Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Polsce: witamy w gospodarce PiS

Nawa partyjno-rządowa mówi. Jak coś powie, to zaraz śmiech albo zgrzyt łańcuchów. Jeśli jeszcze mamy wybór, wybieramy słuchanie rządowych dowcipów. Teraz – o gospodarce. Władza lubi pieniądz. To jest zrozumiałe. Władza, która leży, potrzebuje niewiele. Jak wstaje z kolan, potrzebuje coraz więcej. Polska wczoraj była w ruinie, ale już przestała. Przestała nad ranem, w dodatku bardzo tanio – wystarczyło przestać mówić: ruina. Jak wstał dzień, to każdy widzi: PiS tyle naobiecywał, że teraz musi na to znaleźć pieniądze. No to szuka.

Generalia: fantazje oświadczeń i zasady

Pani premier Szydło Beata oświadcza, że Polska nie chce być krajem magazynów. Znaczy: chcemy od razu gospodarki high-tech i wyrobów finalnych. Minister Rozwoju potwierdza i zaprasza do Polski najnowocześniejsze firmy. Bardzo dobrze. Ale czemu magazyny są niedobre? Koreańczycy i Chińczycy bardzo by się zdziwili. Przeszli przez ten etap, a teraz robią to, czego nie umie robić polska gospodarka. Ale zostawmy ich w spokoju. Kto by tam ich zrozumiał?

PiS oświadczył, że zbuduje kanał Elbląg-morze, tnąc Mierzeję Wiślaną. Nie jest jasne po co; tłumaczenia są nadzwyczaj mętne. To jest jednak pewne: widzi w tym swój interes polityczny. Poważne wątpliwości gospodarcze i środowiskowe uważa za niepoważne. Jednak by to zrobić, potrzebuje pieniędzy. Bardzo dużo.

Ponieważ rząd PiS ciągle coś oświadcza, oświadczył więc niedawno, że wyda na program żeglugi śródlądowej 70 mld zł. Ma być wielki system dróg wodnych. Wiemy też z nieustannych oświadczeń, że dla PiS Unia jest dobra tylko dlatego, że daje pieniądze. Bo poza tym, jest do niczego. Daje co prawda, ale za mało. Polska musi mieć godną gospodarkę. Godną Jezusa-Króla. Oraz prezesa.

Wiceminister Rozwoju Słowik Witold oświadcza: W samym krajowym programie budowy dróg mamy określone potrzeby o wartości ok. 200 mld zł, natomiast zabezpieczone finansowanie w bieżącej perspektywie na ok. 100 mld zł. Mowa o drogach lądowych. Nie wodnych. O wodnych już wiemy – dodatkowe 70 mld. To tylko jeden z sektorów gospodarki A jest ich bardzo wiele. Każdy ma mieć odpowiednie finansowanie. Zapotrzebowanie na środki finansowe – nieograniczone.

Kaczyński Jarosław oświadcza: obniża się wzrost gospodarczy, bo przedsiębiorcy związani z opozycją złośliwie zwijają interesy z niechęci do rządu PiS. Każdy poważny przedsiębiorca doskonale rozumie prawdziwy stan rzeczy: rząd budzi nieufność i wywołuje niepewność swoimi działaniami.

Ministerstwo Rozwoju ma swój doskonały plan, skąd wziąć brakującą górę pieniędzy na obiecane inwestycje: partnerstwo sektora publicznego z sektorem prywatnym. Sektor prywatny ma gigantyczne środki, które władza publiczna zamierza wykorzystać. Po tych licznych oświadczeniach gospodarczych PiS, rządu, ministrów Dobrej Zmiany, pora na moje oświadczenie pod adresem rzeczonych: figę z tego zrobicie. Z tego zadęcia, z tych fantazmatów i bredni zostanie wam ino sznur. Ponieważ PiS likwiduje gimnazja, wyjaśnię to w sposób dostępny dla umysłów na poziomie podstawowym.

Po pierwsze: każda gospodarka, szczególnie tak złożona jak high-tech, musi się opierać na innowacyjności. Polska gospodarka nie jest innowacyjna. Ponieważ Polak jest nieinnowacyjny. PiS zaś, wraz z Kościołem katolickim eksploatują i uświęcają skrajną nieinnowacyjność oraz zamknięcie umysłowe i kulturowe w Polaku. Nadęty balon polskiej katolickiej „Tradycji od 1050 lat” jest skrajnie przeciwny żywości umysłowej, otwarciu na nowości, gotowości na mierzenie się z problemami, jakie niesie rzeczywistość i szukaniu nowatorskich sposobów ich rozwiązywania. Polska historia społeczna i gospodarcza dowodzą skrajnego i stałego, wieki trwającego sprzeciwiania się koniecznej modernizacji.

