Jubileusz w stepach Eurazji

Jubileusze są bardzo ważne. Nawet 25-letnie, jak ten Radia Maryja, na który 3 grudnia 2016 r. zjechała cała wierchuszka: państwowa – z prezydentem na czele, partyjna – z całym zapleczem prezesa PiS i kościelna – z biskupami, szefami kilku polskich diecezji włącznie. Zastanawiające, czy na podobny jubileusz „Tygodnika Powszechnego” też aż tak znakomici goście by się zjechali? Retoryczne pytanie.

Sam prezes Kaczyński na obchodach radiomaryjnych się nie pojawił, elegancko to tłumacząc. „Wielce Czcigodny Ojcze Dyrektorze, bardzo się cieszyłem na myśl, że będę razem z Toruńską Rodziną świętował srebrny jubileusz Radia Maryja – napisał. – Niestety przyczyny ode mnie niezależne mi na to nie pozwoliły. Bardzo żałuję, że nie mogłem przybyć osobiście w ten wyjątkowy dzień do Torunia. Jest mi z tego powodu niezmiernie przykro”. Kurtuazja wyczerpana, pora na hołdy. Oto one:

„Opatrzność ofiarowała nam, Kościołowi Polskiemu, naszej Ojczyźnie osobę skromnego redemptorysty i niezwykłego człowieka. Człowieka wielkiej wiary i wielkich talentów” – napisał prezes PiS. Dalej jeszcze hieratyczniej:

„Ileż trzeba było mieć śmiałości, wyobraźni i jasności myśli, nieugiętej woli, hartu ducha, wreszcie ogromnych sił witalnych, by te wszystkie elementy składające się na to jedno wielkie zbożne dzieło przeprowadzać od fazy narodzenia się pomysłu, przez stadium realizacji, po etap zaawansowanego rozwoju. Ileż przy tym było trzeba znieść oszczerczych ciosów, oskarżeń, pomówień i podejrzeń”.

A jeszcze dalej, ho, ho, jak wzniośle:

„Dzieła Ojca Dyrektora tworzą swoim działaniem ogromną przestrzeń czynienia i oddziaływania dobra. To dzięki nim dociera do ludzi potrzebujących słowo Boże, które ofiarowuje im nadzieję i dodaje sił do zwalczania przeciwności losu oraz pokonywania życiowych zagubień. To one pozwalają umocnić się w wierze, odkryć nowe wymiary życia duchowego w modlitewnej wspólnocie”.

I (prawie) na koniec w duchu nadziei na świetlaną przyszłość dla Umęczonej Ojczyzny:

„Radio Maryja, tak jak i inne inicjatywy Ojca Dyrektora, zmieniły Polskę. Dziś już niepodobna wyobrazić sobie polski pejzaż religijny, medialny, edukacyjny bez tych formacyjnych instytucji. Za ich powstanie i istnienie, za ich misje z głębi serca Ojcu Dyrektorowi dziękuję”.

Kilkanaście lat temu Jarosław Kaczyński nie przebierał w słowach mówiąc o początkach Radia Maryja i o założycielu rozgłośni ojców redemptorystów. Oto fragmentem wywiadu, który w kwietniu 1998 r. Jarosław Kaczyński udzielił „Gazecie Polskiej”:

„Po naszej stronie działają aktywnie rosyjskie służby specjalne. Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie, niechętnie nastawione do hierarchii kościelnej, prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PRL, ma nadajniki na Uralu. W Rosji panuje wprawdzie bałagan, ale niektórych rzeczy pilnują tam jednak dość dobrze (…). Prorosyjskość ubrana jest tam w maskę patriotyczną. (…) Problem w tym, w którym miejscu kończą się pospolici głupcy, a zaczyna zwyczajna agentura”.

Trzy lata później w kolejnym wywiadzie dla „Gazety Polskiej” Kaczyński tak powie o Radiu Maryja: „Prorosyjskie lobby kwitnie nie tylko po lewej stronie. Funkcjonuje i umacnia się także na prawicy. Jest to słynny paradygmat targowicki, o którym już mówiłem”.

