Sprawa Kijowskiego a sprawa polska

Człowiek, który cały czas (a więc pod względem dochodu bezalternatywnie) poświęca na zajmowanie się KOD-em i robi to oficjalnie – pracuje. Nie jest prywatnym wolontariuszem, miłośnikiem i rozdawcą „lajków” – powinien zatem otrzymywać określoną rekompensatę wydatków oraz dochód o charakterze pensji. Szczegóły to rzecz prawa powszechnego oraz statutu organizacji. Nie mniej też – etyki. KOD powinien był to rozumieć i stosować, od dnia pierwszego. Bo to – w domyśle – ta lepsza twarz Polski, nie zaś PiS-owskiej nędzy.

Co w fakturach wystawionych przez Kijowskiego KOD-owi miało charakter „pensji”, a co zwrotu kosztów – zdaje się – nie mamy pojęcia, bo wszystko było zagregowane w fakturach firmowych, w ramach działalności gospodarczej. Duży błąd. Problem etyczny jest tu taki, że powinny być jednoznaczne zasady działania spraw rozliczeniowych (i wszystkich innych) w KOD, który uzyskuje pieniądze w dużej mierze od darczyńców – ufnych obywateli. Pozycje na fakturach muszą być czysto rozdzielone – czyli transparentne. Problem etyczny jest też taki, że prezes organizacji wystawia własne faktury poniekąd sobie samemu – organizacji, którą kieruje. Bardzo poważny błąd i złamanie zasady nieposiadania sprzecznych interesów lub co najmniej takiego podejrzenia: Kijowski prezes ma mieć interes w racjonalnej i oszczędnej gospodarce finansowej środkami publicznymi, Kijowski przedsiębiorca zaś – w zarabianiu na organizacji jak najwięcej, nawet bez związku z powodzeniem organizacji. Zderzenie jednego interesu z drugim nie ma prawa się zdarzać. A jednak się zdarzyło. Kijowski powinien był raczej działać w oparciu o umowę o pracę i do tego może z klauzulą wyłączności.

Powiedzenie „nie ma prawa” to właściwie nad Wisłą ozdobnik retoryczny i coś prawie bez treści: jakie „nie ma prawa”? – przecież pomimo takich i owakich praw formalnych takie zderzenia zachodzą tak, jak zderzenia atomów.

***

Jest taki polski film, o bajeczności przedwojennych stosunków. Główna rolę gra Bronisław Pawlik. Jedna osoba, dwa stanowiska: zawiadowca stacji i komendant posterunku policji. Jako zawiadowca, nosi czapkę kolejarza. Gdy obejmuje służbę jako komendant policji, zmienia czapkę na policyjną. Po czym – jako policjant – wypisuje sobie sam mandat (i go płaci) za własne uchybienia w roli zawiadowcy. Zmieniając czapkę, musi też zmienić głowę. Czasem to się udaje, że człowiekowi role się nie pomieszają i nie popadnie w rozdwojenie jaźni, ale zawsze jest to etycznie trudne wyzwanie. Jednak w stosunkach publicznych zasadą musi być rozdzielenie ról i osób, gdy może zachodzić sprzeczność interesu. Niby to wiadomo – prawo formalnie w różnych dziedzinach to reguluje, ale poza sądem marnie to działa.

Kilka lat temu głośna była sprawa prezesa organizacji non-profit, która zajmowała się bodaj ochroną dzieci-ofiar przemocy. Cel niezwykle wartościowy i organizacja niezbędna. Prezes budzący zaufanie i znany w przestrzeni publicznej. Działał jednak tak, że pieniądze organizacji znalazły się na jego prywatnym koncie, a on z niego finansował sobie prywatne zakupy, wyjazdy zagraniczne w towarzystwie i cokolwiek chciał. Przyłapany po kilku latach nieustannego łamania prawa tłumaczył się jak żałosny gówniarz. Dewastacja zaufania, nędza moralna – wzorowe. Szkody publiczne niezwykle trudne do naprawienia.

Code of Ethical Conduct – to etyczne zasady postępowania firm, organizacji, instytucji publicznych w większości państw „starej UE” oraz obywateli, zwłaszcza Skandynawii i północno-zachodniej strefy państw Unii. Akceptacja reguł etycznych jest oczywista, konieczna, ale i zwyczajnie korzystna dla wszystkich. Bez nich w ogóle nie może zdrowo działać państwo, a w nim choćby instytucja zamówień publicznych (co jest ogromną dziedziną gospodarki) czy partnerstwo stron publicznych i prywatnych (na które tak bardzo, a złudnie i nierozumnie w tych warunkach liczy wicepremier od – nomen omen – rozwoju Mateusz Morawiecki, o czym w jednym z poprzednich tekstów więcej napisałem). Nie mogą działać zdrowe i pożądane stosunki międzyludzkie.

