Wszyscy mają się dobrze. Tylko ofiar szkoda

Był maj, czas komunii. Spotkana na ulicy znajoma nie kryła oburzenia: – Wiesz, jak mnie ksiądz wkurzył? Nie wiedziałam. – Była taka umowa, że za komunię nic nie płacimy, ale ten sobie wymyślił, że czegoś tam potrzebuje w kościele i mamy zapłacić po stówie. A przecież on co niedziela zbiera z tacy po 3–4 tysiące! I jeszcze mu mało!

– To powiedz, że nie zapłacisz.

– Co ty?! Nikt z rodziców się nie wyłamie. Zrobią, co im każe. Mam się jako jedyna wystawić?

No cóż, to prawda, nie jest łatwo być samotnym jeźdźcem z nazwiskiem wypisanym na czole.

Historię o niecodziennym zajęciu ojca dwojga dzieci usłyszała moja matka. – Byłem na budowie w tej miejscowości nad jeziorem. Całkiem ładne gospodarstwo, mieszka tam kobieta z dwójką dzieci, nawet się dziwiłem, że sama tak dobrze daje radę. Jest piątek, przychodzi do płacenia, a ona mi mówi, żebym zaczekał, bo zaraz przyjedzie mąż i przywiezie pieniądze. No i przyjechał, kurde, ja patrzę, a to proboszcz z tej wsi, wie pani, co to wszystkich podatkiem od rodziny obłożył, jak tylko nastał. Tak się skurczybyk urządził! A ludzie się dziwili, na co mu te pieniądze. Teraz to już wiadomo!

Niedawno była okazja, by podziwiać kolejną odsłonę obłudy wobec księży. Chodzili po kolędzie. Zaaferowane gospodynie pucowały pokoje, przykrywały stoliki białym obrusem, szykowały krucyfiksy, świeczniki, kropidła i przekazywały sobie informacje, u kogo był, u kogo jest i za chwilę będzie z prędkością, jakiej nie powstydziłby się światłowód. Ksiądz przychodził, gospodynie gięły się w pokłonach, potakująco kiwały głowami jak aniołki w kościelnych szopkach, dyskretnie wręczały koperty, a gdy tylko wyszedł, zaczynało się: – Słyszałaś? Na renowację tego starego kościółka zbiera. Ale z kochanicą do knajp to ma za co jeździć. Podobno aż się o niego pobiły te dwie, wiesz które, do jednej to mąż w ogóle nie chce się odzywać.

wszyscy-maja-sie-dobrze-1

***

Nie od dziś słucham takich opowieści. Słuchałam ich jako dziecko, gdy spędzałam wakacje na wsi, i słucham ich jako osoba dorosła. Są dla mnie tak powszechne, że nie widziałam w nich nic nadzwyczajnego, a przecież są nadzwyczajne.

Jak Polska długa i szeroka za plecami biskupów, proboszczów i wikarych szeptane są bajdy, ale i świadectwa księżowskiej pychy, rozpusty, chciwości i głupoty. Wierni bardzo dobrze wiedzą, czego chcą od księży. Ideałem jest staruszek o złotym sercu, który w znoszonej sutannie i sandałach na bosych stopach nie ustaje w posłudze przedzierając się przez głębokie śniegi na zdezelowanej ukrainie. Podobno jest taki ksiądz, tam, wiesz, ciotka mówiła. Taka wiejska legenda, odpowiednik nowojorskiego krokodyla żyjącego w kanałach pod miastem, ale też stuprocentowe przeciwieństwo otłuszczonego biskupa, który zza szyby cichej jak kot limuzyny domaga się hołdów.

Skąd taka rozbieżność między oczekiwaniami wiernych a rzeczywistością? Odpowiedź wydaje się oczywista. Wieki niewolnictwa. Setki lat tłoczenia do głowy strachu przed klerem, o którym jeszcze moja babcia mówiła, że to święci ludzie, wybrańcy Boga niezdolni do czynienia zła. Narazić się księdzu oznaczało narazić się Bogu, a co Bóg potrafi zmalować, wiedzą wszyscy, którzy poznali historię Hioba. Tylko że moja babcia skończyła przed wojną cztery klasy, a właściwie dwie, bo chodziła do szkoły, gdy nie musiała pracować, czyli zimą. Przez kilkadziesiąt lat od czasów jej dzieciństwa świat trochę się zmienił. Co zatem powoduje, że księdzem może być w zasadzie każdy szubrawiec, który postarał się o święcenia, a bunty wiernych są równie powszechne jak kwiat paproci?

Strach przed karą boską rzeczywiście nie ma większego znaczenia. Ludzie chodzą do kościoła bardziej z przymusu społecznego niż religijnego, kłamią na spowiedziach i biorą śluby kościelne, bo narzeczona chce poczuć się jak księżniczka. Niewiele też osób wierzy w świętość księży. Jedyną przyczyną uległości wobec nich jest czysty pragmatyzm. Wszyscy wiedzą, że Kościół z głodu nie umiera i ma określony status społeczny. Ksiądz może mieć na plebanii harem i nikomu nie drgnie powieka, bo kłótnia z księdzem zwyczajnie się nie opłaca. Jeszcze obsmaruje na ambonie albo, co gorsza, szepnie słówko wójtowi i tej działki za psie pieniądze już od gminy nie kupimy? A jak człowiek będzie miły, to może wójt i ten kawałek ziemi dołoży, co to miał być na drogę?

I dla tych kawałków ziemi, dla dobrej posady, dla intratnych zleceń, szemranych interesów i układów z urzędnikami ksiądz może wszystko. Najwyżej dostanie wyrok w zawieszeniu. A jego ofiary? To zależy, z jakich rodzin pochodzą. Albo się je zgnoi, albo spuści zasłonę milczenia. Kolejną.

© Jiba