Po drugie: skrajnie antymodernistyczną siłą, będącą w ścisłym sojuszu z PiS, jest Kościół katolicki. Jest to instytucja dewastująca ludzki rozum, przymuszająca do wiary w byty mniemane i stosująca nieustający szantaż. Zasady te stoją w sprzeczności z myśleniem w ogóle, a zwłaszcza z myśleniem wolnym, twórczym, koniecznym do tego, by Polak stał się istotą innowacyjną.

Po trzecie: wypalanie Polakom wrażliwych komórek mózgowych przez PiS za pomocą kłamstwa smoleńskiego, fizyki smoleńskiej wraz z pozostałymi smoleńskimi dziedzinami antynauk niszczy pierwociny szans na to, że Polak miałby być osobą żywo myślącą i nie bojącą się myśleć – co jest nowoczesnemu społeczeństwu i dojrzałej gospodarce potrzebne jak tlen.

W parze idzie z tym szaleństwo negowania systemu edukacyjnego i rozbijania jego nieźle działającej struktury organizacyjnej. Najważniejsza nie jest nauka swobodnego myślenia i dociekania rzeczy, ale katecheza katolicka, matura z religii, skłamana historia oraz wyobrażenia o sobie, własnej seksualności, rodzinie i społeczeństwie według żądań ePiSkopatu i jego antyekspertów w rodzaju działającej w MEN, niejakiej dr Dudziak Urszuli. Która wydaje takie oświadczenia, jakie za chwilę będą zapewne normatywne w polskiej szkole: antykoncepcja wywołuje raka piersi i pozbawia kobiety dobroczynnego działania nasienia. Skutkiem antykoncepcji są zdrady i rozwody. Do ślubu (sakramentalnego) należy zachować „seksualne milczenie”. Osoby z rodzin inteligenckich niekoniecznie warto hołubić, bo więcej osób aprobujących katolicką moralność małżeńsko-rodzinną wywodzi się ze środowisk robotniczych i chłopskich. Fenomenalne! Polskę i jej nowoczesną gospodarkę będą lepiej rozwijać mieszkańcy wsi niż inteligenci! Ci są podejrzani. Inteligentów pozna się po gładkich rączkach i okularach. Kto zostanie rozpoznany, będzie skończony.

Po czwarte: gospodarka high-tech, każda zdrowa gospodarka, wymaga wzajemnego ZAUFANIA. Istotą rządów PiS jest dewastacja kruchego i fragmentarycznego zaufania pomiędzy Polakami, jakie udało się dotąd – mozolnie – budować. Oraz wzmacnianie braku zaufania Polaków do siebie nawzajem, do ludzi innych nacji i religii. To jest zabójcze dla rozwoju społeczeństwa i dla nowoczesnych sił koniecznych gospodarce. Do dewastacji jednego z filarów zaufania – organizacji pozarządowych, PiS się właśnie bierze. Rozbijanie zaufania do konstytucji, zasad państwa i jego głównych organów widzimy codzienne. Stosunek biskupów i wyznawców PiS do prawdziwego, bo niekatolickiego cudu – Orkiestry Jurka Owsiaka, jest wszystkim doskonale znany.

Po piąte: poprzednie rządy PiS, jego politycy, działacze i wyznawcy wszędzie widzieli złodziejstwo, korupcję, zdradę, układy. Kiedy Warszawą rządził Kaczyński Lech, ogromna część ważnych inwestycji i koniecznych działań została wstrzymana, bądź była opóźniana, z powyższych, histerycznych podejrzeń: złodziej na złodzieju złodzieja pogania. Podobnie było w poszczególnych regionach Polski, gdzie PiS miał coś do powiedzenia w radach gmin, powiatów czy województw.

Po szóste: pomysły Ministerstwa Rozwoju PiS o „partnerstwie publiczno-prywatnym” są fantazmatami całkowicie sprzecznymi z niezbędną naturą takiego konceptu. Albo jest równość stron – prywatnej i publicznej, zaufanie wzajemne, albo nie ma żadnego partnerstwa. Tymczasem PiS od zawsze stawia na wyższość państwa i jego instytucji oraz podejrzliwość i przymus wobec podmiotów prywatnych. Konstytucja psychologiczna członków PiS i jego wyznawców jest całkowicie sprzeczna z koniecznością działania w zaufaniu wzajemnym. Nie będzie więc żadnych partnerstw innych niż takie, w których strona prywatna pełni rolę parabanku: pożycza stronie publicznej pieniądze za pomocą zrobienia prac, na które strona publiczna musiałaby pożyczyć środki w banku lub wypuścić obligacje. Jednak pożyczanie przez jednostki publiczne pieniędzy prowadzi do zadłużania się, co rodzi ryzyko ustawowe (próg zadłużenia, powyżej którego do gminy wkracza komisarz w miejsce burmistrza lub prezydenta) oraz związane z bankructwem.

