Polityka dla mas

…czyli nas. Cytat niedokładny, ale w ten deseń:

żeby zrobić jubileusz,
bierze się starego pryka,
sadza się go na fotelu
i siarczyście się go tyka:
– jubilatem, jubilacie…

60 lat dla pisma to nie w kij dmuchał. W wielu domach „Polityka” była i jest obecna – może i ciekawie będzie wspomnieć sobie to i owo – czym jest dla nas, czytelników. Dla kogo to, Szanowne Państwo Redaktorstwo, robicie.

 

Tanaka:

Początki z „Polityką” pamiętam dzięki „Forum”, które zacząłem czytać chyba jeszcze przed samą „Polityką” mając lat – plus-minus – 10 albo 11. Ciekawość świata, zaspokajana dzięki „Forum” przywiodła mnie do „Polityki”, która za pierwszy horyzont miała sprawy w Polsce. Ciekawość świata złożyła się w jedno z ciekawością bliższego otoczenia. Oba tytuły kupował tato, a jak czasem nie zdążył kupić, z frajdą biegłem do kiosku. Wspomnienie o tygodnikach jest zarazem wspomnieniem o tacie. Tą samą ciekawość świata oraz ciągłość w czytaniu sam, otrzymawszy wzór, przekazałem następnemu pokoleniu.

Był jeszcze trzeci tygodnik – „Przekrój”, choć kupowany bez pełnej konsekwencji.

Mam takie pierwsze wspomnienie z czasów przedszkolnych: siedzę, półgoły, i jestem badany przez panią doktor, lekarkę mieszkającą po sąsiedzku, w jej mieszkaniu. Na okoliczność, której nie pamiętam. Różyczka? Głupio mi i zimno. Nagle małe odkrycie: na stoliku obok leży „profesor Filutek”, a zza niego wystaje rysunek Kobylińskiego. Przestało być głupio, a może i zimno, zrobiło się ciekawie.

Z czasem odkrywałem te tytuły także w innych domach, zwykle przy okazji podwórkowo-koleżeńskich odwiedzin. Trochę później zaświtała mi w głowie taka myśl: stąd się brała powojenna polska inteligencja oraz z tej inteligencji brały się te tytuły. Jest to konstrukcja dosyć złożona, z której do dzisiaj nie mogę się wyplątać. Pewnie, dlatego że mało się staram.

 

Nefer:

Pamiętam te wielkie płachty, które ojciec otwierał po obiedzie, z papierosem w ręku – wtedy jeszcze palił. Zauważałam, że środek był nie wiadomo dlaczego różowy (tak mi się coś majaczy). Ojciec i różowa gazeta. Nuda. Mały druk, nie ma obrazków. Tusz brudzi palce. I wielkie to takie, ojca zza tego nie widać. No, przepraszam, obrazki były, Kobyliński, to pamiętam. Później już go wypatrywałam i bywało, że nawet zrozumiałam to i owo, na przykład dwóch ludzików przed tunelem, z którego wyjechał czołg. Mówili coś o światełku.

Teraz sama sięgnęłam, już ponad 10 lat temu – jednak ojciec miał rację. Czytam cyfrową, tak łatwiej. „Politykę” zaczynam od polityki, potem felietony, kultura, o gospodarce czy społecznych dramatach rzadko. Co mi daje? Mogę dyskutować na różne tematy. W blogi też wsiąknęłam, chyba mają magiczną moc przyciągania – musi nad wejściem do nich pisze „porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie” albo, w skrócie, „stąd nie wyjdziesz”.

Krótko, „Polityka” jest częścią mojego życia, informacją, odpoczynkiem, ciekawością świata.

 

anumlik:

Jako dziecko nieczytające, słuchałem namiętnie radia, jako dziecko słabo czytające czytałem bajki i opowiastki z życia pionierów na obozach Arteku, ale radia słuchałem równie namiętnie, a moją ulubioną audycją radiową był „Teatr Eterek”, z profesorem Pęduszko, wdową Eufemią i Mundziem. O tym, że Eufemię grała Irena Kwiatkowska dowiedziałem się wiele lat później, podobnie jak o tym, że Mundzia grał Tadeusz Fijewski. Namiętna miłość do „Teatru Eterek” przeszła później w miłość do „Kabaretu Starszych Panów”, stworzonego przez twórców radiowego „Eterka” Jeremiego Przyborę i Jerzego Wasowskiego.