Paradygmat targowicki. Prorocze słowa, których urzeczywistnienie obserwujemy dziś. Ich realizatorem staje się ten, który przed ojcem dyrektorem 15 lat temu przestrzegał. Swoisty zaiste chichot historii.

„W historii Rosji w XX wieku były różne okresy – monarchizm, totalitaryzm, pierestrojka, demokratyczna droga rozwoju. Każdy z nich miał swoją ideologię” – powiedział prezydent Borys Jelcyn w połowie lat 90. i w 1996 roku… rozpisał konkurs wśród rosyjskich intelektualistów na wymyślenie nowej ideologii dla Rosji. Wtedy to pojawił się Aleksander Dugin ze swoim neoeuroazjanizmem, czyli trzecią drogą dla Rosji, która ani jest azjatycka, ani europejska, lecz odrębna – rosyjska, mocarstwowa i oparta na tych wartościach, które uosabia cerkiew prawosławna. Jelcyn nie poszedł drogą, którą zaproponował mu Dugin, gdy jednak pojawił się mocny człowiek, Władimir Władimirowicz Putin, neoeuroazjanizm stał się od roku 2000 siłą napędową jego polityki.

Aleksander Dugin to człowiek nie tylko mający wizję, ale to też człowiek, który tę wizję konsekwentnie realizuje. Neoeuroazjanizm przestał być „neo” i uzyskał nową, elegantszą nazwę – euroazjatyzm. Nie przestał jednak być neoimperializmem. Sam zaś Dugin stał się na kilkanaście lat czołowym ideologiem Putinowskiej Rosji, która – zgodnie z wizją-doktryną obu jej mężów opatrznościowych – ma być imperium promieniującym swymi konserwatywnym i prawosławnym wartościami. Jednak na przeszkodzie do realizacji tych celów stoi zgniły Zachód, ze swymi zgniłymi wartościami – liberalizmem, kosmopolityzmem i homoseksualizmem. W tym Polska znajdująca się w rozkroku.

Rozkrok ten opisuje czołowy rosyjski ideolog tak: „Polska znajduje się na granicy między światem katolickim a prawosławnym. Z mojego eurazjatyckiego punktu widzenia archetyp geografii sakralnej Polski jest głęboko dualistyczny: z jednej strony tradycja przedchrześcijańska, pogańska, magiczna, heterodoksyjna, której korzenie pozostają słowiańskie; z drugiej – katolicyzm o rodowodzie germano-romańskim. Między nimi występuje konflikt. Sytuacja Polski jest sytuacją graniczną. Ona nie może zjednoczyć się ze światem wschodnim religijnie, a zachodnim etnicznie” (za: Czekam na Iwana Groźnego – rozmowa z Aleksandrem Duginem, „Fronda” 1998, nr 11–12).

Pora w tym momencie na drugiego europejskiego (w rozumieniu Dugina) gracza, czyli na Niemcy. Rolę Niemiec w realizowaniu idei euroazjatyzmu Dugin w rozmowie z „Frondą” określa tak: „My Rosjanie i Niemcy rozumujemy w pojęciach ekspansji i nigdy nie będziemy rozumować inaczej. Nie jesteśmy zainteresowani po prostu zachowaniem własnego państwa czy narodu. Jesteśmy zainteresowani wchłonięciem, przy pomocy wywieranego przez nas nacisku, maksymalnej liczby dopełniających nas kategorii. Nie jesteśmy zainteresowani kolonizowaniem, tak jak Anglicy, lecz wytyczaniem swoich strategicznych granic geopolitycznych bez specjalnej nawet rusyfikacji, chociaż jakaś tam rusyfikacja powinna być”.