Po siódme: z rozwiązań partnerskich, łączących instytucje publiczne i prywatne, korzysta już właściwie cały świat. Stosuje się je w niemal nieograniczonej ilości dziedzin życia. Poza koniecznym wzajemnym zaufaniem partnerów, najważniejszą istotą partnerstwa jest to, że uzyskany efekt końcowy przewyższa (i to często bardzo znacznie) możliwe do uzyskania efekty działania każdej strony z osobna. Powstaje wartość dodana. Właśnie dzięki partnerstwu stron. Nie do przecenienia korzyścią dla instytucji publicznych jest zaś możliwość skorzystania z unikalnej wiedzy, know-how strony prywatnej. Bez wykorzystania tej zasady działania wiele celów w ogóle jest nie do osiągnięcia lub za taką cenę, która podważa opłacalność i sens samego działania.

Notabene: właśnie tego rodzaju unikalną korzyść oferował Polsce, zgodnie z treścią wypowiedzi i PiSm formalnych – Airbus Helicopters, w związku z przetargiem na śmigłowce wielozadaniowe dla polskiego wojska. Szansa ta została nie tylko koncertowo przez polską stronę zmarnowana, ale – jak to mogliśmy obserwować i słuchać – polski rząd zrobił to w sposób i w manierze absolutnie przeczącej jakiejkolwiek szansie na partnerskie stosunki stron.

Ma i będzie to miało poważne skutki w relacjach z firmą Airbus, z Francją i pozostałymi partnerami tego europejskiego i wiodącego na świecie w branży najbardziej zaawansowanych technologii koncernu. Sygnał został z Polski wysłany do wszystkich. I wszyscy to odebrali. Władzom PiS-owskim wydaje się jednak, że nie będzie z tego żadnych złych skutków. Inaczej: im się nie wydaje, to jest po prostu poza ich horyzontem mentalno-kulturowym. I całkowicie poza ich kompetencjami. Ta nieunikniona oczywistość bierze się z tego, co zostało wyjaśnione w poprzedzających punktach.

Po ósme: działanie w warunkach realnego partnerstwa podnosi stosunki stron na wyższy i lepszy poziom. Społeczeństwa, państwa, przedsiębiorstwa lepiej i sprawniej działają. Ludzie lepiej i w poczuciu głębszej satysfakcji żyją. Temu – realnie, bo werbalne deklaracje są słodkie i złudne – sprzeciwia się głęboka, mroczna i wsteczna natura ludzi skrzywionych na sposób PiSokatolicki.

Partykularia: wielki program żeglugi śródlądowej

Rząd PiS zamierza – jak słychać – wymusić powstanie kanału Bałtyk-Elbląg przecinającego Mierzeję Wiślaną, za pomocą tzw. specustawy. Z zasady specustawy uchwala się po to, żeby szybko, bez szczegółowego postępowania, standardowej mitręgi i długotrwałości procedur osiągnąć szybki skutek: jest! Tak właśnie zrobiono np. w sprawie przygotowania pakietu inwestycji na mistrzostwa Europy w piłce nożnej Euro 2012. Stadiony, niezbędna infrastruktura i inne inwestycje były realizowane poprzez specustawę. „Szybki skutek” niekoniecznie jest szybkim skutkiem oraz niekoniecznie (a właściwie dosyć rzadko) jest dobrym skutkiem. W przypadku części inwestycji i działań za nimi stojących w ramach Euro 2012 zasadne jest pytanie: po co nam to było? To samo pytanie, już na wejściu, dotyczy kanału. Po co? Nie ma klarownego prezentowania odpowiedzi, bo nie są one klarowne i przekonujące.

Polska, w 1918 r., w spadku po trzech państwach zaborczych odziedziczyła trzy różne systemy rzecznych szlaków żeglugowych. Każdy był inny, o innych parametrach i mający za zadanie realizować sobie właściwe cele. W okresie międzywojennym niewiele zrobiono w sprawie uporządkowania tych różnych systemów. Bałagan ten odziedziczyła Polska w 1945 r., w dodatku w silnie zmienionych granicach. Przez kilka dziesięcioleci prowadzono bardzo rozległe prace koncepcyjne, badawcze, projektowe oraz inwestycyjne, mające doprowadzić do koniecznej integracji. Działania te zaczęły wygasać na przełomie lat 1970–80. Powody są zrozumiałe: kryzys gospodarki i państwa.