Brak zaufania i czystości działań powoduje, że nie ma współpracy stron, a jedynie walka „kto kogo”. Tą walkę „kto kogo” obserwujemy w Polsce. Kto bardziej cwany, kto lepiej załatwi drugą stronę – ten chwat i zbiera dodatkową korzyść, a pozostali to frajerzy. Rządzi u nas zasada win–lose (wygram–przegrasz), a nie powszechna zasada ze stosunków wobec Polski zewnętrznych – win-win, czyli wszystkie strony wygrywają, bo ze sobą realnie, w poczuciu zaufania i rozumienia korzyści z tego płynących – współpracują.

W Polsce to prawie standard: w przetargach publicznych wygrywa ten, który daje najniższą cenę, często ewidentnie dumpingową – poniżej cen rynkowych, poniżej zdolności do wykonania kontraktu w sposób prawidłowy i z należną jakością. Zamawiający ma zwykle tego świadomość, ale nic nie robi. Zakłada, że jakoś to będzie, a nieracjonalnie niską cenę wydusi na wykonawcy. Kończy się to nieraz katastrofą, w sensie prawnym, rzeczowym, wykonawczym, finansowym i technicznym. Skutkiem takich obustronnie nieetycznych i korupcyjnych zachowań były bankructwa wielu dużych firm wykonawczych i mrowia małych podwykonawców uzależnionych kontraktami od tych wielkich. Jedni i drudzy zaś tak działali, żeby najlepiej nie płacić ludziom, zwłaszcza tym na śmieciowych umowach.

Gdy budowano autostrady bywały takie przypadki, że wykonawca wywoził z placu budowy podłoże z kruszywa zgodnego z normą, a przywoził niespełniające norm, za to znacznie tańsze. Całe kilometry bieżące. Podobnie z betonem czy asfaltem: obniżanie jakości, ewidentne kradzieże nieraz uchodziły na sucho, pomimo całych sztabów fachowych weryfikatorów. Główny wykonawca przerzuca koszty i straty na podwykonawców, ci więc pierwsi bankrutują i pieniędzy mogą nie zobaczyć nigdy. To ewidentne zło czynione w dziedzinach oddziałujących na całe państwo nie szokowało, nie dziwiło, trwało latami. Od jakiegoś czasu następują w tym pewne, choć ewidentnie niewystarczające zmiany, ale mentalność kombinatorska i złodziejska jak była, tak jest.

Zachodnie firmy, działające zgodnie z zasadami przejrzystości i etyki w biznesie, od razu zauważały grandę. Miały taki wybór: dostosować się i wejść w to bagno albo wyjść z Polski. Nie odbywa się to bez poważnych konsekwencji: ci, co wychodzą lub w ogóle nie chcą się tu zjawić, zubażają polski krajobraz o to, co cenne i czego nam tak brakuje. Nie chodzi tylko o czystą etykę, o wartość słowa i umowy, ale i o najnowocześniejsze rozwiązania gospodarcze i społeczne, którymi – z natury rzeczy – takie firmy znacznie częściej niż inne się zajmują.

Polityka w Polsce jest bagnem nieetyczności, grandy, zinstytucjonalizowanej kradzieży i kolesiostwa. Skłamane z założenia, w warunkach pełnego cynizmu, obietnice wyborcze, którymi politycy kupują głosy, nikogo z oszustów nie obciążają. Nikt za nic nie ponosi odpowiedzialności, a zaraza kombinatorstwa i krycia złodziei zżera każdy partyjny krąg i kazi każde środowisko. Wiemy doskonale, że niemal żaden polityk łamiący prawo nie stanął przed Trybunałem Stanu. Może być i tak, że żaden PiS-owski łamacz konstytucji i ustaw nie odpowie ani przed Trybunałem, ani przed sądem, bo zabraknie siły moralnej, by ich tam postawić. Paru z nich należało się to po pierwszych rządach PiS. Kunktatorstwo, liczenie opłacalności przeciw kosztom przez PO walnie przyczyniło się do korozji publicznego postrzegania odpowiedzialności za czyny o charakterze przestępczym i drańskim.

