Szopka noworoczna: w krainie Podknutków

Teatrzyk pod Anumlikiem

ma zaszczyt przedstawić szopkę noworoczną:

W KRAINIE PODKNUTKÓW

 

PROLOG

Siedzi podknutek przy żłobie.
Nie siedzi ku żłoba ozdobie
lecz siedzi – jak każdy podknutek –
by śpiewać na jedną PiS-nutę:
Chcemy Żoliborza od morza do morza!
Chcemy Żoliborza od morza do morza!
Chcemy Żoliborza od morza do morza!

 

KIEJKUTA SPELAEA

Wychynęła z CeBeA
Kiejkuta Spelaea
Hieni pysk w ciup zwinęła
i kwiknęła: Do dzieła!
Grają stare szlagiery
Mariusza bulteriery:
Cele już wymościły,
miejsc szereg na mogiły
zbiorowe wyznaczyły –
tak schludne
jak jaja Mariusza
w Paryżu rzucone na Kwacha.
Felka Kleina flacha
nie pomieści zmian,
jakie w ramach dobrej zmiany
Kiejkuta Spelaea
wszystkim wywinęła.

CHÓR:

Hop, siup, tra, la, la.
Tutaj rządzi CeBeA!

[Wchodzi Komisja Wenecka]

 

CHÓR:

Leniwie zlazła z zapiecka Komisja Wenecka.
Załamała rączęta – Trybunał, rzecz święta –
nad knujem (nie rymujem knuja, mać jego chadecka!)
i zapodawszy sankcje, pręgierze oraz inne pęta,
odlazła do Scuola Grande della Carit(i)a.

 

KNUJ [kryjąc szczerby ziewnął z satysfakcją]:
O ojcze na toruńskim torcie! O Santa Maryja!
Póki Jewropa Jewropą, zbój knujem, pozostaję z racją.

KURTYNA

 

AKT I

BALLADA O ZJEDNOCZENIU

Czujny – jak zwykle – Podknutek, co za prezesem się szlaja,
Ściągnąwszy gacie przez głowę (i mając baczenie na jaja)
Wypiął na świat swoje dumne, w marmurze kute pośladki,
I krzyknął: Czniam was ponuro i wasze ponure czniam matki!
Prezesa nie czniał Podknutek, choć prezes nim poniewierał:
Stroił w wesołe się szmatki, gdy prezes go do dom zabierał,
Czcił kota nabożnym czczeniem, choć kotów nie lubił szczerze.
Grzał wodę na kataplasty, a czasem prezesa grzał leże.
Choć czekał na zjednoczenie, prezesa nasz pantoflaczek,
Zjednoczenie, gdy przyszło, wrąbało Podknutka w krzaczek.
Z krzaczka wychynąć zdążyły pośladki w marmurze kute,
Szepnęły – wyczniawszy złe matki – wszystko jest jadem zatrute.

 

CHÓR:

Na manekinie nie wartym dwa grosze
Zawiesił naczelnik brosze.
To nie moja brosza – odęła się brosza,
Nastroszona jak kokosza.
Już mi, naczelniku, oklapło i zbrzydło
Robić za Szydło.
Uwagę mamić, lśnić w lichej pozłotce
Na Abdery ciotce.
[Ciotka z rozpędu, ze skrzydeł łopotem, o gwardię się naczelnika rozbiła pod płotem].

 

BALLADA O POSŁANCE PAWŁOWICZ

Pawłowicz wstała od postnego stoła;
jak zwykle lewą nogą wstała. Woła:
Paszoł won, Fransie, bo jak żubr mój wstanie,
to żubrówką popije ciebie na śniadanie.
– Po takim cocktailu – wyseplenił Fransik,
Urządzimy żubrom mejd Jeurop seansik.
Francuską żytniówką zatkamy rezerwy;
Nie będzie żubr polski szarpać nas za nerwy.
Pawłowicz bez dolarka ugniata chuć chama.
Fransik bez woli woła: niezła z ciebie dama!
Dama, wkręcając mu w rzyć ptifiurkę tyrolską
Woła cienkim dyszkantem: To dla ciebie, Polsko!

 

CHÓR:

Chcemy Żoliborza od morza do morza!

 

WALCZYK KARAKALCZYK

Walczyk na cztery skrzydła
W dzień krótki
Walczyk
Wylazł z monidła
Kruchutki
Walczyk
Mój Karakalczyk
Malutki
Rozpędzi zdrajców od Tutki
Z napędem na cztery wódki
Walczyk.

Malczyk
I bez pokropka zdrowiutki
Malczyk
Robota ręcznej robótki
Malczyk
Na me zmartwienia i smutki
Mój Karakalczyk
Malutki
Gnany na bój na wyprzódki
Przez ruskie – ach! – prostytutki
Malczyk.

Widelczyk
Krasnaja wiłka obrony
Widelczyk
Troszeczkę tylko czerwony
Widelczyk
Francuski wyrzut sumienia
Amerykańskie marzenia
Mój Karakalczyk zębaty
Widelczyk
Zamiast armaty
Walczyk.