Miłość do tekstów satyrycznych z tzw. podtekstami oraz absurdalnych bez podtekstów, objawiła się w okresie płynnego czytania i ulokowana została na ostatniej stronie „Przekroju”. To był ten sam rodzaj humoru, który anumlik umiłował i któremu jest wierny do dziś. „Przekrój” towarzyszył mi nie tylko z racji ostatniej strony przez lata. Stopniowo jednak do „Przekroju” dołączały inne tygodniki, z których „Polityka” stawała się pismem numer jeden. Później – a to później trwa do dziś – to nie „Polityka” uzupełniała „Przekrój”, ale „Przekrój” „Politykę”. Podobnie jak – z roku na rok, sekwencyjnie – „Politykę” uzupełniało „Forum”, „Życie Literackie” czy „Twórczość”. W latach osiemdziesiątych „Polityka” uzupełniała „Tygodnik Powszechny”, który stał się pismem numer jeden, w nowej zaś szacie i pod nową redakcją „Polityka” na powrót stała się tym pismem, które uzupełniane są innymi. Takimi tam „Newsweekami” czy „Wprostami”.

Dziś „Polityka” nie ma papierowej konkurencji i sama sobie jest zjawiskiem w prasie polskiej niemającym konkurencji. Konkurencją stały się portale, ale – jak dotąd – są one tylko uzupełnieniem portalu Polityka.pl.

 

Konstancja:

„Politykę” czytał mój dziadek; pamiętam czerwone lekko pochylone drukowane litery tytułu i dziadka przemieszczającego płachty wielkiej gazety, bo nie wolno było przecinać – gazeta po dwóch dniach wracała do kiosku i do innego czytelnika. Nie była dla mnie, brzdąca, ciekawa, bo tylko teksty, teksty, a gdzieniegdzie rysunek, zdjęcie nic mi niemówiące. Sięgnęłam po nią w roku 1970, tuż po wypadkach w Gdańsku. Nie znalazłam tam nic ciekawego na ten temat, ale coś mnie w niej coraz częściej interesowało.

Potem była przerwa… dość długa.

Dziadek zmarł, a ja nie kontynuowałam kupowania gazety według zasady narzuconej przez kioskarza, bo nie miałam tyle czasu, żeby w dwa dni przeczytać.

W domach narzeczonych in spe wyszukiwałam tytułów różnych gazet; „Politykę” czytało dwóch kandydatów na teściów. Czytałam „Politykę” w domu rodziców męża, na imprezach rozmawiało się pt. co tam panie w polityce?; dyskutowałam na tematy przeczytane w tygodniku; Tata bardzo cierpliwie objaśniał, tłumaczył.

Lata 90. zaznaczyły się tak wieloma zmianami w naszym życiu, w polityce, która coraz bardziej nas dotykała – tygodnik stał się niezbędny. Już w nowej szacie graficznej, w mniejszym formacie, bardziej poręczny do czytania w pociągu, w tramwaju nawet.

Tak zostało do dziś – wciąż jeszcze w wersji papierowej, w teczce w kiosku, ale coraz śmielej zaglądam na propozycję prenumeraty cyfrowej. I to będzie następny etap mojego tygodnia z „Polityką”.

 

Lewy:
Ja zawsze lekturę „Polityki” zaczynałem od felietonu Michała Radgowskiego. Cudowną ironią, przewrotnym humorem wyróżniał się pośród wybitnych kolegów. Podobał mi się też Bywalec, który w stanie wojennym chciał Amerykanom wysyłać koce dla bezdomnych*. No i taka moja mała przygoda z „Polityką”. Kiedy już napatrzyłem się na opóźnienie cywilizacyjne wsi kieleckiej, napisałem ostry list do „Polityki”, gdzie bezpardonowo zaatakowałem te opóźnienia. No cóż miałem wtedy 20 lat, taki wiek ma swoje prawa. Po kilku dniach dostałem list podpisany przez samego Mieczysława F. Rakowskiego, który młodemu gniewnemu przyznawał rację, że słusznie wytykam zaniedbania, ale że powoli poprawia się w Polsce i że cieszy się, że młodzi ludzie tacy jak ja troszczą się o losy ojczyzny. Byłem bardzo dumny, ten list długo przechowywałem, ale w końcu mi się gdzieś zapodział.

[* Moim zdaniem to był pomysł Urbana, a Bywalec do ówczesne pseudo Daniela Passenta – JK]

Jiba:

„Light My Fire” The Doors odsłuchane z pięćdziesiąt razy – tak wyglądały okoliczności mojego pierwszego świadomego spotkania z „Polityką”.