Raport specjalnej komisji do spraw zbadania śmierci Barbary Blidy był gotów, ujawniał draństwa winnej jej śmierci władzy. I co? – i nic, zabrakło etyki i konsekwencji PO w rozliczaniu polityków z władzy. Zwyciężyło nieetyczne kombinowanie, co się bardziej opłaci. Ci nierozliczeni, a obecnie rządzący, teraz się na PO i na Polsce mszczą. Demonstracja obrzydliwości i cynizmu w majestacie państwa oraz sprzeciwienie się etyce i powadze działania – wręcz modelowa, ale dla obywateli żałosna i brukająca.

Bodaj największa moralnie podłość – kłamstwo smoleńskie zwolenników PiS, zespawane z szantażem religii katolickiej w taran, stało się machiną zwycięstwa w polityce i w państwie. To się zwycięzcom wybitnie opłaciło. Duma i pycha tak ich rozpiera, że pękają szkła, guziki i państwo. Zaś biskupi klaszczą i liczą z tego zyski.

Praktycznie żaden polityk nie stracił twarzy na polskiej scenie. Nawet ten schowany przez partyjnych kumpli z powodu jakichś monstrualnych obrzydliwości, kłamstw czy nadużyć prawa, pojawia się za chwilę znowu. We własnej partii albo całkiem innej, zażarcie zwalczającej tą, z której polityk się wziął. Na chuliganów czekają liczne nagrody: Europarlament, rady nadzorcze w państwowych spółkach, prezesury, dyrektorskie fotele, czy choćby partyjne think tanki.

Wszyscy ci politycy zaś mają pewną cechę wspólną: każdy to wzorowy katolik, a moralność dla niego to jak krew i życie razem. Każdy świeżo wyszorowany po spowiedzi świętej. Wyborca zaś kupuje takie skorumpowane postaci, daje politykowi i partii kolejny kredyt na kolejną mordę. I znowu zostaje z niczym. Bo tak – w sumie – chce. Takie jest pojęcie o posiadaniu twarzy, słowności, etyce.

***

Nie w tym rzecz, że Mateusz Kijowski to naciągacz, oszust, czy człowiek skorumpowany, bo zapewne nie jest. Zapewne „chciał dobrze”. Wszyscy chcą – tak mówią – i jeszcze nikt nie oświadczył, że chce źle. Pewnie też nie jest Kijowski pozbawiony poczucia etycznego. Funkcjonując jednak w takim ekosystemie nadwiśla, niebacznie ponosi ryzyko cichego popadania w tą polską nędzę. Nie usprawiedliwiam go, raczej wyjaśniam stan rzeczy. Dla dobra KOD-u i jego wiarygodności, dla dobra opozycji i każdego obywatela sprzeciwiającego się mętności publicznej oraz degeneracji uprawianej przez nawę partyjno-państwową, dla dobra Polaków – Kijowski musi sprawę dokładnie wyjaśnić, KOD musi wyjaśnić Kijowskiemu i sprawę Kijowskiego, a KOD-owi muszą wyjaśnić obywatele darczyńcy oraz – może – polskie prawo. Niebędące na usługach PiS, co staje się coraz mniej pewne. I konsekwentnie, przed opinią publiczną, wszyscy mają wykonać co należy.

Państwo PiS wciąga nas wszystkich we własne bagno niemoralności, dewastacji poczucia etycznego, korupcji moralnej i niezdolności do zbudowania takich zasad, które państwo, jego gospodarkę, stosunki społeczne budują, rozwijają i umacniają. Chociaż do wyborów PiS stawał z hasłami wszelkiej naprawy i tworzenia strukturalnego dobra, to robi dokładnie odwrotnie. Kijowski to kamyk, zaś PiS to lawina. Kamyk ten ma być jednak kamieniem węgielnym dobrej Polski, a nie polecieć w dół z lawiną.

Najżywiej konieczne jest, by opozycja, KOD, każda uczciwa partia, stowarzyszenie, grupa i każda osoba we własnym imieniu czynili wszystko, by nie ulec tej degeneracji i temu choremu nadwiślańskiemu ekosystemowi.

Podobno polską racją stanu jest węgiel, jak oświadczył Duda Andrzej. To bzdura – co do gospodarki i racji stanu. Polską racją stanu jest wydobyć się z tego bagna mętności i moralnej korupcji oraz zbudować zdrowe stosunki etyczne i działające zaufanie wzajemne. Racją jest sprzeciwić się korupcji materialnej i zasadzie, że kłamstwo może rządzić wszystkim.

Tanaka