im dłużej przebywało się w tym tyglu kulturowym, tym bardziej człowiek nabierał przekonania, że większości ludzi na świecie zależy na tym samym: by mieć trochę pieniędzy, jakiś własny kąt, móc w spokoju wychować dzieci i mieć blisko do lekarza.

Wszystko zmieniło się w 2008 r. Szef powiedział, ze musi zamknąć firmę na zimę. Inaczej się umawialiśmy, ale nie przewidywaliśmy krachu gospodarczego. Starym zwyczajem poszłam do urzędu pracy. Przed budynkiem kłębił się tłum. Po raz pierwszy w historii przyjaźni z urzędem musiałam wyciągnąć numerek. Otwierałam trzecią setkę oczekujących. Usiadłam na krawężniku, poczekałam na swoją kolej i zarejestrowałam się jako osoba bezrobotna. Mimo wszystko moja sytuacja nie była beznadziejna. Wraz z rodziną wróciliśmy do Polski mniej więcej rok później nie tyle z powodów finansowych, co z poczucia, że czas na zmianę. Ale ulice były już opustoszałe. Cały ten barwny tłum musiał wyjechać gdzie indziej w poszukiwaniu pracy. Nasi najbliżsi znajomi, Polacy, też rozjechali się w różne strony świata. Nie wrócili do kraju.

Nikt z nich nie był i nie jest złotym dzieckiem Brukseli. Wyjeżdżali z kraju z pustymi kieszeniami. Ciężko pracowali i nadal pracują na swoje szczęście gdzieś na świecie. Rok 2008 i pojawienie się kaczystowskich narracji spowodowały, że kilkoro z nich przestało lubić swoich niepolskich znajomych. Ale ci, którzy oparli się populistycznym przekazom, czują się nie tyle dumnymi Europejczykami, co obywatelami świata, gdyż wieloletnie doświadczenie emigracji daje przekonanie, że gdziekolwiek człowiek nie pojedzie, da sobie radę. W końcu większości ludzi, kimkolwiek by byli, zależy na tym samym – by mieć jakiś kąt, trochę pieniędzy, móc w spokoju wychować dzieci i nie trudzić się w drodze do lekarza.

Zgodzę się z tezą, że tożsamość europejska nie jest oddolna w sytuacji, gdy ktoś wyjeżdża, by tylko zarobić. Haruje, zbiera pieniądze i wraca nie czując się Europejczykiem, bo i ta Europa nie jest mu do niczego potrzebna. Inaczej sprawa wygląda, gdy ktoś chce się osiedlić na stałe. Chce tam mieszkać, żyć, pracować, zbudować dom, wysłać dzieci do szkoły. Nie wydaje mi się, by tożsamość europejska była im obca, by była jedynie zabawką elity. Chyba że za elitę uznamy właśnie ich, tych wszystkich dzielnych i silnych ludzi, którzy postanowili zakorzenić się gdzie indziej i z mozołem o to walczą.

Wielu czytelników „Listów ateistów” mieszka za granicą. Ciekawa jestem waszej opinii. Czy poczucie, że jest się dumnym Europejczykiem, jest tylko przywilejem klas wyższych?

Jiba