KURTYNA

 

AKT II

BALLADKA KRÓTKA O LOSIE PODKNUTKA

Siedzi pod knutem Podknutek;
I choć ma zęby nadpsute,
Uśmiechem trzyma panienkę,
A ona go trzyma za rękę.
Ręka Podknutka malutka,
Głowa Podknutka krąglutka.
Panienka mu wieszczy karierę,
Gdy wyjdzie Podknutek przed szereg.
W szeregu przytulnie i ciepło.
Ni niebo nie grozi, ni piekło.
Fiolety, purpury, medale
Nie cieszą Podknutka dziś wcale.
Umierać on nie chce z ochotą
Za Polskę, ni srebro, ni złoto.
Pod knutem Podknutek panience
Szopena by grał w cztery ręce.
Ułany i złe szwolyżery
Do ścieku by spuścił – cholery.
Niestety, Podknutka robótka
Ambicjom panienki za krótka.
Panienka go ma za gieroja,
O, matkosz ty śmieszna, ty moja.

 

CHÓR:

Wernyhor z Wernyhorą,
Nie dość magiczną porą,
Ku nie dość mrocznej Łomży,
Przez śniegów zaspy dąży.

W dali majaczy knieja,
Z niej głosik Putin-Beja
Z głosem Stankiewicz Ewy
Miazmatne tka wyziewy:

Najważniejszy – o zbrodni –
Utkał się miazmat przechodni.
O klęsce z ponad Stołu
Popełnionej pospołu

Przez solidarów-komunę,
Co dała im fortunę
Uwłaszczając bandytów;
Z zacnych – czyniąc najmitów.

Antoni nie odpuści,
Choć z kija, a popuści:
I ze smoleńskiej tutki
Spuści dla PiS-u dutki.

Tkają z dutków pisiory
Patryjotyczne love story
Tak długo będą tkać,
Aż reszta krzyknie: „Psia mać

Poszły wy do cholery,
Bohatery mohery!”.
Putin-Bej z Wernyhorą
Uchodzą magiczną porą

KURTYNA

 

AKT III

KOT PREZESA:

Dobrze, że matka natura zrobiła ze mnie kocura,
powiedział prezesa kot zagnawszy mysz pod płot.
Na to Porządek Wszechrzeczy: I myszy są w mej pieczy;
A kiedy lezą do sera, w pudło chowam Schrödingera.

CHÓR:

Załatwiliśmy Leppera
Zapudłujem Schrödingera
Hop siup, tra la la
Tutaj rządzi CeBeA

[Chór wraca do Wernyhorowstwa, śpiewa]

 

CHÓR:

Wernyhor z Wernyhorą,
Mocno magiczną porą,
Dążą przez mroczny Grzegórz,
Gwiazdy nad nimi i kurz.
Z mroku zwiewnej zasłony
Wychynął Matejko – zbudzony
Pogłosem, co na puszczy
Puha dla ruskiej tłuszczy.
Łknąć by chciał, lecz go w dyby
CeBeA zakuł. Na niby?
Nie łkaj Matejko, twe łkanie
Na nic się zda. Zostanie
Popiół jeno i zamęt.
Żaden Norwida dyjament
Nie zalśni w twym firmamencie,
Gdy cię pogrąży w otmęcie
Prezesa panslawizm czysty,
Podlany majakiem artysty.

[Zmieniając nastrój, chór śpiewa]

 

CHÓR:

Zapudłowalim Piniora
Zamkniemy i Wernyhora
Hop, siup, tra la la
Tutaj rządzi CeBeA

KURTYNA

 

AKT IV

BALLADA O POECIE Z MILANÓWKA

Portki z szelek popuszczając
Wlazł poeta, odę grając,
Orłu w rzyć. Wypróżnił godnie
Orzeł schludnie w wieszcza spodnie:
Dwa miazmaty, patriotyzm,
Świętość, zacny idiotyzm
Oraz złoty kluczyk z dziurką.

Postukując w rzyć dwururką,
Jak dwujajcem, miszczu zwinął
Orłu cześć. Orzeł wywinął
Orła w spodnie przez dwururkę,
Godnie zwiódł był wieszcza córkę,
Ciut nieślubną, ze dwie brzózki
Oraz stos pierogów ruskich.

W Milanówku zaśmierdziało
Krwią z patriotycznej Tutki,
Białą rękawiczką Tuska,
Oraz zdradą zdrajcy Ruska.
A wieść gminna smród poniosła
Wprost z dzikiego orłoosła
Hen, na pola, na moczary,
Poprzez góry, poprzez jary,
Do zmarwychwstańców zagrody.
Zgasła? Za dużo w niej wody.

 

CHÓR:

Kiedy już mu misja skiśnie
To utopi misję w Wiśle,
Albo wetknie ją – jak wiśnie –
W gąsior z gorzałeczką ściśle.