Czy to znaczy, że kolejny rozbiór Polski ma być przeprowadzony przez Rosję i Niemcy białymi rękawiczkami uczniów Dugina? Aby do tego doszło, potrzebna jest nowa targowica. Paradygmat targowicki, jak go nazwał w 2003 roku Jarosław Kaczyński, przestaje już być sposobem widzenia przyszłości Polski, stając się przygotowywaną do realizacji rzeczywistością, wdrażaną między innymi poprzez rozgłośnię toruńskiego radia, które kilka dni temu świętowało swoje ćwierćwiecze. Zanim jednak zaczniemy zastanawiać się, jakimi to siłami przygotowanie do nowej targowicy jest już realizowane, oddajmy jeszcze na chwilę głos Duginowi. Konkluduje on swoją rozmowę z „Frondą” na temat Polski tak: „katolicyzm trzeba rozkładać od środka, wzmacniać polską masonerię, popierać ruchy świeckie, promować chrześcijaństwo heterodoksyjne i antypapieskie”.

Jaśniej tego wyrazić nie sposób. Bez niedomówień Dugin wyraził expressis verbis swoją opinię już 18 lat temu. W tym samym roku, w którym Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” powiedział, że „Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie, niechętnie nastawione do hierarchii kościelnej, prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PRL, ma nadajniki na Uralu”. Mówiąc innymi słowami – Jarosław Kaczyński ukazał scenariusz Dugina dotyczący rozkładania Polski od środka, poczynając od rozkładania polskiego katolicyzmu.

Komentatorzy i czytelnicy ateistycznego bloga, ze swojego, ateistycznego punktu widzenia, powinni przyznać Duginowi rację. Rozkład katolicyzmu to bardzo dobry pomysł. Jednego pasożyta mniej na zdrowym polskim obywatelskim ciele. Odpowiedzieć sobie jednak jednocześnie musimy na pytanie – czy ten pasożyt – polski, katolicki, narodowy i antywatykański, nie zacznie się zmieniać w pasożyta innego – cerkiewnego mianowicie, w najgorszym, rosyjskim wydaniu prawosławia? Nawet jeśli cerkiew prawosławna wprost nie zajmie polskich kościołów rzymskokatolickiego rytu, co jest mało prawdopodobne, to poprzez negację Vaticanum II, dojdzie do sojuszu cerkwi moskiewskiej z polskim Kościołem katolickim w rycie bardziej narodowym niż powszechnym. Coraz jawniej negowane są bowiem przez polskich intelektualistów związanych z ruchem narodowym – oraz wielu (zbyt wielu) hierarchów w Polsce – te wartości, które – zakotwiczone w europejskiej kulturze od około 220 lat – doprowadziły do Soboru Watykańskiego II.

Rozważania o tym, czy w Polsce postanowienia Vaticanum II zakorzeniły się tak mocno jak w innych krajach europejskich, jest bezproduktywne. Odpowiedź tkwi w trzech słowach. Nie zakorzeniły się. Spłynęły po większości tzw. polskich katolików patriotów jak woda po gęsi, mimo trwającego 27 lat pontyfikatu jednego z ojców soboru, papieża Jana Pawła II, Polaka. Dlatego też u większości polskich katolików deklarujących się jako „wierzący i praktykujący” zmiany posoborowe kojarzą się wyłącznie ze zmianami liturgii podczas mszy oraz zamianą języka łacińskiego na język polski.

Powrót do języka łacińskiego, przedsoborowego, przyjęliby oni zapewne – może nie z ulgą, może tylko z pewnym zdziwieniem, utyskując na pewien dyskomfort wywołany nieznajomością łacińskich słów podczas liturgii, ale z pewnością bez głośniejszych protestów. W wariant machabejski trudno raczej uwierzyć.