Trwały Juwenalia. Po koncercie postanowiliśmy kontynuować imprezę w akademiku u mojej koleżanki. Na stole w jej pokoju leżała płachta „Polityki”. Wiedziałam oczywiście, że taki periodyk istnieje, ale nie interesowałam się nim wcześniej. W moim domu było mnóstwo książek, ale prawie żadnej prasy. Wtedy tamten numer przejrzałam, zaciekawił mnie, ale cóż, to nie był czas na czytanie. W końcu impreza znudziła mi się, postanowiłam iść do domu, ale koleżanka zaprotestowała, że przecież jest środek nocy, a tu proszę, jest łóżko, mogę przenocować. Położyłam się, a długie studentów rozmowy trwały dalej. Koleżanka była wielbicielką The Doors z fazą na „Light My Fire”. Włączyła tę piosenkę i odtwarzała ją ciągle od początku dyskutując między innymi o tym, co przeczytała w „Polityce”. „Come on baby, light my fire…” stało się chińską torturą, myślałam, że oszaleję. Uciekłam, jak tylko zaświtało, ale „Politykę” zapamiętałam.

Od tej pory stała się moją towarzyszką podróży, a podróżowałam sporo i w czasie studiów, i długo po nich. Z wirtualną „Polityką” zaprzyjaźniłam się, gdy zostałam mamą. Pomogła mi przetrwać trzyletnią odsiadkę z dzieckiem, kiedy to człowiek ma wrażenie, że za chwilę zapomni, jak się nazywa. Dziecko od dawna chodzi do szkoły, a przyjaźń trwa nadal i nic nie wskazuje na to, by miała osłabnąć.

Sto lat, „Polityko”!

lonefather:

Okoń w „Polityce”

Była w domu rodzinnym od zawsze, czyli była i jest zawsze. Czy się na niej wychowałem? Raczej nie, raczej wychowywałem się w jej obecności. Gdy założyłem własny dom, to i w nim była i jest „Polityka”.
Chyba jak wszyscy piszący, ja też pisząc o obecności „Polityki” w domu, stosuje skrót myślowy, mając na myśli dyskusje, jakie bywały po licznych tekstach w niej czytanych. Myślę, że to właśnie było, często nadal jest najważniejsze, że poruszając ważne i ważkie tematy, nie pozostawiała czytelnika obojętnym. Myślę też, że właśnie ten rodzaj czytelników, ludzi nieobojętnych na otaczającą ich rzeczywistość, przyciągała i nadal przyciąga.
„Polityka” była obecna zawsze, więc i na wyjazdach wakacyjnych też była z nami. To dzięki tej wakacyjnej obecności, wskutek okoliczności sprzyjających, przypadkowo odkryliśmy kulinarne „zastosowanie „Polityki”. I wspomnieniem o nim podzielę się z czytelnikami bloga.

Jakoś tak w połowie lat 60., płynęliśmy z Mazur do Warszawy czteroosobowa rodziną, dwoma składanymi kajakami marki Klepper. Klasycznie, czyli Czarna Hańcza do Kanału Augustowskiego i dalej szlakiem wodnym do Narwi i Kanałem Żerańskim do Warszawy. Ale jakieś „dobre licho” nas pokusiło i zamiast grzecznie skręcić w prawo do Augustowa, skręciliśmy w „lewo” w stronę Białorusi, wtedy CCCP. Pewnie to sprawiła pogoda wspaniała, lub ciekawość, jak wygląda „dzika”, czyli zapuszczona, niewiele odwiedzana przez wodniaków część kanału, że zboczyliśmy z planu i o jeszcze jeden dzień przedłużyliśmy spływ. Nie pamiętam już, czy to była śluza Tartak czy Kudrynki, w każdym razie na którejś z nich śluzowaliśmy się z miejscowymi rybakami, wracającymi z połowów na jeziorze Głębokie. Sami nas zagadnęli, czy nie kupilibyśmy świeżych ryb z nocnego połowu. I kupiliśmy. Żywe, jeszcze pływające w zbiorniku wmontowanym w środku łodzi. Kilka średniej wielkości płoci i dwa spore okonie. Po śluzowaniu popłynęliśmy dalej, ale wypatrywaliśmy ładnego słonecznego miejsca na biwak i w końcu takie znaleźliśmy. Paliwo do kochera dawno się już skończyło, więc jedynie pozostawało ognisko, żeby przyrządzić rybny obiad. Resztki zapasów też nie dawały za wiele możliwości. Końcówka masła, ciut, ciut oleju na dnie butelki, szczypta soli, ograniczały możliwości do minimum. I to zdecydowało o tym, jak przyrządzimy obiad. Sól i patelnia i pierwsze znalazły się na niej plotki. Niezłe były, ale cały olej, jaki mieliśmy wypiły w czasie smażenia. Pozostały okonie. Zero oleju, a masła za mało, żeby je usmażyć. I wtedy przypomniałem o tym, że można by je upiec „w glinie”, w popiele ogniska. Nawet zacząłem się za gliną rozglądać. Ale ktokolwiek pływał Kanałem Augustowskim na odcinku pomiędzy Augustowem a granicą państwową, wie, że tam są tylko piaski, a jeśli jest glina, to głęboko i trudno dostępna.  I to wtedy potrzeba, co jest matką wynalazków, podpowiedziała, że glinę można by zastąpić szczelnie zawiniętym papierem. Żadnego pergaminu nie mieliśmy, za to mieliśmy „Politykę”, stare wielkoformatowe wydanie i to w nią właśnie zawinęliśmy, oskrobane i wypatroszone okonie, lekko oprószone solą. Resztkami masła natarliśmy ryby przed zawinięciem w papier. W zebranym w czasie smażenia płoci popiele wygrzebaliśmy dwa podłużne zagłębienia i szybko przykryliśmy pozostałym popiołem zawiniątka z rybami…

