Kościół w Rwandzie: lody malinowe są smaczne i zdrowe

Wiadomość z konopi: Kościół katolicki przeprasza za to i owo w Rwandzie. Nie wiadomo za co przeprasza. Nie przepraszał dotąd (a od ludobójstwa w Rwandzie minęły ponad 22 lata), bo najwidoczniej nie był zorientowany, co się tam działo i jaki był jego udział w tych ciekawych wydarzeniach. Udział? Nic z tych rzeczy! Udział żaden! Co prawda niezliczone świadectwa wskazywały jednoznacznie, że udział Kościoła kat. był konkretny, mroczny i straszny, ale wiadomo, że najlepsza metoda to metoda małpia: nie wiem, nie widzę, nie słyszę. I nie mam czasu, zarobiony jestem.

Teraz Kościół kat. mówi „przepraszamy”. Ale nie za siebie. Kościół – ten niczemu nie winien, bo jest nieustająco święty, więc definicyjnie bezgrzeszny – ale za jakichś niegrzecznych ludzi, co do kleru katolickiego (niewątpliwie niechcąco) zostali zaliczeni. Wie, jak się z odpowiedzialności wymigiwać – uczy się tego od swojego Wszechmogącego, który się dokładnie przedstawia w autobiograficznej książce. Tenże Wszechmogący nic nie może – poza nieustającym miłowaniem człowieka i nieustającym męskich rąk załamywaniem, że człowiek go nieustająco zawodzi. Sam niczemu nie jest winien, choć się brzydko z człowiekiem bawi, za wzór swoje zabawy stawia i naśladowania siebie od człowieka żąda. „Co złego to nie ja” – taką stosuje zasadę. Wszystkiemu winien ten zupełnie niewszechmogący nieudacznik, człowiek, obiekt miłowania 24/7; przez Wszechmogącego ulepion i od razu w pierwszym akcie – pogrzebion. Wszystko, co złe, to on – mówi o swoim wyrobie Wszechmogący.

Kościół kat. wzorowo naśladuje Wszechmogącego: jak On może, to i my; czego żąda – my zrobimy. Co dla Niego dobre, dobre jest i dla nas. Jest pluralis maiestatis. I jest Rwanda. Skwitowana słówkiem: przepraszamy. „Przepraszam – pan tu nie stał”. „Tak? A gdzie ja stał? Aha – tu? To ja przepraszam”. I sprawa załatwiona.

Sprawa jest niezałatwiona. I załatwiona nie będzie. Jeszcze tak nie było, żeby tak było, żeby Kościół kat. własną odpowiedzialność traktował poważnie, jak sam tego od innych żąda. „Przepraszam” to słowo, zestaw dźwięków, nieco liter. „Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami” – ale tylko w fantazmacie. W rzeczywistości słowo jest puste. Pozbawione treści. Nieprzeżyte, nieprzetrawione w głębi osobowej każdego członka kleru i każdego wyznawcy; nieprzeżyte w nieświadomości zbiorowej całej organizacji. Nienasycone głęboką, ludzką treścią prawdy. Jest drwiną z ofiar, z własnej wobec nich i świata odpowiedzialności. Jest jak ochłap, jak splunięcie.

Kościół kat. zna na pamięć zasadę i procedurę szczerego, prawdziwego przepraszania. I każdego dnia stosuje ją od rana i od rana wymaga. Nie od siebie jednak. Nazywa się ona sakramentem pokuty i pojednania. Jego centralną częścią jest święta spowiedź. Jak co święte i sakramentalne, to się stosuje. Nie w Kościele, wobec siebie. Jest to procedura niegłupia, dająca szansę na głębsze przeżycie zła, jakie się wyrządziło, na odniesienie go do własnych, najgłębszych i najszczerszych zasad życia – o ile się takie posiada; na wewnętrzną konfrontację, na zobrazowanie sobie własnej małości lub nędzy, skoro się to zło uczyniło, wreszcie na refleksję, na wnioski, na wydobycie się z cienia zła, na poprawę siebie.

Każde dziecko przedkomunijne rano, wieczór, we dnie, w nocy pamięta zasady dobrej spowiedzi. Jest ich pięć.
1. szczery rachunek sumienia
2. autentyczny żal za wyrządzone zło (grzechy)
3. mocne postanowienie poprawy
4. szczera i pełna spowiedź
5. zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu (za wyrządzone zło).

Kościół kat. – tak jak popełniał publicznie w Rwandzie czyny haniebne, przeciwludzkie, zbrodnie – tak też publicznie winien jest przed ofiarami, Rwandyjczykami, wszystkimi swoimi wyznawcami i wszystkimi ludźmi odprawić publiczną pokutę. To jedyna uczciwa droga i to jedyna droga przez głębię osobową i nieświadomość – dająca szansę na pojęcie siebie, zbrodni, jej szczere przyjęcie, przetrawienie i wyjście z uczynionego przez siebie zła w kierunku światła.

Kościół kat., mówiąc dziś „przepraszamy”, nie spełnił żadnego warunku dobrej spowiedzi i pojednania. Nie było szczerego, uczciwego rachunku sumienia. Kościół nie jest do tego zdolny. Nieustannie więc czyni i w nieskończoność będzie powtarzał to samo zło, te same potworności i zbrodnie. Nie było, nie ma i nie będzie autentycznego żalu za wyrządzone zło. Skoro jakieś „pojedyncze osoby” coś niegrzecznego zrobiły – niech one sobie trochę pożałują, przyjdą do spowiedzi, a my je rozgrzeszymy. My – Kościół kat. Na pewno miały one swoje powody i trzeba to zrozumieć. Nie ma więc też mowy o żadnym postanowieniu poprawy. Szczera i pełna spowiedź? – żarty!

A teraz – rzecz finalna: zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu. Jak sobie Kościół kat. załatwi sprawę zadośćuczynienia swojemu Wszechmogącemu, to w istocie nie ma znaczenia. Człowiek nijak ma się do tego. Gdzie jest jednak to zadośćuczynienie bliźniemu, za zło jemu – nie Bogu – tu na Ziemi, tej Ziemi, wyrządzone? Samo pytanie jest bezczelne: żeby ludziom Kościół miał zadośćuczynić, to by musiał najpierw wyrzec się lichej wiary w nadęte i fałszywe fantazmaty, czyli przestać być Kościołem. Jeszcze tak nie było, żeby tak było, żeby Kościół kat. ludziom czynił zadośćuczynienie. Ale owszem – paciorek może nawet zmówić. I powiedzieć „przepraszam” – co jest już strasznym wysiłkiem i więcej wymagać nie wolno. Umarłby od nadmiaru wysiłku i natychmiast został zbawiony. Dla człowieka czysta bezużyteczność.

Bezbrzeżne zaparcie cię człowieczeństwa, bezbrzeżny fałsz i cynizm. Tak działa Kościół kat.

Tanaka