Lefebryzm, czyli świadome wypowiedzenie posłuszeństwa Kościołowi katolickiemu przez Bractwo im. Piusa X, dokonane w czasie trwania Soboru Watykańskiego II, które w opinii wielu teologów związanych z ideą Gaudium et spes objęte jest ekskomuniką, wchodzi obecnie w Polsce w wiele środowisk tradycyjnie katolickich jak w masło. W styczniu 2008 roku abp Gocłowski, ówczesny metropolita gdański, tak pisał o Bractwie: „Uczestnik Soboru Watykańskiego II, francuski arcybiskup Marcel Lefebvre, uznał uchwały soborowe za zbyt nowatorskie i szkodliwe dla Kościoła. Odrzucił nauczanie soboru i zerwał łączność z Kościołem. Nie uznawał władzy papieża jako zastępcy Chrystusa na ziemi i następcy św. Piotra. Lefebvre założył w Szwajcarii nową wspólnotę, którą nazwał Bractwem św. Piusa X. (…) Członkowie Bractwa św. Piusa X zostali ekskomunikowani przez papieża. Każdy, kto wstępuje świadomie do ich wspólnoty, również zostaje objęty ekskomuniką”.

Ojcu dyrektorowi i założycielowi Rodziny Radia Maryja Tadeuszowi Rydzykowi w ogóle nie przeszkadza, że jeden z czołowych polskich polityków (tak, tak – polityków), bliski współpracownik Antoniego Macierewicza i wykładowca w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu Sławomir Cenckiewicz jest aktywnym członkiem Bractwa Piusa X. Lefebrystą. Podobnie jak inni współpracujący z bractwem katolicy konserwatywno-narodowi: Artur Zawisza (były poseł z Prawicy Rzeczypospolitej), Konrad Szymański (poseł do Parlamentu Europejskiego VI i VII kadencji, obecnie sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych), Marek Jurek (były marszałek Sejmu) czy Marcin Libicki (były europoseł PiS).

17 lutego 2009 roku w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł pióra Sławomira Cenckiewicza pod wielce wymownym tytułem „Nadchodzi prawdziwa wiosna Kościoła”. Tę wiosnę – według Cenckiewicza – zapoczątkował papież Benedykt XVI przez zdjęcie ekskomuniki z biskupów Bractwa Piusa X, którą to ekskomunikę ogłosił jako latae sententiae (wiążącą mocą samego prawa) papież Jan Paweł II. Abp Marcel Lefebvre, zanim zapracował na ekskomunikę „z mocy samego prawa” wyświęcając wbrew woli papieża czterech księży z Bractwa Piusa X na biskupów, występował bardzo ostro przeciwko wielu podstawowym dokumentom Soboru Watykańskiego II.

W 1974 roku, w czasie trwania soboru, abp Lefebvre opublikował gwałtowny w treści i w formie manifest, który stał się początkiem końca procesu „lefebrowskiej schizmy” w Kościele katolickim. „Cała reforma wyrosła z liberalizmu i modernizmu jest zatruta; wynika z herezji i ku niej podąża, nawet gdy nie wszystkie jej części składowe są heretyckie. Żaden świadomy i wierny katolik nie może przyjąć tej reformy i jej się podporządkować” – napisał Lefebvre w swoim manifeście.

Między 16 a 27 czerwca 2016 roku na Krecie odbył się – jak go nazywają niektórzy prawosławni chrześcijanieWielki i Święty Sobór Panprawosławny, na którym zabrakło przedstawiciela największej cerkwi prawosławnej – Cerkwi Rosji. Sobór został w bardzo ostrych słowach skrytykowany 9 lipca 2016 r. przez biskupa Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego Longina (Mychajły Wasylowicza Żara), który napisał: „Sobór na Krecie jest soborem nieprawości, soborem zbójeckim, heretyckim, fałszywym i złym”. Zadziwiająca zbieżność słów ukraińskiego biskupa prawosławnego ze słowami 42 lata wcześniej wygłoszonego manifestu/protestu, katolickiego abpa Marcelego Lefebvre’a.

