Prezydent jak skała, ksiądz jak baranek

Kiedyś w szkole średniej napisałam wypracowanie na temat: „Konfrontacja marzeń z rzeczywistością w życiu głównego bohatera powieści Josepha Conrada pt. »Lord Jim«”. Nie było to jedyne wypracowanie w mojej szkolnej karierze, ale akurat tytuł tego utkwił mi w pamięci. Już w drugiej klasie liceum rzeczywistość dawała w kość pozwalając przeczuwać, że będzie jeszcze gorzej. Z biegiem czasu pakiet marzeń młodzieńczych poszerzył się m.in. o oczekiwania wobec państwa. Jako zupełnie przeciętna obywatelka mam swoje wymagania i pragnienia związane z jego funkcjonowaniem zdając sobie sprawę z tego, że nie ma idealnych systemów rządów ani tym bardziej polityków.

Rządy PO-PSL, zwłaszcza druga kadencja, pozostawiały sporo do życzenia, ale od kiedy PiS przejął władzę, moje prywatne poglądy na temat zarządzania państwem rozjeżdżają się z rzeczywistością jak nogi początkującego łyżwiarza.

Prezydent RP

Na tym stanowisku widziałabym człowieka neutralnego światopoglądowo, odpowiedzialnego, odpornego na próby wpływu na jego decyzje i świadomego swojej roli, a jego jedynym zwierzchnikiem powinien być naród, który mu ten urząd powierzył.

Tymczasem musi mi wystarczyć funkcjonariusz partyjny chorobliwie podległy woli prezesa partii, strażnik długopisu, który ostatnio obraził inteligencję obywateli odsyłając do spacyfikowanego Trybunału Konstytucyjnego ustawę o zgromadzeniach.

Zaskoczyła mnie kandydatura Andrzeja Dudy na Prezydenta RP. Nie był politykiem rozpoznawalnym. Sądziłam, że został wytypowany z uwagi na brak kontrowersji, wiek i prezencję, ale dziś uważam, że ten, który wybierał, wiedział, że będzie świetnym nikim na swoim stanowisku.tanszy-zamiennik-prezydent1

Lista zastrzeżeń do prezydentury Andrzeja Dudy jest długa, ze złamaniem konstytucji włącznie. Mnie osobiście najbardziej dotknęło to, że gdy tysiące kobiet wyszło na ulicę w obronie swoich podstawowych praw, pan prezydent schował się gdzieś pod kołderkę, by nie opowiedzieć się po żadnej ze stron i pozostać teoretycznie niepokalanym, a praktycznie biernym. Z drugiej strony, czego innego można było się po nim spodziewać?

Prezes Rady Ministrów

Co prawda nie ma takiego paragrafu, na podstawie którego lider partii rządzącej musiałby zostać premierem rządu, ale rzeczywiście oszczędziłoby to wielu problemów. Na przykład pytanie o odpowiedzialność za rządy stałoby się niepotrzebne. Realizując program wyborczy premier rządu powinien brać pod uwagę potrzeby wszystkich grup społecznych i na pierwszym miejscu stawiać interes państwa, a nie swój. Jednak przede wszystkim, co wydaje się oczywiste, premier powinien faktycznie wybrać swój rząd i kierować jego pracami.

Niestety, koń jaki jest, każdy widzi. Do pełnienia roli premiera została oddelegowana wierna funkcjonariuszka partyjna wybrana według tych samych kryteriów co Andrzej Duda, z tym że lista osób biorących udział w castingu była chyba krótsza. Przyszłej pani premier naprędce przypięto broszkę, by wyłonić ją zza pleców prezesa i wysłano na przyspieszony kurs wystąpień publicznych, sądząc po modulacji głosu i drewnianym geście „taką rybę złowiłem”, gdzieś do seminarium duchownego.

Prezes Rady Ministrów jest z niej żaden, ale za to mistrzyni gry w pomidora pierwsza klasa, przy czym akurat w tej grze słowo „pomidor” zastąpiono „500+”. Sądzę, że zbliża się moment, kiedy ktoś jej podpowie, że to już zdarta płyta. Na razie „500+” jest jak piosenka dobre na wszystko.

Parlament

Wydaje się, że po to wybieramy tych 560 ludzi (Sejm + Senat), aby w naszym imieniu i dla naszego wspólnego dobra stanowili prawo jak najlepszej jakości, poprzedzone gruntowną analizą i rzetelną debatą publiczną przeprowadzoną ponad podziałami partyjnymi.

W tej chwili budynek przy Wiejskiej jest siedzibą partii rządzącej z poszerzoną lożą komentatorów, którym do niedawna wolno było wypowiadać się nawet dość swobodnie. A w ogóle to uważam, że parlament stał się zbędny. Po co debatować nad sprawami przesądzonymi i wciskać te guziczki sobie a muzom? Budynek parlamentu można zamienić na magazyn paszowy, a ośrodek decyzyjny przenieść na Wawel, na razie do części nadziemnej Zamku Królewskiego.

Partia rządząca

Państwo to nie własność partyjna. Wygrana w wyborach nie oznacza, że można je zamienić na poligon doświadczalny i szaleć jak małpa z brzytwą, rozstawiając obywateli po kątach. Wygrana w wyborach oznacza jedynie przekazanie sterów rządów i obowiązek oddania państwa następcom przynajmniej w takiej formie, w jakiej było.

Partia obecnie rządząca zdaje się nie dostrzegać takich subtelności. Sama musiałaby subtelnością grzeszyć. Partia obecnie rządząca przypomina mi siostrę Ratchett z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, która pod pozorem dbałości o dobro powierzonych jej pacjentów pastwi się nad nimi z kiepsko skrywaną przyjemnością. Jedyna różnica jest taka, że siostra Ratchett miała dość wyrafinowane metody, natomiast PiS wali jak cepem, aż chrupie w krzyżu.

Kościół katolicki

Czego ja mogę chcieć od Kościoła katolickiego? Tylko tego, aby zapędy przywódcze ograniczył do swoich wiernych. A tymczasem upierścienieni brzuchacze pozamykani w pałacach jak w kapsułach czasu sprzed 200 lat uzurpują sobie prawo do rządu wszystkich dusz z sobie jedynie wiadomych powodów krępując rozwój społeczeństwa demokratycznego.

***

To tylko kilka przykładów, dlaczego coraz częściej wracam wspomnieniami do szkolnych wypracowań. Chcę też podkreślić, że moje oczekiwania wobec władzy i wnioski z obserwacji jej poczynań są zupełnie subiektywne i absolutnie nikt nie musi ich podzielać, czym zasadniczo różnimy się z posłem Kaczyńskim.

Przed nami kolejny rok. Raczej nie będzie łatwy. Chciałabym wszystkim życzyć zdrowia, uśmiechu, spokoju ducha, cierpliwości w mierzeniu się z codziennością i przede wszystkim spełnienia marzeń, drodzy Państwo, spełnienia marzeń.

Wszystkiego najlepszego!

© Jiba