Dyskutowaliśmy problem, jak długo trzeba piec w ognisku ryby w papierze. W końcu stanęło, że co najmniej pół godziny i mniej więcej po tym czasie rozgrzebaliśmy ognisko i wyciągnęliśmy ponadpalane zawiniątka z okoniami. Nadpalone i zwęglone wierzchnie warstwy rozwijaliśmy z duszą na ramieniu, niepewni tego, co w środku się znajduje i czy będzie to jadalne? Wierzchnie warstwy, krusząc się i rozpadając w rękach, rodziły obawę co do stanu zawartości, kolejne trzy czy cztery wewnętrzne warstwy, pozostały w stanie idealnym, pogłębiały niepewność, ale już z zupełnie odwrotnego powodu. W końcu oczom naszym ukazały się okonie. Nie tylko się ukazały, ale i zapachniały przepysznie. Co prawda odbiła się na nich lustrzanie treść „Polityki”, ale smak idealnie upieczonych ryb, dorównywał zapachowi.
Okonie w „Polityce” okazały się kulinarnym strzałem w dziesiątkę! Wielokrotnie w późniejszych latach potwierdzanym. Dodać tylko jeszcze wypada, że próby pieczenia w innych gazetach, czy periodykach, nigdy się nawet nie zbliżyły do oryginalnego przepisu.

Przepis na okonia w „Polityce”:
1) Świeżo złowione okonie, oskrobane, lekko oprószone solą i natarte niewielka ilością masła
2) Zawijamy szczelnie, każdy osobno, w 6 do 8 warstw „starej”, wielkoformatowej „Polityki”
3) I zakopujemy w popiele ogniska na około 30 minut
Skala trudności – obecnie niewykonalne*

* niewykonalne, bo od dawna wielkoformatowa „Polityka” jest niedostępna, a i szansa spotkania miejscowych rybaków na Kanale Augustowskim, co wracają z nocnego połowu i maja żywe ryby w swojej łodzi, to marzenie ściętej głowy; no i zapal sobie ognisko na skraju Puszczy Augustowskiej…

 

Na deser anumlik od anumlika:

Dytyramb na cześć ateistów

A w urzędach, zamiast liści –
szczerząc swe urocze mordy –
przekwitnięci ateiści
tworzą legion i dwie hordy.

Racjo – siebie – nalizują
w sens wklepując cenne racje.
Czasem rzecz trafnie ujmując,
idą wspólnie na kolacje.

Na kolacjach dęte gadki
produkują ateiści.
Miast rozpuszczać w gatkach kwiatki
tkają fetor dziwnych myśli:

To brzuchatego biskupa
na kleryku przyiwanią.
To – gdy mignie czyjaś dupa –
skojarzą ją z Imć Onanią.

Zamiast w sensach łowić stricty
taplają się w dętych bojach,
nie pomni Ockhama brzytwy
tkwią w przedziwnych paranojach.

Gdy Paranoj z Paranoją
owładnie sny ateistów,
oddal Matko Boża moja
zło z Pana Boya artystów.

 

***

A jakie są Wasze wspomnienia o „Polityce”?