Patriarchę Wszechrusi Cyryla ominęła krytyka biskupa Longina. Patriarcha Cyryl nie z tych bowiem, którzy po soborach – organizowanych na wzór tego watykańskiego drugiego – się szlajają. On, ten Cyryl, trzyma się wytycznych prezydenta Putina. Putin kazał na spotkanie z papieżem Franciszkiem na Kubę pojechać – Cyryl pojechał, mimo że aż go skręcało, aby nie pojechać. Putin kazał na Kretę nie jechać – Cyryl nie pojechał. Tak na marginesie – uczestnictwo cerkwi rosyjskiej w soborze kreteńskim zostało odwołane na pięć dni przed rozpoczęciem soboru.

Czy lefebryści są bliżej prawosławia czy katolicyzmu? Wiele wskazuje na to, że prawosławia, choć formalnie się do tego nie przyznają. Bractwo im. Piusa X, pozostając w rzymskim Kościele w swoistym rozkroku, znajduje – dla utrzymania swojej wyjątkowej pozycji – wytłumaczenia zaczerpnięte bardziej z arsenału eklezjologii prawosławnej, innej niż ta, która z nauczania Kościoła rzymskiego pochodzi. Zgodnie z katolickim nauczaniem, orzeczenia soboru obowiązują „ex sese”, czyli od razu po podpisaniu ich przez papieża. Natomiast w teologii prawosławnej wymagana jest recepcja tych orzeczeń przez ogół wiernych, czyli nie „ex sese”, ale „ex consensu Ecclesiae”. Abp Lefebvre przyjął tylko część uchwał Soboru Watykańskiego II, a to w teologii katolickiej jest nie do zaakceptowania. Znaczy zastosował – świadomie czy nie, nieważne – to, co obowiązuje w cerkwi prawosławnej, a co odnosi się do nauczania soborowego i nazywa się „ex consensu Ecclesiae” (za zgodą Kościoła). Całego Kościoła. W przypadku Kościoła rzymskokatolickiego tylko papieża, w przypadku prawosławia – także hierarchii cerkiewnej i wiernych. Nie ma zgody wszystkich – orzeczenia nie obowiązują. Papież w wypowiedziach lefebrystów jawi się jako honorowy, a nie rzeczywisty przywódca katolickiego Kościoła, co też jest podobne do prawosławia, które – bez względu na Cerkiew – również widzi patriarchę Konstantynopola jako honorowego przywódcę prawosławnego kościoła powszechnego. Szanujemy go, a jakże, ale to, co on tam mówi, nas może, ale nie musi obowiązywać.

Najważniejszą jednak zbieżność, ba – spójność, Bractwa im. Piusa X z cerkwią prawosławną widać w odniesieniu do tego, co legło u podstaw powstania dokumentów soborowych Vaticanum II. Mianowicie do – jak to ujął Aleksander Dugin – krytyki zgniłych wartości Zachodu: liberalizmu, kosmopolityzmu i homoseksualizmu, do którego ostatnimi czasy doszedł genderyzm – potępiany zarówno przez papieża Franciszka, jak i przez patriarchów cerkwi prawosławnej.

W bieżącym – 2016 roku – dokonało się wiele ważnych ruchów w zinstytucjonalizowanym chrześcijaństwie – zarówno w Kościele rzymskokatolickim, jak i w prawosławnej Cerkwi. Najważniejszym z tych wydarzeń było lutowe spotkanie na Kubie patriarchy Moskwy i Wszechrusi Cyryla z papieżem Franciszkiem. Jak napisał Tomasz Bielecki w „Gazecie Wyborczej” – był to wielki przełom ekumeniczny, ale bardzo podszyty rosyjską polityką. „W tle spotkania Franciszka z Cyrylem jest trzeci uczestnik. Byłoby naiwnością sądzić, że nagła gotowość patriarchy do spotkania nie jest związana z sytuacją Rosji, w tym z geopolitycznym momentem w Syrii” – podał za włoskim watykanistą Marco Politim – Tomasz Bielecki. Rosyjski znawca Kremla Gleb Pawłowski skomentował, że spotkania nie byłoby bez zielonego światła czy nawet zaangażowania Putina, który w swej grze z Zachodem na Ukrainie i w Syrii może szukać ocieplenia między Cerkwią i papiestwem.