Gorzałeczką nasycona
Skisła misja aż się rwie
By wyzwolić – już natchniona –
Nowe misje choć ze dwie.

 

BALLADA O KLĘCZĄCYM PODKNUTKU

Paskudne jest życie Podknutka
I takie jakieś zepsute;
Wyziera mu z ócz ciemna nutka,
I straszą prezesy złym butem.
Uśmiechnąłby się nieboraczek,
Lecz uśmiech mu nie chce przyjść w gości –
Wysyła Podknutka pod krzaczek –
Zły uśmiech. I nie zna litości.
Pod krzaczkiem paskudny – brr – chłód,
I wyzysk jak jasna cholera,
I bieda, smród, nędza. A knut
Prezesa do rzyci przywiera.
Lecz choćby wydarzył się cud
I Pan Bóg by zalazł pod krzaczek,
Prezydent by śpiewał jak z nut:
– Ja żyć już nie umiem inaczej.

 

CHÓR:

Na jawie i we śnie
– ciut obleśnie –
PAD wyszukuje
ruchadełka leśne.
Karolina Wazelina
z Pimpusiem Sadełko
miłą jest odskocznią
jako ruchadełko.
Szafka z Sosny,
Dzika Foczka
I inne ruchadła,
to od losu
kwiat lotosu
z odrobioną sadła.

[Na scenę wtacza się Rafał Ziemkiewicz]

 

RAFAŁ:

Tu bon mocik, tam pacynka
I przylgnie smrodu drobinka.
Nic to, że gówienko z szamba
Ogólnego. Pan już sam dba,
Aby prysnąć prosty smrodek
Wprost pod prywatny wychodek.
CHÓR:
Z kanału nachalny nachał
Nałapał w pojemnik na kał
Troszeczkę koszer-geszeftu.
Pobladły szepnął – i szef tu?

KURTYNA

 

AKT V

BALLADA O GNIDACH

Żona Morpiona –
Dobrą zmianą karmiona –
Złożyła gnid tysiące:
Urządzają gnidzi koncert
W Podknutkowie.
Nikt się nie dowie,
Jakiego chowu są.
Zasnuły się gnidy mgłą,
Co spowija: tego z Pe–Er–Elu,
Który w słusznym celu
Do prezesa przyłączył sie,
Z tym, co celom gra na nosie.
Obojętnie w jakim są sosie –
Brunatnym? Czerwonym?
I tak jest Morpionem
Z natury. Nie – jak poniektóry,
Co wydał „Traktat o gnidach”,
O którym rzece żona Morpiona
(przygarniając go do łona):
Ohyda!

 

CHÓR:

Hop, siup, tra, la, la.
Tutaj rządzi CeBeA!

[Spod proscenium, a właściwie nie wiadomo skąd, wypełza]

 

KOBIETA WYPEŁZŁA:

Gdy świt powymiata już z kątów ostatni gasnący czyjś cień,
Za brudnym szynkwasem, wraz z chuci zakwasem, twój dzień
Wypełzać zaczyna. A wraz z nim wypełza Kobieta Wypełzła:
Królowa Koluszek – Meduzy z lornetą władczyni obmierzła.

Poety duch święty znad torów wyrzuca w otmęty twą duszę,
Bronioną jedynie przez stacji władczynię – Królową Koluszek.
To ona, poecie po secie natchnieniem w dytyramb dziś wpełza,
A w jutro przeniesie pogodną swą jesień, pomimo że dziś jest wypełzła.

Szacunkiem tak czystym, jak pół litra czystej – plus śledź
Obdarza Kobietę Wypełzłą kapelan, policjant i cieć.
Czy ptaszę swym trelem tka trele morele, czy igieł zła
Moc truje ziele, strażnicą Koluszek jest ona – Kobieta Wypełzła.

W Warszawę dziś strute smoleńskim mazutem, godzinkę przed „wu”,
Kobieta Wypełzła z Koluszek, wypełza z kanałów, z radosnym sru-tu.
Z bufetu już znika knajpiana muzyka – od Żoliborza po wieś;
Kobiecie Wypełzłej radosno-żałobny dytyramb, poeto, Ty nieś.

KURTYNA

 

EPILOG

Megalodon wychynął z głębin miocenu
wkurwiony na bezczelność bandy PiSuarów.
Zżeranie zaczął od tych z gumien Edenu,
co murem stanęli w gównach z pisuaru.
Atol zamarł, gdy żarłacz nie całkiem tongiński
na przekąskę se schwytał mikrego szulera,
co dyszkantem sepleniąc wołał: „Jam Kaczyński
i niejednego jeszcze zeżrę szwoleże…”
Głos jego zamarł w przedświątecznej wrzawie,
która nie jeden atol przekrzyczała.
Megalodon – nie całkiem jeszcze będący na jawie –
mruknął: „Nic tu po mnie, nie przetrawię wała”.

KURTYNA