Wielka powódź w 1997 r. jest jednym z fatalnych skutków przerwania tych prac i uznania, że rzeki to coś właściwie w gospodarce zbędnego, a nawet przeszkoda. W międzyczasie, z braku sprawnie działającego systemu żeglugi na rzekach, od lat 80. po dziś dzień, cała gospodarka przestawiła się na transport lądowy. Głównie drogowy. Rozjechanie polskich dróg przez ciężarówki, dewastacja miast i wsi, ogromna liczba wypadków i zniszczenie środowiska – to skutki tej monokultury transportowej. Oraz gigantyczne koszty: ciężarówką wozi się towary w sposób ekonomiczny na krótkie, najdalej średnie dystanse. Nie po całej Polsce.

W tym czasie zlekceważony stan polskich kolei, fatalne zarządzanie, brak strategii rozwoju i finansowania, rządy związków zawodowych i politycznych komisarzy w PKP doprowadziły do degrengolady kolei. Skutki trwają do dzisiaj. Choć w pewnej mierze są odwracane, w czym ogromny udział ma finansowanie unijne. Od jakiegoś czasu rozwija się techniki transportu łączącego zalety samochodu i kolei, co w Europie od dawna jest normą.

Żegluga wodna pozostaje całkowicie poza tymi systemami. Jest zupełnie osobnym światem. Realnie – bytem niematerialnym.

Inne kraje (Niemcy, Szwajcaria, Holandia, Belgia, Francja) rozwijały swoje systemy transportu rzecznego od bardzo dawna – od XIX i wcześniejszych wieków – i pełnią one w tych krajach niezwykle ważna rolę. Na to w Polsce za późno. Nie da się tego już zrobić. Utracono wypracowane know-how, nie ma już fachowych inżynierów, projektantów, strategów znających problematykę od podszewki tak jak kilkadziesiąt lat temu; nie ma instytucji, które mogą nad tym w sposób kompleksowy i do gruntu profesjonalny zapanować. Wiedzę trzeba by kupić za granicą. Drogo. Ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że system drogowo-kolejowy przejął właściwie w całości dawną funkcję systemu dróg wodnych. Każdy zamiar wbudowania w polską gospodarkę jakiegoś kompleksowego systemu dróg wodnych znalazłby się w konflikcie z działającymi systemami lądowymi. Wydawanie miliardów na żeglugę będzie w dużej części negować i dewastować wydane już miliardy na drogi i kolej oraz te miliardy, które i tak – mocą konieczności – zostaną wydane. Z kolei miliardy wydawane na transport lądowy, będą działać przeciw miliardom wydawanym na żeglugę. Miliardy zmarnowane, powiększą lukę finansową, na którą już narzeka Ministerstwo Rozwoju. Jest to sytuacja patowa, a wyjście z niej jest tylko teoretyczne. W dodatku duże części obszarów rzecznych i przyległych podlegają ochronie przyrodniczej, sankcjonowanej przez Unię.

Konkluzje

Zarówno przy wydawaniu tych zakładanych 70 mld zł na żeglugę rzeczną, jak i przy wydawaniu kolejnych dziesiątek i setek miliardów na drogi, kolej i pozostałe działy gospodarki (oraz sfer pozagospodarczych), jest mnóstwo miejsca na to – tak fantasmagoryjne w głowach rządu PiS – partnerstwo publiczno-prywatne. Poza sytuacjami banalnymi nic jednak z tego nie będzie. Z powodów, które wyżej zostały przedstawione. Jest to NIEMOŻLIWE.

MOŻLIWA i PEWNA jest natomiast produkcja kolejnych fantazmatów przez PiS, czyli pobożnych życzeń. Taki jest profesjonalny termin w katolickim państwie, którego gospodarką rządzi Król Jezus.

Im bardziej się będą rozpadać te fantazmaty PiS w konflikcie z rzeczywistością, tym więcej wrogów znajdzie PiS winnych temu, co sam Polsce, Polakom, polskiej gospodarce i Jezusowi prokuruje. Robi to od dnia pierwszego. Będzie robił coraz bardziej. Bardziej – z powodu immanentnych cech konstytucji psychologicznej ludzi zaczadzonych PiS-em oraz z powodu szkód, jakie państwo PiSokatolickie wyrządzać będzie Polakom. Zawiedzione mniemania co do partnerstwa oznaczać będą rosnące braki w kasie państwa, samorządów, instytucji. Brak pojmowania, co to takiego ZAUFANIE, kompetencje i skutki ich braku, wzmocnią te problemy. Dobrze (poniekąd) już było, teraz przyszedł PiS. Co do tego można mieć pełne ZAUFANIE.

Ale zaraz, musi być jednak jakieś optymistyczne wyjście – PiSokatolik jest człowiekiem zawierzenia. Oczywiście! Z Europy będą masowo wracać Polacy, którzy wiedzą, na czym polega ZAUFANIE i znają się na czym tylko trzeba. I zrobią, co trzeba. IV RP przetrwa tysiąc lat! Mniemanych.

Tanaka