Podczas tegorocznych Światowych Dni Młodzieży w Krakowie (drugim z najważniejszych dla Kościoła powszechnego wydarzeń 2016 roku) papież Franciszek, 27 lipca, na spotkaniu z polskimi hierarchami potępił gender nazywając je „kolonizacją ideologiczną popieraną przez bardzo wpływowe kraje”. Wcześniej, w lutym, w Austrii papież nazwał gender „demoniczną ideologią”. W podobnym tonie wypowiada się o gender Cerkiew Prawosławna Rosji. W listopadzie 2013 roku na warszawskiej konferencji „Przyszłość chrześcijaństwa w Europie”, przewodniczący polskiego Episkopatu abp Józef Michalik oraz metropolita wołokołamski Hilarion, przewodniczący Wydziału Zewnętrznych Kontaktów Kościelnych Patriarchatu Moskiewskiego, wspólnie potępili gender jako ideologię, która „w kwestionowaniu pojęcia prawdy i dobra znajduje oparcie dla umotywowania swojego destrukcyjnego programu i agresywnego ataku na tradycyjne powszechnie uznane wartości”.

Marsz w stronę Moskwy. Tak rzymski dziennik „Il Messaggero” nazwał mianowanie przez papieża Franciszka dotychczasowego nuncjusza apostolskiego w Warszawie Celestino Migliore ambasadorem watykańskim w Moskwie. Zdaniem włoskiego dziennika przeniesienie doświadczonego dyplomaty abpa Migliore z Polski do Rosji powinno przybliżyć termin papieskiej wizyty w Moskwie po lutowym, pierwszym spotkaniu z Cyrylem na Kubie.

Abp Celestino Migliore zastąpiony został w Polsce przez abpa Salvatore Pennacchio, który zaliczył watykańskie placówki dyplomatyczne w Rwandzie, Panamie, Etiopii, Australii, Turcji, Egipcie, Jugosławii i Irlandii. Ta w Rwandzie była pierwsza. 28 listopada 1998 roku został mianowany Nuncjuszem Apostolskim w Rwandzie przez Jana Pawła II, który uczynił go od razu arcybiskupem. Salvatore Pennacchio zastąpił w rwandyjskiej nuncjaturze bpa Juliusza Janusza, który z kolei zastąpił papieskiego wizytatora w Rwandzie ks. Henryka Hosera. Abp Hoser, w wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” – przy okazji laurki, jaką namalował nowemu nuncjuszowi w Polsce – skłamał (nie pierwszy raz) mówiąc, że poprzedni (przed Juliuszem Januszem) nuncjusz, Guissepe Bertello, został – jak to określił abp Hoser – „wygnany z Rwandy”. Kardynała Bertello (obecnie Gubernatora Watykanu) nikt z Rwandy nie wyganiał, sam na kilka dni przed ludobójstwem – jako pierwszy z dyplomatów – uciekł, co w opinii wielu komentatorów i historyków opisujących rwandyjskie ludobójstwo przyspieszyło atak bojówek Hutu i zwielokrotniło ich okrucieństwo. Przy okazji rozważań o euroazjatyckim imperium made in Russia, warto odnotować, że lobby rwandyjskie okazuje się bardzo mocne w Watykanie. O czym może świadczyć…

…kolejne ważne wydarzenie, w wymiarze lokalnym, choć doskonale wpisujące się w Duginowski scenariusz, a jest nim nominacja na metropolitalny fotel w Krakowie abpa Marka Jędraszewskiego, dotychczasowego ordynariusza łódzkiego. Dlaczego ta nominacja wpisuje się w Duginowski scenariusz? Abp Jędraszewski jest człowiekiem o takich samych poglądach na otaczającą go rzeczywistość, co – uczciwszy proporcje – abp Lefebvre czy patriarcha Hilarion. Jest wrogiem gender, jest chrześcijaninem heterodoksyjnym, przestrzega przed Halloween, wspiera Radio Maryja oraz chętnie w podległej jego pieczy katedrze gości bojówki ONR. Mało?

Papież emeryt Benedykt XVI udzielił dłuuugiego wywiadu swemu stałemu literackiemu współpracownikowi Peterowi Seewaldowi. W piątek 9 grudnia 2016 roku ów wywiad rzeka ukazał się drukiem. Bardzo ciekawe jest zdanie Benedykta XVI o patriarsze całej Rusi Cyrylu: „Znakomicie się nam rozmawiało. Ma on w sobie coś z natury rosyjskiego chłopa, co bardzo mnie ujęło”. O prezydencie Putinie wypowiedział się w tonie poważniejszym. Nazwał go „realistą, który dostrzega jak mocno pogrążyła Rosję degradacja moralności”. Uznał go także za „patriotę chcącego przywrócić krajowi status mocarstwa”. O tym, że mocarstwo to nosić ma imię Imperium euroazjatyckie, zarządzane przez Cerkiew Prawosławną Moskwy i Wszechrusi… ups… Heartlandu, papież emeryt nie wspomniał. Musi co Dugina nie czytał.

Heartland to obszar eurazjatyckiego Wielkiego Stepu, który Halford Mackinder, w książce „Geograficzna oś historii” tak nazwał na początku XX wieku. Jest to pas lasów i stepów, ciągnący się od Polski i Węgier aż do Mongolii. Według Mackindera kontrola nad Wyspą Świata (Europa-Azja-Afryka Płn.) poprzez panowanie nad Heartlandem daje szansę panowania nad całą planetą. Tak to sobie wyobraził Dugin i taką ideą zaraził Putina, „patriotę chcącego przywrócić krajowi status mocarstwa”.

Dotarliśmy do królestwa absurdu. Koncepcje Aleksandra Dugina są bowiem tak absurdalne jak… opowieści fantasy albo „Mein Kampf”. O tym, że brane są bardzo poważnie, świadczy fakt, że jego „Podstawy geopolityki” wydane w 1997 roku, noszące podtytuł „Geopolityczna przyszłość Rosji”, zostały zalecone jako podręcznik dla studentów w rosyjskich akademiach wojskowych i dyplomatycznych. Konsultantem naukowym książki Dugina był generał-lejtnant Mikołaj Kłokotow, odpowiadający w Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej za sprawy planowania strategicznego.

Niestety, niebranie na poważnie Duginowskich pomysłów powoduje, że któregoś dnia możemy się obudzić w… baraku sąsiadującym z innymi barakami otoczonymi drutem kolczastym, podłączonym do prądu elektrycznego o wysokim napięciu. Noszącym dumne imię Heartland.

Motto umieszczone na końcu:

Karl vom Stein, pruski premier i twórca reform, które w okresie napoleońskim umożliwiły odbudowę potęgi państwa pruskiego, wprowadzając w listopadzie 1808 roku samorząd miejski w Prusach powiedział: „leży w interesie państwa, aby naród wyszedł ze stanu niemowlęctwa przez nadanie mu prawa decydowania o jego miejscowych prawach”. Cały wiek później Siergiej Witte, minister finansów Rosji, późniejszy premier rządu cara Mikołaja II i nastojaszczij impieratoskij czinownik, w artykule „Samodzierżawie i ziemstwo”, opublikowanym w 1903 roku, napisał: „Samorząd jest sprzeczny z jedynowładztwem, a oba te pojęcia wzajemnie się wykluczają. Wszędzie tam – dowodził Witte – gdzie wprowadzono samorząd, państwowa władza zwierzchnia została ograniczona i podporządkowana zwierzchnictwu ludu”.

A przecież do tego ludzie pokroju Dugina, Putina i Kaczyńskiego nie mogą dopuścić.

anumlik